youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon Z prehistorii polskiego dubbingu: Rok 1931

Zmęczony i trochę zgnębiony repertuarem filmów dubbingowanych w latach 80., które aktualnie opisuję, sięgnąłem po przedwojenny rocznik „Kina”, rocznik 1932. Jakież było moje zdumienie – już wtedy dubbingowano zagraniczne filmy na język polski! Tak więc choć trochę pozwoli nam to rozjaśnić mroki prehistorii dubbingu w Polsce.
„Noworoczny Numer Śmiechu” „Kina” z dnia 3 stycznia 1932 roku na środkowych stronach przynosi obszerne omówienie repertuaru kinowego w Polsce w roku 1931. W przepisywanych tekstach zachowano oryginalną, przedwojenną pisownię.


Filmy dobre i złe w roku 1931
Znakomita większość filmów minionego sezonu była w 100% djalogowa. Publiczność ostatecznie przyzwyczaiła się do tych filmów i zaczyna je nawet lubić. W rzeczywistości, w znaczniejszej części filmów djalogowych słowo było dotąd raczej balastem, krępującym reżysera. Jednakowoż bardziej interesujących z pośród demonstrowanych u nas w ostatnim roku filmów przekonało nas, że mogą być djalogi a film zostanie filmem, nie tracąc nic na dynamice. Że słowo może stać się czynnikiem, który rozszerzy możliwości kinematografji. Ruben Mamoulian wprowadza w „Ulicach wielkomiejskich” interesujący montaż głosów, posługuje się w bardzo zręczny sposób fragmentami djalogów, i osiąga efekty niemożliwe w dawniejszym kinie niemem – słyszymy djalogi, podczas gdy aparat przesuwa się po martwych statystach. Pabst bardzo wiele zdziałał na rzecz djalogu w swych nowych filmach, stając się jednym z najbardziej interesujących twórców (niestety, żaden z jego dźwiękowców – „Opera za trzy grosze”, „Czterech piechurów”, „Braterstwo” – nie był jeszcze u nas wyświetlany). George Hill znowu nie sili się na pomysły djalogowe, a wmontowuje rzeczowe, niegadatliwe rozmowy w swoje fabuły tak, aby stanowiły one organiczną całość („Szary dom”, „Dziecko grzechu”). Przykłady te trudno byłoby mnożyć, gdyż tylko nieliczni reżyserowie „talkiesów” dorośli do trudnego zadania. W każdym razie w porównaniu z kilku latami poprzednimi różnica jest kolosalna. Przeciętna produkcja mówiona nie jest już tak niewolniczo teatralna, jak trzy, dwa lata, a nawet rok temu. Ustały również skargi ze strony publiczności na sprawy językowe. Istotnie nie jest bardzo ważne, czy rozumie się mowę francuską, lub angielską. Mówione „Ulice wielkomiejskie” wspomnianego już Mamouliana są tak wymowne wzrokowo, że nie znający angielskiego zrozumieliby je i bez wkopjowanych napisów polskich. Próbowano kilkakrotnie podłożyć mowę polską do filmów obcych. W ten sposób mówili po polsku: Clara Bow i Richard Arlen w „Karkołomnych zakrętach”, Nancy Caroll i Hall Skelly w „Artystach”, Leon Errol i George Bancroft w „Paradzie Paramountu”, a ostatnio Emil Jannings, Olga Czechowa i Renata Müller w „Ulubieńcu bogów”.

Jan Lem; „Kino”, 3 stycznia 1932

Tak więc w 1931 roku zdubbingowano na język polski cztery filmy, i nie były to „wersje językowe”, czyli filmy kręcone od razu w kilku językach, kiedy to daną scenę w tych samych dekoracjach nagrywano z kilkoma obsadami językowymi, np. najpierw Francuzi, potem Niemcy. Był to już prawdziwy, oryginalny dubbing.


Recenzja „Artystów” z 21. numeru „Kina” (24 maja 1931); podejrzewam ze za inicjałem „B” ukrywa się redaktor naczelny „Kina”, Leon Brun

Ile było już filmów z życia artystów kabaretu? Trudno zliczyć. Od „rewolucji talkiesów” nie wychodzimy niemal z za kulis i z garderób. Nikt na to zresztą się nie skarży, bo życie artystów i atmosfera kulis mają dar nęcenia ciekawości najszerszych mas. „Artyści” nie są bezwzględną nowością: sztukę teatralną pod tym nagłówkiem grywano z powodzeniem na scenach stołecznych i prowincjonalnych. W teatrze Polskim film szedł w znakomitej obsadzie, z którą nie może równać się zespół amerykańskich artystów filmowych. Wprawdzie Nancy Carroll jest urocza i prześlicznie tańczy, ale... Modzelewska jest artystką wyższej klasy, zarówno jak Jaracz w porównaniu z ekscentrycznym, ale nieciekawym Halle’em Skelly. Wartość filmu polega na czem innem: oto zespół amerykański mówi... po polsku! Dzieje się to, podobnie jak w „Karkołomnych zakrętach” i w „Paradzie Paramountu”, dzięki wynalazkowi lwowianina, p. Jakóba Karola, który osiągnął zadziwiające rezultaty w „podkładaniu” mowy polskiej zamiast djalogów amerykańskich. Wielka szkoda, że wytwórnia Paramount zaniechała tego systemu, uważając go za „zbyt kosztowny”, jest to bowiem jedyny sposób wyświetlania „talkiesów” bez denerwujących nosowych dźwięków mowy amerykańskiej i bez „wersyj niemych”, obciążonych setkami napisów.”

(B)

Recenzja „Ulubieńca bogów” z 45. numeru „Kina” (8 listopada 1931)

Był to drugi, po „Błękitnym aniele”, film mówiony Emila Janningsa. Jannings gra główną rolę śpiewaka operowego Alberta Wilkenmanna, który cieszy się dużą popularnością i każdy jego występ w rodzinnym Wiedniu jest entuzjastycznie witany. Kiedy wyrusza na tournée do Ameryki Południowej, zdarza się tragedia. Tamtejszy klimat powoduje utratę głosu i zdarza się to na scenie podczas występu. Artysta został wygwizdany i spuszczono kurtynę. Załamany wraca do Europy, gdzie nikt nie wie o tym co mu się tam przydarzyło. Zamierza wycofać się, by uniknąć podobnego upokorzenia i nieoczekiwanie podczas pożegnalnego występu odzyskuje głos. Eryk Pommer (kierownik produkcji) i Schwarz (reżyser) to, zdawałoby się, „firma” niezawodna. Okazuje się jednak, że każdemu zdarza się potknięcie, zwłaszcza na tak zdradliwym terenie, jakim jest film w 100% mówiony. Takim potknięciem dla Schwarza jest „Ulubieniec bogów”, stojący znacznie niżej od jego innych filmów. Nawet tak wytrawny reżyser nie jest w stanie, z pod naporu słów, uratować tego, co jest w filmie najważniejsze – kinetycznego widzenia rzeczy, ludzi, faktów. Znów, jak we wszystkich innych filmach całkowicie mówionych, mamy tu tylko teatr, i to nie najlepszy. Tempo, rytm – rzeczy w filmie zasadnicze – z natury rzeczy muszą być zahamowane przez nadmiar słów. „Umiędzynarodowienie” takich 100% talkiesów jest zadaniem niezmiernie trudnem. Napisy wkopjowane psują obraz, napisy wlepiane – eskamotują go. Zdawało by się więc, że podstawienie polskiego tekstu, zamiast obcojęzycznego, jest istotnie najlepszem rozwiązaniem sprawy. Tak jest, ale tylko w teorji. W praktyce, szalony nakład kosztów i trudu nie jest współmierny z rezultatami. I nie jest to, zdaje się, winą jeszcze niedość udoskonalonej techniki, gdyż pomimo to, że „Ulubieniec bogów” był „preparowany” po polsku przed 6 miesiącami (a wiadomo, że technika robi postępy z dnia na dzień), synchronizacja wrażenia optycznego ze słuchowem jest zupełnie zadawalniające. Brak leży w czem innem, w tem mianowicie, że sposób mówienia polskich aktorów jest wysoce nienaturalny. Sztuczność i przesada tych deklamacji przypominają teatr amatorski, zwłaszcza że gramatyczność niektórych zwrotów oraz ich polskość tez pozostawiają wiele do życzenia (nie mówi się po polsku „czy jesteś zadowoloną?”, nie używa się zwrotu „panie dyrektorze generalny” i. t. p.) W takich warunkach trudno też powiedzieć coś o grze aktorów; mowa ich zastępców robi z nich jakichś innych ludzi. Nie przesądzam, czy ten eksperyment nie da kiedyś lepszych rezultatów. Najlepszem jednak dla kinematografji i dla międzynarodowej publiczności było by... wyuczenie się tworzenia 100% filmów mówionych.

St.H.


Listy czytelników „Kina” do działu „Wolna trybuna”, zamieszczone w nr. 5 z 1 lutego 1931 r.
Sprawa niemieckich dźwiękowców. Stosunki polityczne z Niemcami w ostatnim czasie tak się pogorszyły, że o wyświetlaniu filmów w wersji niemieckiej chwilowo nie może być mowy. Jednak z niemieckich filmów zupełnie zrezygnować i poprzestać tylko na amerykańskich, francuskich, czeskich etc. jak tego sobie życzy p. Erban w numerze 41 „Kina”, publiczność chyba nie zechce. Trzeba więc szukać innej drogi. W numerze 3 p. Okuljar żąda, aby Niemcy produkowali filmy w wersji polskiej. Byłoby to oczywiście najlepszym wyjściem z sytuacji, jest ono jednak niemożliwe. Wtedy musieliby bowiem Niemcy produkować również wersje czeskie, rumuńskie, łotewskie itd. itd., a tyle języków żaden artysta nie opanuje. Zaś produkowanie wersji polskich z polskimi artystami pozbawiłoby nas zupełnie widoku naszych ulubionych artystów, jakiemi są Jannings, Veidt, Brygida Helm i setki innych. Pozostaje jeszcze jedna, ostatnia możliwość, i to najlepsza: podkładanie mowy polskiej pod grę niemieckich artystów. Widzieliśmy już takie filmy: np. w „Paradzie Paramountu” Bancroft mówi najczystszą polszczyzna, zobaczymy film mówiony po polsku z Clarą Bow p.t. „Niebezpieczne zakręty” i kilka innych. Tego możemy również żądać od wytwórni niemieckich. Filmowcy nasi powinni zawrzeć z Niemcami układ: „będziemy wyświetlali w Polsce wasze filmy, ale pod warunkiem, że pewien procent ich będzie miał dosynchronizowaną mowę polską oraz, że przyjmiecie filmy polskie, które wam dostarczymy w wersji niemieckiej”. Oto projekt umowy, z którejby była zadowolona zarówno publiczność polska, wytwórnie niemieckie i polskie, a któraby zmusiła Niemcy do wyświetlania filmów produkcji polskiej...

Z poważaniem, Gerhard Littchen

 

Szanowny Panie Redaktorze!

Chciałbym zabrać głos w sprawie zniekształcania filmów przez przeróbki i skróty. Jedno z kin wyświetla obecnie obraz „Parada Paramountu”, z którego wycięto parę fragmentów. Miedzy innemi ofiarą padły sceny z Clive Brookiem, jakkolwiek tego sympatycznego artysty nie widzieliśmy ani razu w obecnym sezonie filmowym. Uczyniono to, aby prawdopodobnie wprowadzić wkładki z polskiemi artystami. Jakkolwiek cenie wysoko sławy rodzime, wolę je widzieć żywe w teatrze, a na ekranie podziwiać sławy zagraniczne.

Z poważaniem, H. Butkiewicz


Amerykanie w Polsce chcą nakręcać filmy i budować kina

Odwiedził naszą redakcję dr. Michel Wax, przedstawiciel wielkiej wytwórni amerykańskiej Universal i zakomunikował nam dobrą nowinę. Oto Universal przystąpi niebawem do produkcji w języku polskim. Prace pójdą w trzech kierunkach. A więc, przedewszystkiem, ukażą się polskie wersje filmów całkowicie mówionych przy pomocy „podkładania” djalogów (jak w „Karkołomnych zakrętach” i w „Artystach”). Powtóre – przystąpi Universal w Berlinie do nakręcania dodatków aktualnych w różnych językach, a więc i w polskim. Wreszcie planowane są filmy polskie, wykonane tutejszemi siłami. W tym celu bawili w Warszawie delegaci wytwórni i mieli szereg narad z różnemi osobami ze świata filmowego. Posiadamy – oświadczył dyr. Wax – produkcje tak dużą i tak urozmaiconą, że opłaci nam się posiadać własne kina dla waszych filmów. To też chcemy wybudować w Warszawie i w kilku większych miastach polskich szereg wielkich kin, w których będą wyświetlane nasze „przeboje” w języku polskim. Śmiałej inicjatywie dyr. Waxa życzymy powodzenia.

„Kino” nr 26 (28 czerwca 1931)

 


 

Artykuł przytoczony poniżej, nie dotyczy co prawda bezpośrednio dubbingu, ale udźwiękowienia filmu „Dziesięciu z Pawiaka” w studiach w Berlinie, myślę jednak, że może zainteresować naszych czytelników.

Czerwone światło: Cisza! („Kino”, nr 40, 4 października 1931)

(Korespondencja własna „Kina”)

Przechodziłem ulicą Bulowa (Bulowstrasse). Przed bramą domu nr 37 stał zgrabny chrysler, którego znak rozpoznawczy wskazywał warszawskie pochodzenie samochodu. „Trzeba zajrzeć” – myślę. Parę miesięcy temu Tobis przebudował olbrzymie sale rozrywkowe National-Hofu, mieszczące się właśnie tutaj, na atelier dźwiękowe. Nad wejściem do atelier świeci czerwona lampa z napisem: „Ruhe-Aufnahme” (Spokój – zdjęcia). Musiałem poczekać. Po kilku minutach lampa gaśnie, drzwi się otwierają i wychodzi ... portjer. - Kto kręci? – pytam. - Nie wiem! Nie można przeszkadzać podczas zdjęć... - Ci panowie czekają na mnie – mówię na wszelki wypadek. - Kwatsch! (Bzdury) Znamy się na takich kawałach... Nie widząc innego wyjścia, wyjmuję wizytówkę i piszę parę słów w imieniu „Kina” z prośbą o wstęp. Pisałem po polsku i posłałem na chybił trafił „do reżysera”. Mój dziennikarski węch mnie nie zawiódł. Bowiem faktycznie „nasi” pracowali w atelier. Po chwili wychodzi kierownik zdjęć, p. Szebeko, i ku wielkiemu zdumieniu portjera, zaprasza mnie do wnętrza. Przed wejściem do hali musieliśmy powtórnie czekać: zabłysła czerwona lampa... - Udźwiękawiamy – wyjaśnia tymczasem p. Szebeko – nasz film „Dziesięciu z Pawiaka”. Pracujemy już drugi dzień. Przyjechaliśmy w niedzielę rano, a wieczorem robiliśmy już próby! Musimy się spieszyć. Termin jest krótki, a roboty dużo... Czerwone światło zgasło. Wchodzimy. W sali panuje półmrok. Poprosiłem p. Szebeko, aby mnie chwilowo nikomu nie przedstawiał. Nie chciałem przeszkadzać w pracy., a pozatem o wiele ciekawiej jest obserwować wszystko „z boku”. Na miniaturowym ekranie widzę: piękny salon. Bogusław Samborski mówi coś do Zofji Batyckiej, ale nic nie słychać. To była próba. Samborski, który stał przed ekranem, musiał obserwować poruszenia ust, które muszą się zgadzać z wypowiedzianemi później przed mikrofonem słowami. Chwilę później widzimy tę samą scenę i słyszymy przytem: „Olga! Olga! Dlaczego taka smutna? Proszę zagrać, Olgo!” W następnej scenie występuje Józef Węgrzyn. Stoi on – na ekranie – plecami do publiczności. Ułatwia to niezmiernie pracę. Nie trzeba bowiem uważać, aby poruszenia warg zgadzały się z wypowiedzianemi słowami. Jako następny epizod widzimy zupełnie coś innego. Adam Brodzisz i Karolina Lubieńska siadają nad brzegiem Wisły. Płynie statek. Wioślarze śpiewają. Po niemej próbie sprowadzony z Warszawy chór Dana zaśpiewał: „Od Warszawy do Krakowa, gdzie rozbrzmiewa polska mowa”... Podkreślona muzyczną przeszło dwudziestoosobowej kapeli piosenka ta wywiera na widzu-słuchaczu silne wrażenie. Na sali zdjęć robią przygotowania do następnych scen. Idę do kantyny na przekąskę. Stoliki zajęte są przez miejscowych kierowników produkcji, reżyserów, dyrektorów wytwórni itd. Przypadkowo byli oni obecni przy wyświetlaniu kilku zdjęć plenarnych „Dziesięciu z Pawiaka”, nie wiedzieli jednak o polskim pochodzeniu filmu. Rozmowa toczy się właśnie na ten temat. Niektórzy przypuszczają, że chodzi o film rosyjski. - Kto ten film inscenizował? Gdzie mamy w Niemczech tak piękne okolice? Tego rodzaju filmy nakręcają tylko w Rosji... W tej chwili wmieszałem się w rozmowę. Zdziwienie filmowców nie miało granic, kiedy wyjaśniłem, że to polski film. Tutejsze koła filmowe są o polskiej produkcji filmowej bardzo źle poinformowane, albo wogóle jej nie znają. Te kilka scen, które zdołali zobaczyć, spodobały im się bardzo. Znany reżyser Sud-Filmu, oświadczył mi: - Brakuje nam tu filmów o tematach podobnych jak ten, którego urywki miałem przed chwilą sposobność zobaczyć. Potem wyłoniła się kwestia pojechania do Klubu Polskiego na obiad, wydany, na cześć pobytu warszawskich filmowców w Berlinie, przez kolonję polską. Przy wyjściu z atelier poprosiłem jeszcze wszystkich zebranych o zrobienie zdjęcia dla „Kina”. Propozycja moja została przyjęta bardzo mile. Następnie pojechaliśmy do Klubu Polskiego. Tutaj zebrana już była cała polska kolonja w Berlinie. Przedstawiciele poselstwa i konsulatu również byli obecni. Na usilne prośby chór Dana zaintonował piosenkę „Od Warszawy do Krakowa”... I tak nadwyraz wesoły nastrój towarzyszył zabawie do późna w noc...

Zygmunt Schindler Berlin, wrzesień, 1931

 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Alex i spółka: Jak dorosnąć pod okiem rodziców (22 lipca; Disney Channel)
  • Kacper i Emma jadą w góry (28 lipca; kino)
  • Valerian i miasto tysiąca planet (4 sierpnia; kino)
  • Moje wakacje z Rudym (11 sierpnia; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (2017; kino)
  • Czarna Pantera (14 lutego 2018 roku; kino)
  • Pułapka czasu (9 marca 2018 roku; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie