youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon [Recenzja dubbingu] „X-Men: Apocalypse”

Mimo stale rosnącej liczby dubbingów aktorskich, czyli wielu godzin ciężkiej pracy i doskonalenia się w trudnej sztuce dubbingu, Studio Sonica wciąż zawodzi. W miniony piątek w polskich kinach zadebiutowała najnowsza część przygód o grupie superbohaterów zwanych X-Menami. W „X-Men: Apocalypse” muszą oni zmierzyć się z pierwszym mutantem, jaki stąpał po ziemi. Ten przebudził się po tysiącach lat i nie spodobało mu się to, co zastał. W moim odczuciu sam obraz nie przebił niestety poprzedniej części, „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie”. Mimo bardzo popularnego i potężnego przeciwnika oraz wielu nowych młodych mutantów najnowsza część sagi pozostawia niedosyt. Mimo to jest dobrym filmem i obowiązkowym seansem każdego fana filmów o superbohaterach.


Za polską wersję językową ponownie odpowiedzialne jest Studio Sonica. Odnoszę wrażenie, że reżyser – Jerzy Dominik – przy każdym kolejnym filmie stara się coraz mniej. Mimo zachowania całej obsady z poprzedniej części, jedynie nieliczni aktorzy zabrzmieli w miarę poprawnie. Do Waldemara Barwińskiego w roli Charlesa Xaviera (James McAvoy) nigdy się nie przyzwyczaję, ale o ile w pierwszej części chociaż jego gra aktorska była na pewnym poziomie, tak tu praktycznie cały czas brzmiał, jakby po prostu czytał. Każde kolejne zdanie stwarzało w mojej głowie obraz aktora, który siedzi w studio i czyta. I tyle. Totalny brak emocji w jego głosie. Tu należy również wspomnieć o Klementynie Umer, wcielającej się w Moirę MacTaggert (Rose Byrne), podobnie zagranej w dubbingu od niechcenia. Nic dziwnego, że te postacie mają się ku sobie. Problem ze sztucznością wypowiedzi miał również Piotr Zelt, wcielający się w postać Magneto (Michael Fassbender). Już w poprzednim filmie był to wybór bardzo ryzykowny, ale dzięki odpowiedniej grze jego głos aż tak nie raził. W „Apocalypse” niestety już się o to nie postarano. Słuchając jego dialogów ma się wrażenie, że Magneto mówi głosem Arnolda z „13 posterunku”. Tego bałem się poprzednio, a otrzymałem teraz. Również jego śpiew pozostawia tutaj wiele do życzenia. W oryginale Fassbender wykonał kołysankę dla swojej córki w sposób bardzo delikatny, a w polskiej wersji pojawiło się uczucie „papieru ściernego”. To tak, jak niektórym nie pasował Marek Lewandowski pod Harrisona Forda, bo brakowało mu czułości w głosie – tu było sto razy gorzej. Byłem wręcz zażenowany. Trzeba jednak zaznaczyć, że w ekstremalnej sytuacji, gdy Magneto miał bardzo dynamiczne dialogi wyszło całkiem przyzwoicie. Głównie dlatego, że nie musiał już udawać delikatności i był naturalniejszy. Nie mam większych zarzutów do kreacji Lesława Żurka (Bestia, Nicholas Hoult) oraz Lidii Sadowej (Mystique, Jennifer Lawrence). Choć wydaje mi się, że Żurek w poprzedniej części wypadł o wiele lepiej, to tragedii nie było. Bardzo pomaga fakt, że został zwyczajnie dobrze obsadzony i pasuje do postaci, czego nie można powiedzieć o dwóch poprzednich bohaterach. Sadowa natomiast jest po prostu bardzo dobrą aktorką i już niejednokrotnie udowodniła, że potrafi świetnie wpasować się w każdą rolę. Inaczej brzmiała jako Tauriela, inaczej jako Scarlett Witch, a inaczej jako Maz Kanata. Większych zastrzeżeń nie mam też w stosunku do Quicksilvera granego przez Bartosza Obuchowicza (Evan Peters). Zagrał o wiele lżej, bliżej oryginału niż w „Przeszłości, która nadejdzie”. Nawiasem mówiąc, Peter ma też kolejna świetną scenę akcji w slow motion, sam nie mogę się zdecydować, która była lepsza. Najbardziej naturalnie wypadł chyba Otar Saralidze w roli Alexa Summersa (Lucas Till). Choć to nie Jakub Wesołowski, na którego w tej roli czekałem, to zagrał tak naturalnie, że nie rzuca się w uszy, że to jednak dubbing.


W filmie pojawiło się również wielu młodych mutantów, których dorosłe wersje mogliśmy oglądać w pierwszych trzech filmach o X-Menach – Jean Grey, Scott Summers, Nightcrawler, czy Storm. O ile na papierze polska obsada wyglądała intrygująco i bardzo liczyłem, że te pomysły wypalą, o tyle w rzeczywistości wyszło bardzo przeciętnie. Największy problem pojawił się przy Pawle Kruczu (Tye Sheridan) oraz Marcie Markowicz (Sophie Turner). Kurcz całkiem dobrze sprawdził się w dubbingu do zeszłorocznej „Fantastycznej Czwórki”. Gdyby w „Apocalypse” zagrał trochę delikatniejszym, młodzieńczym głosem, to nie byłoby żadnego problemu. Tylko, że tak nie zagrał. Brzmiał zdecydowanie zbyt nisko, za staro. A z doświadczenia wiem, że potrafi brzmieć dużo młodziej, co było tu właśnie potrzebne, a przez co wyszło nienaturalnie. Markowicz wcielała się w postać Jean Grey (Sophie Turner). Kompletnie zero emocji i podobnie jak w przypadku Krucza, barwa zbyt dojrzała. Tutaj natomiast nie dało się tego zamaskować grą, przez co nigdy nie zabrzmi to odpowiednio. Mieszane uczucia wywołuje również Olga Sarzyńska (Alexandra Shipp), bo mimo że w filmie nie miała wielu dialogów i stworzyła kreację do przyjęcia, to ma bardzo charakterystyczny głos, który na dłuższą metę (a Storm ma się pojawić z większą rolą w kolejnej części) może odrzucać – szczególnie, jeśli reżyser nie bardzo interesuje się tym, jak grają aktorzy. Aktor, o którego obawiałem się najbardziej, czyli Rafał Fudalej (Kodi Smit-McPhee), który w „Hobbitach” odrzucił mnie straszną sztucznością, wyjątkowo wypadł w porządku. Jego wypowiedzi były dość stonowane, przez co nie irytowało tak skrzeczenie w głosie… no może poza jego ostatnim dialogiem na samym końcu filmu. Na ogromny minus zasługuje również tytułowy złoczyńca, Apocalypse, grany przez Jacka Króla. W oryginale w tę postać wcielił się Oscar Isaac, którego mogliśmy niedawno oglądać w filmie „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”. Tam zdubbingował go Marcin Bosak, który wypadł bardzo dobrze i nawet jeśli nie brzmiał idealnie, to zwyczajnie pasował. Tutaj głos jego postaci był mocno modulowany, przez co najpewniej twórcy zdecydowali się na zaproszenie Jacka Króla, który dysponuje naturalnym, niskim basem. Ale to zły sposób. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego część reżyserów ucieka się do tej prostszej metody, która nie przynosi dobrego efektu. O ile lepiej prezentowałby się ten czarny charakter, gdyby jego głos faktycznie był młodszy i trochę bardziej modulowany! A tak dostaliśmy brzmiącego zbyt staro i trochę za bardzo naturalnie Króla (bo jednak nienaturalna, obniżona barwa dodaje charakteru postaci), który jest dobrze zagrany i to wszystko. Brak mu duszy. O wiele lepszy efekt osiągnięty został choćby w filmach Marvela, gdzie postacie takie jak Malekith (Rafał Rutkowski, „Thor: Mroczny świat”) czy Ronan Oskarżyciel (Ireneusz Czop, „Strażnicy Galaktyki”) brzmią o wiele bardziej przekonująco (choć z kolei cierpią na inny problem, jakim jest przesadzona modulacja głosu). Nieporozumieniem są dla mnie również gwary i epizody. Sztuczność i kreskówkowość tych głosów po prostu poraża. Joanna Pach jako Magda, żona Magneto, Tomasz Steciuk jako mutant Caliban, Bartosz Martyna jako milicjant Jakub, czy Tomasz Błasiak jako – to najlepsze – osiłek w liceum Scotta Summersa. Oprócz tego jak zwykle Reczek, Wituch, Brygida Turowska w kilku rolach (widzę Gajewska akurat nie mogła?), czy nawet sam reżyser ze swoim charakterystycznym głosem brzmieli beznadziejnie. Już chyba lepiej drugi plan jest obsadzany w animacjach.


Trzeba również wspomnieć o scenach rozgrywających się w Polsce, w których – w wersji oryginalnej – robotnicy, czy sam Michael Fassbender mówią po polsku. Należy pochwalić Sonikę, że zdecydowała się zdubbingować również te fragmenty, ponieważ akcent amerykańskich aktorów był bardzo nienaturalny i wywoływał salwy śmiechu na seansach z napisami. Jednakże trzeba Sonikę również zbesztać za beznadziejny dobór polskich odpowiedników, które absolutnie nie pasowały. Innymi słowy znów powraca problem z kreskówkowymi głosami, wspomniany powyżej.


Dialogi do filmu, napisane przez Michała Wojnarowskiego, prezentują się solidnie. Nie ma w nich żadnych dziwnych, nieśmiesznych żarcików, o których było niedawno głośno przy okazji innego dubbingu tego studia. Jedyne, co mi się nie spodobało, to prawdziwe imię Apocalypse’a: En Sabah Nur. Z jednej strony w polskiej wersji „h” na końcu słowa „Sabah” jest nieme. W efekcie powstaje nam „En Sabanur”. Z drugiej strony dialogi wypowiadane w języku arabskim (pozostawione z oryginału) brzmią jak powinny i tu mamy dysonans. Jest to albo nielogiczna decyzja dialogisty albo niedopilnowanie reżysera. W każdym razie błąd. Pojawiła się również drobna cenzura przy dialogu Magento skierowanym do Apocalypse’a w scenie zaraz po słowach „Nie nazywam się Henryk, jestem Magneto”. Tekst „Who the fuck are you?” został przetłumaczony na „A wy tu czego?”. Szkoda, że wciąż praktykowane są takie metody tłumaczenia – pytanie tylko, czy to wciąż wina dialogisty, czy może wymóg dystrybutora?


Generalnie dubbing prezentuje się bardzo przeciętnie: tłumaczenie w porządku, kilka rzeczy zagrało, ale zbyt mało, żeby mówić o dobrej polskiej wersji. Szkoda, że powtarzają się wciąż błędy, takie jak kreskówkowe gwary, mała liczba aktorek w obsadzie oraz słabej grze aktorów, o których wiemy, że potrafią grać bardzo dobrze. Inną sprawą jest dobór aktorów w ogóle, temat wielokrotnie poruszany i przez studio ewidentnie olewany. Jeśli Sonica dalej ma zamiar robić niechlujne opracowania, to musi również liczyć się z nieprzychylnymi opiniami widzów.

 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Castlevania (7 lipca; Netflix)
  • Spider-Man: Homecoming (14 lipca; kino)
  • Valerian i miasto tysiąca planet (4 sierpnia; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Dziennik cwaniaczka: Droga przez mękę (3 listopada; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (2017; kino)
  • Czarna Pantera (14 lutego 2018 roku; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie