youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” – recenzja dubbingu

Jarosław Boberek w wywiadzie, którego udzielił niedawno Katarzynie Koczułap, stwierdził: „Dubbing charakteryzuje się tym, że jedziemy już po położonych torach – trzeba przejechać po nich swoim pociągiem”. Trzymając się tego porównania stwierdzam, że polska wersja językowa do drugiej części Dnia Niepodległości przypomina szybką jazdę rozklekotanym składem produkcji radzieckiej, który ostatni remont przeszedł jeszcze w czasach gospodarki centralnie planowanej. W przeciwieństwie do ostatniego dubbingu w reżyserii Leszka Zdunia, czyli Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, jest jednak o tyle lepiej, że tym razem maszynista nie był pijany, więc pasażerowie dotarli do stacji końcowej cali i zdrowi.

Wyliczankę problemów polskiej wersji językowej należałoby zacząć od słabo zsynchronizowanych kłapów w niektórych scenach, ale największy dysonans podczas oglądania filmu w polskiej wersji powoduje przede wszystkim niezgranie emocji. Bardzo często sposób gry polskich aktorów nie pokrywa się z tym, co amerykańscy próbują wyrazić na ekranie. W jednej ze scen, rozgrywających się na Księżycu, bohaterowie przy pomocy mechanicznych ramion przytwierdzonych do holownika, w którym się znajdują, próbują złapać pewną część zniszczonego statku kosmicznego, która w późniejszej fabule filmu pełni zresztą rolę McGuffina. Gdy reszta załogi zaczyna poganiać operującego wspomnianą maszynerią Charliego, granego przez Travisa Tope’a, żeby robił to szybciej, dubbingujący go Tomasz Olejnik cedzi przez zęby: „Staram się”, podczas gdy postać widoczna na ekranie ma pełną skupienia minę charakterystyczną dla osób nawlekających nitkę na igłę, a przypominającą próbę podłubania językiem w nosie. W innej ze scen oglądamy nieporadne zaloty tego samego bohatera do chińskiej pilotki. Komizm tej sytuacji w oryginale polega na tym, że Charlie, zgrywając macho-amanta, zagaduje do wybranki swojego serca tekstami przypadkowo ocierającymi się o rasizm. Tymczasem w polskiej wersji Tomasz Olejnik odczytuje te teksty z powagą godną świeżego zdobywcy legitymacji członkowskiej podlaskiej brygady ONR, przez co cały dialog brzmi jak jakieś przesłuchanie. A ja zamiast wybuchnąć śmiechem zastanawiałem się, co takiego zaszło w tym młodym człowieku, że w ciągu dziesięciu sekund z zakochanego młokosa z motylkami w brzuchu przeobraził się w ciemnego ksenofoba. Jakże inny byłby odbiór tej sceny, gdyby Olejnik swoje kwestie wygłosił w twardzielsko-zalotnym tonie.

Nie sposób też przyczepić się do pewnego przeoczenia ze strony realizatorów polskiej wersji. W jednej ze scen prezydent Whitmore daje się zaatakować kosmicie, żeby móc posłużyć jako translator, który ułatwiłby reszcie bohaterów wypytanie rzeczonego kosmity o to, czym właściwie jest to duże coś, co właśnie zaatakowało Ziemię. Po tym wydarzeniu Billowi Pullmanowi na resztę filmu odrobinę zmienia się głos. Staje się on cichszy i bardziej „ściśnięty”, trudno bowiem mówić normalnie po tym, jak wielka macka rodem z jakiegoś hentaia dusiła cię przez kilka minut. Niestety, w polskiej wersji językowej nie zwrócono uwagi na ten niepozorny szczegół, więc Grzegorz Wons do końca filmu dalej mówi tak, jakby nic się nie stało.

Do wspomnianych mankamentów dochodzą jeszcze problemy z dźwiękiem. Bardzo często – a już szczególnie podczas walk powietrznych – nie byłem w stanie zrozumieć, o czym aktorzy mówią. Niesamowite, że w alternatywnym roku 2016 ludzkość dysponuje technologią pozwalającą na łączność z Księżycem przy pomocy Skype’a, a nie uporała się z szumiąco-trzaskającymi radiami w wojskowych samolotach. Żołnierzom to pewnie bez różnicy, lata treningu pozwalają się przyzwyczaić do technicznych niedogodności, ale skąd ja, biedny widz, mam wiedzieć, co się właściwie dzieje na ekranie, skoro jedyne co widać to lasery i wybuchy jakieś, a szybkie wymiany zdań między pilotami brzmią jak parafraza pewnego dowcipu: „- Szszszczczczcz brzrzzzzdzzzyyy czczczzz coca-colę? / - Ale że co piliśmy w Kentucky?” Do tego poziom głośności polskich dialogów jest inny niż oryginalny, co da się zauważyć w scenach z chińskimi dialogami, które zostały pozostawione w oryginale. Z jakiegoś powodu są one zdecydowanie cichsze od polskiej ścieżki.

Tym, co w przypadku Dnia Niepodległości zdecydowanie się udało, jest casting. Przed seansem obawiałem się, że Grzegorz Wons nie będzie pasował pod Billa Pullmana, ale ostatecznie dał radę. Arturo del Puerto w epizodycznej roli Bordeaux, członka dość niefortunnej załogi poszukiwaczy skarbów, jest na tyle podobny do dubbingującego go Jarosława Boberka, że przez chwilę można pomyśleć: „Oto kolejny polski aktor zaliczył drobną rólkę w produkcji zza wielkiej wody”. Dobrze dobrano również większość młodej obsady. Co prawda Miłosz Konieczny jako odpowiednik Liama Hemswortha początkowo nie przypadł mi do gustu, ale na szczęście dość szybko się do niego przyzwyczaiłem. Bez wątpienia jednym z lepszych strzałów obsadowych jest Przemysław Bluszcz dubbingujący Williama Fichtnera i warto by go było zachować w kolejnych dubbingach do filmów z udziałem tego aktora. Podobnie Aleksander Mikołajczak pod Patricka St. Esprita sprawdza się całkiem nieźle. Oczywiście trafiają się też i gorzej dobrane głosy. Lidia Sadowa pod Chatlotte Gainsbourg, Włodzimierz Press pod Judda Hirscha czy Wojciech Paszkowski pod Brenta Spinera nie przypadli mi do gustu. W tym ostatnim przypadku podoba mi się jednak pewien smaczek, który twórcy polskiej wersji zapewne wcisnęli do filmu nieświadomie: oto bowiem nie kto inny jak komandor porucznik Data przemówił po polsku głosem podporucznika Tomasa Parisa ze statku Voyager. Niezła gratka dla polskich fanów Star Trek.

Za to zupełnie nie wiem co myśleć o Dariuszu Kowalskim jako Jeffie Goldblumie. Po pierwsze nie starał się on za specjalnie oddać charakterystycznej maniery tego aktora polegającej, że zacytuję jeden z wpisów na forum polski-dubbing.pl, „na kilkakrotnym wstawianiu samogłoski A w czasie wypowiedzi jak i również powtarzania pewnych a a a słów w zdaniu”. Z jednej strony próba naśladowania Goldbluma mogła wyjść pokracznie, z drugiej szkoda, że zdecydowano się pójść linią najmniejszego oporu. Z jakiegoś powodu pan Kowalski brzmiał też w moich uszach jak młody Marek Barbasiewicz, więc zamiast konotacji z Januszem Traczem do głowy przychodziły mi jedynie skojarzenia z doktorem Rudolfem Jungiem. Goldbluma usłyszymy po polsku również w przyszłorocznej kontynuacji Thora i przypuszczam, że w tym filmie będzie go dubbingował ktoś inny.

Choć przez większość recenzji narzekałem, to muszę przyznać, że ten dubbing wyszedł Leszkowi Zduniowi lepiej niż to było przy Batman v Superman. Jak pisałem w recenzji polskiej wersji językowej do Warcraft: Początku – lubię, kiedy twórcy robią postępy. Dniem Niepodległości Zduń zdołał wybić się do poziomu porównywalnego dubbingu X-Men: Apocalypse, również stworzonego w studiu Sonica. Czyli poziomu średnio dobrego/przeciętnego. Tym niemniej, z takim świadectwem na miejscu Leszka Zdunia wracałbym jednak do domu okrężną drogą. Na wszelki wypadek. Ocena ogólna: 5/10, w porywach 6/10.



 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Wonder Woman (2 czerwca; kino)
  • Zielona szkoła (16 czerwca; kino)
  • Transformers: Ostatni Rycerz (23 czerwca; kino)
  • Castlevania (7 lipca; Netflix)
  • Spider-Man: Homecoming (14 lipca; kino)
  • Valerian i miasto tysiąca planet (4 sierpnia; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Dziennik cwaniaczka: Droga przez mękę (3 listopada; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (2017; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie