youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon Wcale nie płaczę, to orzeł wpadł mi do oka, czyli „Mój przyjaciel orzeł”

Był sobie mały orzeł, który wypadł z gniazda i był sobie mały chłopiec, który też w pewnym sensie stracił dom i rodzinę. I jak to w filmach zazwyczaj bywa, oczywiście trafiają na siebie. Lucas zaczyna zajmować się ptakiem, któremu daje na imię Abel, a zwierzę również w jakiś sposób zapewnia mu opiekę - sprawia, że chłopak zaprzyjaźnia się z Danzerem, mężczyzną obdarzonym ogromną wiedzą na temat tajemnic dzikiej przyrody. Z drugiej strony mamy Kellera, ojca Lucasa, którego z synem łączą - jak to zwykle bywa - trudne stosunki. Tak w skrócie i bez większych spoilerów prezentuje się fabuła filmu Mój przyjaciel orzeł. Brzmi znajomo? Pewnie tak. Ale uwierzcie na słowo, że w praktyce wypada o wiele, wiele mniej banalnie niż w powyższym streszczeniu.


Wiem, że to recenzja dubbingu, ale odnośnie samej produkcji muszę poczynić jedną uwagę - mimo iż film jest promowany jako familijny, zastanówcie się dobrze, czy aby na pewno wasz potomek/siostrzeniec/bratanek/dzieciak pożyczony od sąsiada jest gotowy na ten seans. Owszem, mamy wzruszającą historię (działającą nawet na starych, odpornych na disneyowską ckliwość dziadów - możecie mi podać chusteczkę?) Mamy wspaniałe krajobrazy, piękną kolorystykę zdjęć i parę znakomitych pomysłów na ujęcia typu nagrywanie w locie kamerą umieszczoną na grzbiecie orła. Ale wiedzcie o jednym. Po pierwsze: mimo wszystko nastrój filmu jest przez dużą część czasu, przede wszystkim na początku, mocno depresyjny. Może nawet trochę za mocno. W każdym razie doszłam do wniosku, że moje 10-letnie ja zdecydowanie zwiałoby z seansu po pierwszym kwadransie. Takie klimaty trzeba po prostu albo lubić albo być na nie odpornym. Po drugie: kilka ładnych lat, które całość spędziła na etapie produkcji, nie wzięło się znikąd, więc jeśli na ekranie widzicie orła z apetytem konsumującego świeżą mięsną zdobycz albo kozicę przygniataną przez śnieżną lawinę, to wiedzcie, że oglądacie właśnie z trudem uchwycone rzeczywiste ujęcia i zwierzątka giną najzupełniej w świecie na serio. Ja wiem, że w filmach przyrodniczych można się czasem natknąć na znacznie brutalniejsze rzeczy, ale jak dla mnie idea filmu familijnego i realistyczne obrazki z życia bezlitosnej Matki Natury w ogóle się nie kleją ze sobą.


Stworzenie polskiej wersji językowej Mojego przyjaciela orła przypadło w udziale studiu Film Factory, które mimo wciąż jeszcze niedużego dorobku w dubbingu aktorskim (przynajmniej pod tym szyldem) potrafiło nie raz i nie dwa pozytywnie zaskoczyć. Zwłaszcza obsadowo, co - nie ukrywam - jest dla mnie priorytetem. Po prostu lubię tak zwane dobre nazwiska na liście płac i już. Do tej pory spoglądam z pewną czułością na polską wersję językową Level Up (tak filmu, jak i serialu), gdzie Anna Apostolakis-Gluzińska potrafiła obok dość oczywistych głosów pokroju Pawła Ciołkosza czy Kajetana Lewandowskiego postawić stosunkowo mało wykorzystywanego w dubbingu Wojciecha Solarza. Tak więc do seansu nie musiałam podchodzić z takim niepokojem, jaki niejednokrotnie towarzyszy mi przy wytworach co niektórych innych studiów. Mogło być różnie, ale na pewno bez drastycznie przykrych niespodzianek.


Obsada jest kameralna - w filmie pojawiają się zaledwie cztery postaci ludzkie - ale z drugiej strony również bardzo konkretna. Mówiąc dosadniej, Beata Kawka postanowiła zrobić polską wersję, jak to młodzież mawia, na bogato. Już w marcu było wiadome, że grany przez Tobiasa Morettiego Keller przemówi głosem Pawła Deląga vel naszego towaru eksportowego na Wschód, zaś Danzera, w którego wciela się sam Jean Reno, zdubbinguje aktor naprawdę dużego kalibru w osobie Władysława Kowalskiego. Takich ludzi nie słyszy się w dublażach aż tak często, nawet jako „zastępców” największych gwiazd kina światowego, więc tym bardziej te zapowiedzi budziły wielkie nadzieje. Oczywiście to, co prezentuje się apetycznie na papierze, wcale nie musi okazać się równie wspaniałe w rzeczywistości (ileż to już mieliśmy takich rozczarowań...), ale nie oszukujmy się - tego typu nazwiska gwarantują pewien poziom wykonania, który w Moim przyjaciele orle zdecydowanie otrzymaliśmy.


Taka decyzja, jak połączenie twarzy Jeana Reno z głosem Władysława Kowalskiego, którego bodaj nikt nie typował jako potencjalnego kandydata, wydawała się być dość brawurowa. Trudno bowiem dostrzec między tymi panami choćby iskierkę tego nieokreślonego podobieństwa, które najlepsze dubbingowe zestawienia zagranicznych gwiazd z naszymi sławami czyni trafionymi w dziesiątkę. Ale wystarczy pierwsze pięć minut występu Danzera na ekranie, aby przekonać się, że podjęte przez panią Kawkę ryzyko opłaciło się. Ten bohater Reno to nie komisarz policji, zły czarownik, zawodowy zabójca. To ciepły, budzący sympatię starszy pan, taki dobry wujek czy bardziej dziadek, który doradzi, jak się zająć orłem, pomoże i nawet mięsko dla ptaszyny przemyci z domu. Owszem, polski głos zdaje się brzmieć chwilami trochę za staro, co mogłoby być o tyle zrozumiałe, że Kowalski jest starszy od Reno o całe 12 lat. Ale raz - w tym konkretnym przypadku to nie razi, a wręcz pasuje do postaci, choćby dlatego, że taką właśnie barwę ma Danzer w oryginale i dwa - znakomite aktorstwo rekompensuje ewentualne niedogodności z nawiązką. Słychać, że ktoś tu naprawdę stara się oddać jak najbardziej wiarygodne emocje, a nie tylko odhaczyć swoją robotę, żeby szybciej pójść do domu. Myślę, że nie tylko nie psuje tego, co na ekranie zagrał jego zagraniczny kolega, ale i delikatnie dodaje coś od siebie, dzięki czemu w polskiej wersji postać Danzera wydaje się być trochę pełniejsza niż w oryginale.


W sumie pan Kowalski ma tu do powiedzenia najwięcej, bo przypadła mu w udziale również narracja z offu, która już na samo dzień dobry informuje nas, że za mikrofonem nie stoi jakiś szeregowy aktor dubbingowy, słyszany wcześniej w miliardzie nie najlepszych kreskówek. Reszta obsady ma mniejsze pole do popisu. Czasem nawet znacznie. Trudno jest oceniać występ Marianny Kostempskiej, która jako Maria ma w zasadzie tylko dwa krótkie zdania w całym filmie, chociaż należy przyznać, że były to kwestie mocno dramatyczne i udało jej się zagrać je bez kreskówkowego fałszu, w który z łatwością popadają niektóre aktorki. Wydawać by się mogło, że łatwiej będzie recenzować Pawła Deląga i młodego Jakuba Jóźwika w rolach ojca i syna, czyli Kellera i Lukasa, ale... To wcale nie jest takie proste. Obydwu bohaterów dręczy trauma z przeszłości, co czyni z nich swoistych odludków, którzy początkowo naprawdę nie chcą gadać ze sobą albo i w ogóle z nikim. Jeśli dodamy do tego poetycką konwencję całego filmu, chętniej sięgającego po długie sekwencje świata przyrody pozbawione nawet słownej ingerencji człowieka, okazuje się, że nie było tu aż tak dużo do zagrania. Ale jak to mawiają, liczy się jakość, a nie ilość - i tak jest w tym dubbingu. Tobias Moretti przemawiający głosem Pawła Deląga w praktyce okazał się być równie trafionym strzałem co w teorii. Nie tylko pod względem brzmienia, trochę jakby rozdartego między „starym” a „młodym”, ale i gry aktorskiej. Chociaż pierwsze kwestie zdaje się wygłaszać nieco dziwnie, potem jest dobrze i tylko dobrze. Zwłaszcza jak na kogoś, kogo dotychczasowy dorobek głosowy składa się z jednego słuchowiska i jednej gry. Wprawdzie, jak już wspominałam, postać Kellera nie pozwala się jakoś szczególnie aktorsko wyżyć (śmiem twierdzić, że nieraz to i w jednym odcinku legendarnego Komisarza Reksa Moretti miewał więcej do zrobienia...), ale to, co dostajemy, zostało zrobione z dbałością i wyczuciem. Wobec Jakuba Jóźwika z kolei można postawić zarzut, że gra bardzo specyficznie, jak gdyby za bardzo „do siebie”, ale jeśli przypomnimy sobie, jakim typem dziecka jest Lucas - zamknięty w sobie, lepiej czujący się w odosobnieniu wśród zwierząt niż z własnym ojcem - uświadomimy sobie, że nie należy traktować tego jak wadę. Raczej jako wiarygodną podstawę dla całkiem solidnej dubbingowej roli, zwłaszcza, że najmłodszy członek obsady zdaje się z naprawdę dużą sprawnością radzić sobie ze swoim niestabilnym emocjonalnie bohaterem. Nie jest mi łatwo powiedzieć coś więcej, jako że ocenianie występujących w polskich dublażach dzieci jest tak zwaną wyższą szkołą jazdy, ale chyba już teraz można stwierdzić jedną rzecz na pewno - w tym chłopcu jest potencjał. I dobrze byłoby go wykorzystać odpowiednio, zanim dla Jakuba nadejdzie smutny czas mutacji.


Technicznie temu dubbingowi nie można wiele zarzucić. Na szczególny zachwyt zasługują bardzo dopracowane dialogi, które niemal idealnie wpasowywały się w tak zwane kłapy, niwelując w znacznym stopniu pewien dyskomfort, jaki budzą u części społeczeństwa słowa nie zgadzające się z ruchem ust. Lista dialogowa nie tylko świetnie wygląda na ekranie, ale również świetnie brzmi - od razu wiemy, że jej autorki dobrze znają przede wszystkim język polski, co sprawia, że nie musimy obawiać się żadnych lingwistycznych koszmarków ignorujących wszelkie możliwe zasady poprawnej polszczyzny. Nie ma co się oszukiwać, takie podejście nie jest niestety bezwzględnie powszechne w tej dziedzinie. Jakość dźwięku również nie budzi znaczących zastrzeżeń. Wiem, że niektórzy widzowie seansów przedpremierowych mieli problem z kwestiami Lucasa, które zdawały się brzmieć zbyt studyjnie i „czysto” w porównaniu do całej reszty. Na moje niemłode, ale i niestare jeszcze ucho różnica była, owszem, ale na tyle niewielka, że właściwie do momentu zetknięcia się z powyższymi opiniami uważałam ją za zupełnie subiektywne, niepoparte żadnymi sensownymi argumentami odczucie. Dlatego uznać należy, że nie mamy tu do czynienia z wyraźną i poważną usterką psującą odbiór całości, a jedynie drobnym, generalnie niewyczuwalnym potknięciem.


Może pewnego rodzaju entuzjazm wobec tego opracowania nie pozwala mi na pełny obiektywizm. Może to zniechęcenie wywołane dubbingami popsutymi przez parę innych studiów. Ale powiedzmy to wprost - ani pani reżyser ani całe Film Factory nie ma powodów do wstydu. Polska wersja językowa Mojego przyjaciela orła to kawał dobrze wykonanej roboty, która po zainwestowaniu w nią odpowiedniej ilości serca i uwagi zaowocowała dubbingiem na wysokim i godnym naśladowania poziomie. Ktoś mógłby powiedzieć, że porównanie tego do poprzeczki, którą w swoim czasie w SDI Media Polska wyznaczył Waldemar Modestowicz przy produkcjach z uniwersum Marvela, jest przesadą, ale ja sądzę, że to naprawdę zbliżona liga, której warto się trzymać, gdy przychodzi do opracowywania filmów, które nie są jakimś sezonowym dziwactwem zrobionym na odczepnego. Tutaj mamy ładną produkcję z równie ładnym dubbingiem, który na pewno nie zepsuje przyjemności z oglądania, a kto wie, może trochę jej doda. Dlatego jeśli już się przełamiecie i zdecydujecie na seans (do czego jednak zachęcam), na pewno nie będziecie ani żałować ani tym bardziej ze zgrozą zatykać uszu. Jako osoba raczej marudna w kwestiach dubbingowych, z niekłamaną radością mogę ten tekst spuentować jednym zdaniem. Film Factory - zrobiliście to dobrze.

Był sobie mały orzeł, który wypadł z gniazda i był sobie mały chłopiec, który też w pewnym sensie stracił dom i rodzinę. I jak to w filmach zazwyczaj bywa, oczywiście trafiają na siebie. Lucas zaczyna zajmować się ptakiem, któremu daje na imię Abel, a zwierzę również w jakiś sposób zapewnia mu opiekę - sprawia, że chłopak zaprzyjaźnia się z Danzerem, mężczyzną obdarzonym ogromną wiedzą na temat tajemnic dzikiej przyrody. Z drugiej strony mamy Kellera, ojca Lucasa, którego z synem łączą - jak to zwykle bywa - trudne stosunki. Tak w skrócie i bez większych spoilerów prezentuje się fabuła filmu "Mój przyjaciel orzeł". Brzmi znajomo? Pewnie tak. Ale uwierzcie na słowo, że w praktyce wypada o wiele, wiele mniej banalnie niż w powyższym streszczeniu.

Wiem, że to recenzja dubbingu, ale odnośnie samej produkcji muszę poczynić jedną uwagę - mimo iż film jest promowany jako familijny, zastanówcie się dobrze, czy aby na pewno wasz potomek/siostrzeniec/bratanek/dzieciak pożyczony od sąsiada jest gotowy na ten seans. Owszem, mamy wzruszającą historię (działającą nawet na starych, odpornych na disneyowską ckliwość dziadów - możecie mi podać chusteczkę?). Mamy wspaniałe krajobrazy, piękną kolorystykę zdjęć i parę znakomitych pomysłów na ujęcia typu nagrywanie w locie kamerą umieszczoną na grzbiecie orła. Ale wiedzcie o jednym. Po pierwsze: mimo wszystko nastrój filmu jest przez dużą część czasu, przede wszystkim na początku, mocno depresyjny. Może nawet trochę za mocno. W każdym razie doszłam do wniosku, że moje 10-letnie ja zdecydowanie zwiałoby z seansu po pierwszym kwadransie. Takie klimaty trzeba po prostu albo lubić albo być na nie odpornym. Po drugie: kilka ładnych lat, które całość spędziła na etapie produkcji, nie wzięło się znikąd, więc jeśli na ekranie widzicie orła z apetytem konsumującego świeżą mięsną zdobycz albo kozicę przygniataną przez śnieżną lawinę, to wiedzcie, że oglądacie właśnie z trudem uchwycone rzeczywiste ujęcia i zwierzątka giną najzupełniej w świecie na serio. Ja wiem, że w filmach przyrodniczych można się czasem natknąć na znacznie brutalniejsze rzeczy, ale jak dla mnie idea filmu familijnego i realistyczne obrazki z życia bezlitosnej Matki Natury w ogóle się nie kleją ze sobą.

Stworzenie polskiej wersji językowej "Mojego przyjaciela orła" przypadło w udziale studiu Film Factory, które mimo wciąż jeszcze niedużego dorobku w dubbingu aktorskim (przynajmniej pod tym szyldem) potrafiło nie raz i nie dwa pozytywnie zaskoczyć. Zwłaszcza obsadowo, co - nie ukrywam - jest dla mnie priorytetem. Po prostu lubię tak zwane dobre nazwiska na liście płac i już. Do tej pory spoglądam z pewną czułością na polską wersję językową "Level Up" (tak filmu, jak i serialu), gdzie Anna Apostolakis-Gluzińska potrafiła obok dość oczywistych głosów pokroju Pawła Ciołkosza czy Kajetana Lewandowskiego postawić stosunkowo mało wykorzystywanego w dubbingu Wojciecha Solarza. Tak więc do seansu nie musiałam podchodzić z takim niepokojem, jaki niejednokrotnie towarzyszy mi przy wytworach co niektórych innych studiów. Mogło być różnie, ale na pewno bez drastycznie przykrych niespodzianek.

Obsada jest kameralna - w filmie pojawiają się zaledwie cztery postaci ludzkie - ale z drugiej strony również bardzo konkretna. Mówiąc dosadniej, Beata Kawka postanowiła zrobić polską wersję, jak to młodzież mawia, na bogato. Już w marcu było wiadome, że grany przez Tobiasa Morettiego Keller przemówi głosem Pawła Deląga vel naszego towaru eksportowego na Wschód, zaś Danzera, w którego wciela się sam Jean Reno, zdubbinguje aktor naprawdę dużego kalibru w osobie Władysława Kowalskiego. Takich ludzi nie słyszy się w dublażach aż tak często, nawet jako "zastępców" największych gwiazd kina światowego, więc tym bardziej te zapowiedzi budziły wielkie nadzieje. Oczywiście to, co prezentuje się apetycznie na papierze, wcale nie musi okazać się równie wspaniałe w rzeczywistości (ileż to już mieliśmy takich rozczarowań...), ale nie oszukujmy się - tego typu nazwiska gwarantują pewien poziom wykonania, który w "Moim przyjaciele orle" zdecydowanie otrzymaliśmy.

Taka decyzja, jak połączenie twarzy Jeana Reno z głosem Władysława Kowalskiego, którego bodaj nikt nie typował jako potencjalnego kandydata, wydawała się być dość brawurowa. Trudno bowiem dostrzec między tymi panami choćby iskierkę tego nieokreślonego podobieństwa, które najlepsze dubbingowe zestawienia zagranicznych gwiazd z naszymi sławami czyni trafionymi w dziesiątkę. Ale wystarczy pierwsze pięć minut występu Danzera na ekranie, aby przekonać się, że podjęte przez panią Kawkę ryzyko opłaciło się. Ten bohater Reno to nie komisarz policji, zły czarownik, zawodowy zabójca. To ciepły, budzący sympatię starszy pan, taki dobry wujek czy bardziej dziadek, który doradzi, jak się zająć orłem, pomoże i nawet mięsko dla ptaszyny przemyci z domu. Owszem, polski głos zdaje się brzmieć chwilami trochę za staro, co mogłoby być o tyle zrozumiałe, że Kowalski jest starszy od Reno o całe 12 lat. Ale raz - w tym konkretnym przypadku to nie razi, a wręcz pasuje do postaci, choćby dlatego, że taką właśnie barwę ma Danzer w oryginale i dwa - znakomite aktorstwo rekompensuje ewentualne niedogodności z nawiązką. Słychać, że ktoś tu naprawdę stara się oddać jak najbardziej wiarygodne emocje, a nie tylko odhaczyć swoją robotę, żeby szybciej pójść do domu. Myślę, że nie tylko nie psuje tego, co na ekranie zagrał jego zagraniczny kolega, ale i delikatnie dodaje coś od siebie, dzięki czemu w polskiej wersji postać Danzera wydaje się być trochę pełniejsza niż w oryginale.

W sumie pan Kowalski ma tu do powiedzenia najwięcej, bo przypadła mu w udziale również narracja z offu, która już na samo dzień dobry informuje nas, że za mikrofonem nie stoi jakiś szeregowy aktor dubbingowy, słyszany wcześniej w miliardzie nie najlepszych kreskówek. Reszta obsady ma mniejsze pole do popisu. Czasem nawet znacznie. Trudno jest oceniać występ Marianny Kostempskiej, która jako Maria ma w zasadzie tylko dwa krótkie zdania w całym filmie, chociaż należy przyznać, że były to kwestie mocno dramatyczne i udało jej się zagrać je bez kreskówkowego fałszu, w który z łatwością popadają niektóre aktorki. Wydawać by się mogło, że łatwiej będzie recenzjować Pawła Deląga i młodego Jakuba Jóźwika w rolach ojca i syna, czyli Kellera i Lukasa, ale... To wcale nie jest takie proste. Obydwu bohaterów dręczy trauma z przeszłości, co czyni z nich swoistych odludków, którzy początkowo naprawdę nie chcą gadać ze sobą albo i w ogóle z nikim. Jeśli dodamy do tego poetycką konwencję całego filmu, chętniej sięgającego po długie sekwencje świata przyrody pozbawione nawet słownej ingerencji człowieka, okazuje się, że nie było tu aż tak dużo do zagrania. Ale jak to mawiają, liczy się jakość, a nie ilość - i tak jest w tym dubbingu. Tobias Moretti przemawiający głosem Pawła Deląga w praktyce okazał się być równie trafionym strzałem co w teorii. Nie tylko pod względem brzmienia, trochę jakby rozdartego między "starym" a "młodym", ale i gry aktorskiej. Chociaż wpierwsze kwestie zdaje się wygłaszać nieco dziwnie, potem jest dobrze i tylko dobrze. Zwłaszcza jak na kogoś, kogo dotychczasowy dorobek głosowy składa się z jednego słuchowiska i jednej gry. Wprawdzie, jak już wspominałam, postać Kellera nie pozwala się jakoś szczególnie aktorsko wyżyć (śmiem twierdzić, że nieraz to i w jednym odcinku legendarnego "Komisarza Rexa" Moretti miewał więcej do zrobienia...), ale to, co dostajemy, zostało zrobione z dbałością i wyczuciem. Wobec Jakuba Jóźwika z kolei można postawić zarzut, że gra bardzo specyficznie, jak gdyby za bardzo "do siebie", ale jeśli przypomnimy sobie, jakim typem dziecka jest Lucas - zamknięty w sobie, lepiej czujący się w odosobnieniu wśród zwierząt niż z własnym ojcem - uświadomimy sobie, że nie należy traktować tego jak wadę. Raczej jako wiarygodną podstawę dla całkiem solidnej dubbingowej roli, zwłaszcza, że najmłodszy członek obsady zdaje się z naprawdę dużą sprawnością radzić sobie ze swoim niestabilnym emocjonalnie bohaterem. Nie jest mi łatwo powiedzieć coś więcej, jako że ocenianie występujących w polskich dublażach dzieci jest tak zwaną wyższą szkołą jazdy, ale chyba już teraz można stwierdzić jedną rzecz na pewno - w tym chłopcu jest potencjał. I dobrze byłoby go wykorzystać odpowiednio, zanim dla Jakuba nadejdzie smutny czas mutacji.

Technicznie temu dubbingowi nie można wiele zarzucić. Na szczególny zachwyt zasługują bardzo dopracowane dialogi, które niemal idealnie wpasowywały się w tak zwane "kłapy", niwelując w znacznym stopniu pewien dyskomfort, jaki budzą u części społeczeństwa słowa nie zgadzające się z ruchem ust. Lista dialogowa nie tylko świetnie wygląda na ekranie, ale również świetnie brzmi - od razu wiemy, że jej autorki dobrze znają przede wszystkim język polski, co sprawia, że nie musimy obawiać się żadnych lingwistycznych koszmarków ignorujących wszelkie możliwe zasady poprawnej polszczyzny. Nie ma co się oszukiwać, takie podejście nie jest niestety bezwzględnie powszechne w tej dziedzinie. Jakość dźwięku również nie budzi znaczących zastrzeżeń. Wiem, że niektórzy widzowie seansów przedpremierowych mieli problem z kwestiami Lucasa, które zdawały się brzmieć zbyt studyjnie i "czysto" w porównaniu do całej reszty. Na moje niemłode, ale i niestare jeszcze ucho różnica była, owszem, ale na tyle niewielka, że właściwie do momentu zetknięcia się z powyższymi opiniami uważałam ją za zupełnie subiektywne, niepoparte żadnymi sensownymi argumentami odczucie. Dlatego uznać należy, że nie mamy tu do czynienia z wyraźną i poważną usterką psującą odbiór całości, a jedynie drobnym, generalnie niewyczuwalnym potknięciem.

Może pewnego rodzaju entuzjazm wobec tego opracowania nie pozwala mi na pełny obiektywizm. Może to zniechęcenie wywołane dubbingami popsutymi przez parę innych studiów. Ale powiedzmy to wprost - ani pani reżyser ani całe Film Factory nie ma powodów do wstydu. Polska wersja językowa "Mojego przyjaciela orła" to kawał dobrze wykonanej roboty, która po zainwestowaniu w nią odpowiedniej ilości serca i uwagi zaowocowała dubbingiem na wysokim i godnym naśladowania poziomie. Ktoś mógłby powiedzieć, że porównanie tego do poprzeczki, którą w swoim czasie w SDI Media Polska wyznaczył Waldemar Modestowicz przy produkcjach z uniwersum Marvela, jest przesadą, ale ja sądzę, że to naprawdę zbliżona liga. Której naprawdę warto się trzymać, kiedy przychodzi do opracowywania filmów, które nie są jakimś sezonowym dziwactwem zrobionym na odczepnego. Tutaj mamy ładną produkcję z równie ładnym dubbingiem, który na pewno nie zepsuje przyjemności z oglądania, a kto wie, może trochę jej doda. Dlatego jeśli już się przełamiecie i zdecydujecie na seans (do czego jednak zachęcam), na pewno nie będziecie ani żałować ani tym bardziej ze zgrozą zatykać uszu. Jako osoba raczej marudna w kwestiach dubbingowych, z niekłamaną radością mogę ten tekst spuentować jednym zdaniem. Film Factory - zrobiliście to dobrze.

 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Castlevania (7 lipca; Netflix)
  • Spider-Man: Homecoming (14 lipca; kino)
  • Valerian i miasto tysiąca planet (4 sierpnia; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Dziennik cwaniaczka: Droga przez mękę (3 listopada; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (2017; kino)
  • Czarna Pantera (14 lutego 2018 roku; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie