youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon 6 powodów, aby oglądać serial „Ja, Klaudiusz” z dubbingiem

Lojalna uwaga - ten tekst NIE jest wolny od spoilerów. Zostaliście ostrzeżeni.


Gdy w sierpniu 2014 roku rozeszła się informacja, że TVP Historia planuje wyemitować serial Ja, Klaudiusz w wersji zdubbingowanej - jako pierwszy z kanałów Telewizji Publicznej i naszych krajowych mediów w ogóle od bez mała dwudziestu kilku lat - zawrzało. I to nie tylko w zainteresowanych polskim dublażem środowiskach, ale w Internecie w ogóle. Ktoś mógłby się zdziwić. Bo cóż to, kolejny stary serial, o którym redakcje programowe nagle sobie przypominają z braku ciekawszych propozycji? Nihil novi sub sole. Teoretycznie można by było się zgodzić z takim stwierdzeniem, ale tylko teoretycznie. Bo w praktyce znaczącym zwrotem staje się formułka "wersja zdubbingowana". Nie tylko ze względu na tematykę strony, na której właśnie czytacie ten tekst.


Nie oszukujmy się, zrealizowany na podstawie książek Roberta Gravesa Ja, Klaudiusz mimo bycia w momencie swojej premiery (czyli w drugiej połowie lat 70.) produkcją na swój sposób przełomową, zestarzał się mocno. Z perspektywy współczesnego widza rażą studyjne przestrzenie, archaiczne z dzisiejszego punktu widzenia efekty specjalne wszelkiej maści, manieryczne często aktorstwo. Całość bardziej przypomina spektakl Teatru Telewizji niż serial. W tej kwestii wielu widzów jest zgodnych: dopiero z polskim dubbingiem, mimo upływu czasu od momentu jego nagrania, całość nabiera kolorów i smaku. Jednak z drugiej strony nie brakuje osób - zwłaszcza wśród tych, którzy najczęściej z racji wieku nie mieli szans załapać się na jakąś wcześniejszą emisję - które kręcą nosami i nie dowierzają. Że jak to, oryginalna ścieżka dźwiękowa zastąpiona czymś innym? Czy to możliwe, że coś takiego jest absolutnie dobre? Przy okazji częstych powrotów "Klaudiusza" na nasze ekrany w ostatnim czasie (po wspominanej emisji zostaliśmy uraczeni co najmniej dwiema transzami powtórek) warto byłoby rozwiać wątpliwości co niektórych. Ponieważ nikt nie wpadł do tej pory na pomysł, aby zebrać listę zalet tego konkretnego opracowania, postanowiłam, że zrobię to ja. Oto sześć powodów, aby oglądać serial Ja, Klaudiusz z polskim dubbingiem.


Powód 1: Wojskowa skrupulatność.
Żyjemy w czasach, kiedy wszystko chcemy dostawać szybko i wszystkiego wymaga się od nas też szybko. Nie ominęło to dubbingu. Lokalizacje filmów czy mniej rozwlekłych seriali powstają często w przeciągu tygodni, z rzadka miesiąca czy dwóch. Biadolenie nad tym i kreowanie mitu szlachetnej przeszłości, że "kiedyś było lepiej", nie ma większego sensu - ot, świat się zmienia, to i dublaż musi. Co nie zmienia faktu, że zapewne niejeden reżyser, dialogista czy dźwiękowiec z zazdrością spogląda na swoich kolegów po fachu sprzed czterech dekad. Ekipa "Klaudiusza" na opracowanie trzynastu 50-minutowych odcinków miała aż pół roku. Tak, całe sześć miesięcy na ogarnięcie wszystkiego. To widać i słychać - żadnych wynikających z niechlujstwa niedoróbek dźwięku, żadnych dziwnie brzmiących zdań, żadnych rozjechanych kłap. O ile oczywiście mamy do czynienia z oryginalnymi nagraniami, nie amatorskimi próbami podłożenia ścieżki z dubbingiem pod na przykład obraz z brytyjskiego wydania DVD, którymi to internauci próbowali uzupełnić pozostawioną na lata przez TVP lukę w zapotrzebowaniu.


Powód 2: Ładnie ci z tym głosem.
Dla wielu osób idealne dopasowanie polskiego aktora pod kątem brzmienia do jego biegającego po ekranie zagranicznego kolegi jest sprawą priorytetową. Czy faktycznie jest to klucz do dubbingowego sukcesu? Można polemizować. Zwłaszcza, że "Klaudiusz" tę politykę realizuje połowicznie. Z jednej strony mamy przede wszystkim Stanisława Brejdyganta w roli tytułowej, brzmiącego zupełnie jakby to sam Derek Jacobi nagle nauczył się języka polskiego. Włodzimierz Nowakowski od Jamesa Faulknera różni się w brzmieniu tylko minimalnie. Podobnie Irena Laskowska i Margaret Tyzack, Zofia Mrozowska i Siân Phillips, Roman Wilhelmi i George Baker, Anna Romantowska i Patricia Quinn... Ale z drugiej strony spotykamy się w obsadzie z całą gromadką tych, którzy nie do końca przypominają swoich angielskich kolegów. Jednak nie należy tego uznawać za wadę. Ba, skłoniłabym się wręcz ku nieco heretyckiemu stwierdzeniu, że po częstokroć głosy naszych aktorów lepiej oddają charakter poszczególnych postaci. Ponadto spotkałam się kiedyś z trafną opinią, że gdyby tak przy oglądaniu serialu tylko słuchać, bez patrzenia na ekran, w oryginale łatwo pomylić bohaterów między sobą. W polskiej wersji - zdecydowanie nie.

Powód 3: Miło mi cię poznać.
Cztery dekady w kwestiach kinematografii to naprawdę wiele. Dotyczy to tak samych produkcji, jak i kolejnych generacji aktorów, które przychodzą i odchodzą. Nie można wymagać od ludzi, żeby znali nazwiska wszystkich artystów dawno już nieżyjących lub nieaktywnych zawodowo, tak samo jak bezsensem jest oczekiwać, że wszyscy będą specjalnie oglądać stare (i czasem, niestety, zupełnie niestrawne) polskie filmy, aby kojarzyć cały ich poczet. Takie rzeczy najlepiej się załatwia przy okazji i spolszczony "Klaudiusz" jest właśnie taką doskonałą okazją. W obsadzie nie brakuje ludzi, których obecny widz już raczej nie kojarzy, ale podczas oglądania ma szansę poznać z jak najlepszej strony. Można zachwycić się jowialnym i lekko misiowatym Tadeuszem Bartosikiem (August), perfekcyjnie oziębłą i wyniosłą Zofią Mrozowską (Liwia), wiecznie zagniewaną Ireną Laskowską (Antonia) albo zwodniczo uroczą Małgorzatą Włodarską (Messalina). Kto wie, może po takim zetknięciu się z tymi nazwiskami ktoś się zauroczy na tyle, że faktycznie usiądzie i inne pozycje z dorobku tych państwa - dość różne niestety pod względem poziomu - obejrzy.


Powód 4: Twoja mowa brzmi znajomo.
Z drugiej strony można metaforycznie stwierdzić, że czterdzieści lat jest niczym wobec wieczności - i to fakt, nie należy robić z nich Bóg wie jakiej przepaści dziejowej. Są w obsadzie i aktorzy, których nadal widzimy i słyszymy, ewentualnie jeszcze do niedawna mogliśmy. A nie ma nic lepszego, niż rozpoznać znany tak dobrze naszemu uchu tembr. Jeśli jesteś jednym z tych mądrych ludzi, którzy interesują się kulturą swojego kraju i jej co istotniejsze nazwiska nie są ci obce, na pewno gęba sama ci się uśmiechnie, gdy usłyszysz Cezarego Morawskiego (Marcellus/Kastor), Witolda Pyrkosza (Narcyz), Andrzeja Kopiczyńskiego (Mnester), Adama Ferencego (Brytanik) czy Mariusza Benoit (Postum - wszak to nasz ulubiony Severus Snape!). W ostateczności uronisz cichą łzę, rozpoznawszy Krzysztofa Kołbasiuka (Druzus/Syliusz) albo Gabrielę Kownacką (Druzylla). Tudzież jakąkolwiek inną miłą aktorską personę, która zniknęła z naszej ziemskiej sceny stanowczo za szybko.


Powód 5: Wysoko na emocjach.
Płaska, bezpłciowa gra aktorska to coś, co w dubbingach irytuje bardzo. Ale w tym konkretnym nie musimy się martwić - o takim zjawisku nie ma mowy. Polska obsada w kwestii grania emocjami wyrabia nawet nie sto, a trzysta procent normy. Wszystkie sceny lamentującej Julii w wykonaniu Zofii Saretok serwowałabym jako materiał obowiązkowy dla wszystkich aktorek nie tylko dubbingujących, ale i grających na ekranie, aby nauczyły się, jak powinna wyglądać prawdziwa rozpacz, a nie poobiedni skręt kiszek czy mazanie się jak pierwsza lepsza histeryczka. Absolutne mistrzostwo osiąga Henryk Talar jako Kaligula, wprawnie huśtając się od zaledwie bawienia się manierą aż po - ujmijmy to brutalnie - emocjonalne prucie flaków w sekwencjach, gdzie jego bohater ląduje na skraju szaleństwa. Scena, w której Kaligula krzyczy o koniach galopujących w jego głowie, należy do moich absolutnie ulubionych i gdyby nie obiektywizm, który sobie narzucam w tym tekście, uznałabym ten występ za osobny powód do oglądania polskiej wersji dubbingowej. Doskonałe występy głosowe naszych aktorów wpływają jak najbardziej pozytywnie na ogólny odbiór całości. Rzeź Sejana i jego rodziny czy zamach na Kaligulę w oryginale mogły pozostawić obojętnymi - po polsku serwują widzowi szczękę na wysokości kolan i myśl pt. "Jezus Maria, co tu się właśnie wydarzyło?!?".


Powód 6: Druga strona Księżyca.
Dubbing zawsze był taką dziedziną sztuki, która pozwalała niektórym - często uwięzionym przez mało lotne myślenie reżyserów w filmowych szufladkach - zaprezentować się w zupełnie inny sposób. Młoda aktoreczka wiecznie grająca panny o inteligencji na skraju upośledzenia umysłowego okazuje się być świetnym komikiem, etatowy odtwórca ról zbójów i brutali odkrywa przed światem talent do nieprawdopodobnej wręcz mimozowatości i wydelikacenia, a gwiazdor udowadnia, że w ogóle potrafi ugiąć się i stworzyć głosową kreację pod przez kogoś już przecież zagraną postać. Nie inaczej sprawy się mają w "Ja, Klaudiusz". Niby każdy zna Romana Wilhelmiego, chociaż raz obejrzał "Karierę Nikodema Dyzmy" albo wmuszono w niego "Alternatywy 4", ale ci, którzy nie urodzili się odpowiednio wcześnie, wiedzą niewiele albo i nic o jego poczynaniach dubbingowych - a choćby i klaudiuszowy Tyberiusz daje spore wyobrażenie o predyspozycjach tego pana w kierunku grania w dublażu. Ilu znacie aktorów, którzy przy użyciu tak subtelnych środków potrafiliby zróżnicować ton bohatera jako młodego człowieka od jego mowy na starość? Właśnie. W nieco inny sposób zaskakują z kolei niektórzy artyści stricte głosowi, na przykład Włodzimierz Nowakowski, w swoim czasie najbardziej oczywisty wybór dla wszelakich kreskówkowych małych zwierzątek piszczących na potęgę. Jego Herod przemawia wspaniałym, ciepłym i zarazem zawadiackim tonem, którego chyba nikt znający tego pana jako chomika Okruszka czy innego duszka po nim by nie oczekiwał.


Być może szóstka nie jest taką ładną liczbą jak dziesiątka - bo najczęściej tyle pozycji wszelkich podaje się w tego typu artykułach - ale sądzę, że tyle powodów wystarczy, aby nieprzekonanych przekonać. A tych, który zobaczyli i uwierzyli, że było to dobre, utwierdzić w tym poglądzie. Nie oszukujmy się: obiegowa opinia, że polski dubbing do Ja, Klaudiusz jest jednym z najlepszych, nie wzięła się znikąd. To naprawdę zacny przykład tego, że praca, do której się przyłożono, może procentować nawet nie latami, a dekadami. Bo pewne tendencje (czy bardziej mody) w różnych dziedzinach sztuki i inne tego typu rzeczy mogą się zestarzeć. Dobrze wykonana robota - nigdy. Pozostaje tylko cieszyć się, że mamy dziś szansę, by przekonywać się o tym na własnej skórze, bo o wielu innych dublażach otoczonych podobnym nimbem kultowości (jak chociażby "Elżbieta, królowa Anglii", "Saga rodu Forsyte'ów", "Przygody Arsena Lupin" czy "Brygady Tygrysa") możemy - ku mojemu wielkiemu zasmuceniu - jedynie posłuchać w opowieściach tych, którzy zdążyli je zobaczyć w latach głębokiego PRL-u.


Cóż mogę powiedzieć więcej? Oglądajcie zdubbingowanego "Klaudiusza". I kochajcie go. Mocno.

Lojalna uwaga - ten tekst NIE jest wolny od spoilerów. Zostaliście ostrzeżeni.

Gdy w sierpniu 2014 roku rozeszła się informacja, że TVP Historia planuje wyemitować serial "Ja, Klaudiusz" w wersji zdubbingowanej - jako pierwszy z kanałów Telewizji Publicznej i naszych krajowych mediów w ogóle od bez mała dwudziestu kilku lat - zawrzało. I to nie tylko w zainteresowanych polskim dublażem środowiskach, ale w Internecie w ogóle. Ktoś mógłby się zdziwić. Bo cóż to, kolejny stary serial, o którym redakcje programowe nagle sobie przypominają z braku ciekawszych propozycji? Nihil novi sub sole. Teoretycznie można by było się zgodzić z takim stwierdzeniem, ale tylko teoretycznie. Bo w praktyce znaczącym zwrotem staje się formułka "wersja zdubbingowana". Nie tylko ze względu na tematykę strony, na której właśnie czytacie ten tekst.

Nie oszukujmy się, zrealizowany na podstawie książek Roberta Gravesa "Ja, Klaudiusz" mimo bycia w momencie swojej premiery (czyli w drugiej połowie lat 70.) produkcją na swój sposób przełomową, zestarzał się mocno. Z perspektywy współczesnego widza rażą studyjne przestrzenie, archaiczne z dzisiejszego punktu widzenia efekty specjalne wszelkiej maści, manieryczne często aktorstwo. Całość bardziej przypomina spektakl Teatru Telewizji niż serial. W tej kwestii wielu widzów jest zgodnych: dopiero z polskim dubbingiem, mimo upływu czasu od momentu jego nagrania, całość nabiera kolorów i smaku. Jednak z drugiej strony nie brakuje osób - zwłaszcza wśród tych, którzy najczęściej z racji wieku nie mieli szans załapać się na jakąś wcześniejszą emisję - które kręcą nosami i nie dowierzają. Że jak to, oryginalna ścieżka dźwiękowa zastąpiona czymś innym? Czy to możliwe, że coś takiego jest absolutnie dobre? Przy okazji częstych powrotów "Klaudiusza" na nasze ekrany w ostatnim czasie (po wspominanej emisji zostaliśmy uraczeni co najmniej dwiema transzami powtórek) warto byłoby rozwiać wątpliwości co niektórych. Ponieważ nikt nie wpadł do tej pory na pomysł, aby zebrać listę zalet tego konkretnego opracowania, postanowiłam, że zrobię to ja. Oto sześć powodów, aby oglądać serial "Ja, Klaudiusz" z polskim dubbingiem.

Powód 1: Wojskowa skrupulatność.
Żyjemy w czasach, kiedy wszystko chcemy dostawać szybko i wszystkiego wymaga się od nas też szybko. Nie ominęło to dubbingu. Lokalizacje filmów czy mniej rozwlekłych seriali powstają często w przeciągu tygodni, z rzadka miesiąca czy dwóch. Biadolenie nad tym i kreowanie mitu szlachetnej przeszłości, że "kiedyś było lepiej", nie ma większego sensu - ot, świat się zmienia, to i dublaż musi. Co nie zmienia faktu, że zapewne niejeden reżyser, dialogista czy dźwiękowiec z zazdrością spogląda na swoich kolegów po fachu sprzed czterech dekad. Ekipa "Klaudiusza" na opracowanie trzynastu 50-minutowych odcinków miała aż pół roku. Tak, całe sześć miesięcy na ogarnięcie wszystkiego. To widać i słychać - żadnych wynikających z niechlujstwa niedoróbek dźwięku, żadnych dziwnie brzmiących zdań, żadnych rozjechanych kłap. O ile oczywiście mamy do czynienia z oryginalnymi nagraniami, nie amatorskimi próbami podłożenia ścieżki z dubbingiem pod na przykład obraz z brytyjskiego wydania DVD, którymi to internauci próbowali uzupełnić pozostawioną na lata przez TVP lukę w zapotrzebowaniu.

Powód 2: Ładnie ci z tym głosem.
Dla wielu osób idealne dopasowanie polskiego aktora pod kątem brzmienia do jego biegającego po ekranie zagranicznego kolegi jest sprawą priorytetową. Czy faktycznie jest to klucz do dubbingowego sukcesu? Można polemizować. Zwłaszcza, że "Klaudiusz" tę politykę realizuje połowicznie. Z jednej strony mamy przede wszystkim Stanisława Brejdyganta w roli tytułowej, brzmiącego zupełnie jakby to sam Derek Jacobi nagle nauczył się języka polskiego. Włodzimierz Nowakowski od Jamesa Faulknera różni się w brzmieniu tylko minimalnie. Podobnie Irena Laskowska i Margaret Tyzack, Zofia Mrozowska i Si
ân Phillips, Roman Wilhelmi i George Baker, Anna Romantowska i Patricia Quinn... Ale z drugiej strony spotykamy się w obsadzie z całą gromadką tych, którzy nie do końca przypominają swoich angielskich kolegów. Jednak nie należy tego uznawać za wadę. Ba, skłoniłabym się wręcz ku nieco heretyckiemu stwierdzeniu, że po częstokroć głosy naszych aktorów lepiej oddają charakter poszczególnych postaci. Ponadto spotkałam się kiedyś z trafną opinią, że gdyby tak przy oglądaniu serialu tylko słuchać, bez patrzenia na ekran, w oryginale łatwo pomylić bohaterów między sobą. W polskiej wersji - zdecydowanie nie.


Powód 3: Miło mi cię poznać.
Cztery dekady w kwestiach kinematografii to naprawdę wiele. Dotyczy to tak samych produkcji, jak i kolejnych generacji aktorów, które przychodzą i odchodzą. Nie można wymagać od ludzi, żeby znali nazwiska wszystkich artystów dawno już nieżyjących lub nieaktywnych zawodowo, tak samo jak bezsensem jest oczekiwać, że wszyscy będą specjalnie oglądać stare (i czasem, niestety, zupełnie niestrawne) polskie filmy, aby kojarzyć cały ich poczet. Takie rzeczy najlepiej się załatwia przy okazji i spolszczony "Klaudiusz" jest właśnie taką doskonałą okazją. W obsadzie nie brakuje ludzi, których obecny widz już raczej nie kojarzy, ale podczas oglądania ma szansę poznać z jak najlepszej strony. Można zachwycić się jowialnym i lekko misiowatym Tadeuszem Bartosikiem (August), perfekcyjnie oziębłą i wyniosłą Zofią Mrozowską (Liwia), wiecznie zagniewaną Ireną Laskowską (Antonia) albo zwodniczo uroczą Małgorzatą Włodarską (Messalina). Kto wie, może po takim zetknięciu się z tymi nazwiskami ktoś się zauroczy na tyle, że faktycznie usiądzie i inne pozycje z dorobku tych państwa - dość różne niestety pod względem poziomu - obejrzy.

Powód 4: Twoja mowa brzmi znajomo.
Z drugiej strony można metaforycznie stwierdzić, że czterdzieści lat jest niczym wobec wieczności - i to fakt, nie należy robić z nich Bóg wie jakiej przepaści dziejowej. Są w obsadzie i aktorzy, których nadal widzimy i słyszymy, ewentualnie jeszcze do niedawna mogliśmy. A nie ma nic lepszego, niż rozpoznać znany tak dobrze naszemu uchu tembr. Jeśli jesteś jednym z tych mądrych ludzi, którzy interesują się kulturą swojego kraju i jej co istotniejsze nazwiska nie są ci obce, na pewno gęba sama ci się uśmiechnie, gdy usłyszysz Cezarego Morawskiego (Marcellus/Kastor), Witolda Pyrkosza (Narcyz), Andrzeja Kopiczyńskiego (Mnester), Adama Ferencego (Brytanik) czy Mariusza Benoit (Postum - wszak to nasz ulubiony Severus Snape!). W ostateczności uronisz cichą łzę, rozpoznawszy Krzysztofa Kołbasiuka (Druzus/Syliusz) albo Gabrielę Kownacką (Druzylla). Tudzież jakąkolwiek inną miłą aktorską personę, która zniknęła z naszej ziemskiej sceny stanowczo za szybko.

Powód 5: Wysoko na emocjach.
Płaska, bezpłciowa gra aktorska to coś, co w dubbingach irytuje bardzo. Ale w tym konkretnym nie musimy się martwić - o takim zjawisku nie ma mowy. Polska obsada w kwestii grania emocjami wyrabia nawet nie sto, a trzysta procent normy. Wszystkie sceny lamentującej Julii w wykonaniu Zofii Saretok serwowałabym jako materiał obowiązkowy dla wszystkich aktorek nie tylko dubbingujących, ale i grających na ekranie, aby nauczyły się, jak powinna wyglądać prawdziwa rozpacz, a nie poobiedni skręt kiszek czy mazanie się jak pierwsza lepsza histeryczka. Absolutne mistrzostwo osiąga Henryk Talar jako Kaligula, wprawnie huśtając się od zaledwie bawienia się manierą aż po - ujmijmy to brutalnie - emocjonalne prucie flaków w sekwencjach, gdzie jego bohater ląduje na skraju szaleństwa. Scena, w której Kaligula krzyczy o koniach galopujących w jego głowie, należy do moich absolutnie ulubionych i gdyby nie obiektywizm, który sobie narzucam w tym tekście, uznałabym ten występ za osobny powód do oglądania polskiej wersji dubbingowej. Doskonałe występy głosowe naszych aktorów wpływają jak najbardziej pozytywnie na ogólny odbiór całości. Rzeź Sejana i jego rodziny czy zamach na Kaligulę w oryginale mogły pozostawić obojętnymi - po polsku serwują widzowi szczękę na wysokości kolan i myśl pt. "Jezus Maria, co tu się właśnie wydarzyło?!?".

Powód 6: Druga strona Księżyca.
Dubbing zawsze był taką dziedziną sztuki, która pozwalała niektórym - często uwięzionym przez mało lotne myślenie reżyserów w filmowych szufladkach - zaprezentować się w zupełnie inny sposób. Młoda aktoreczka wiecznie grająca panny o inteligencji na skraju upośledzenia umysłowego okazuje się być świetnym komikiem, etatowy odtwórca ról zbójów i brutali odkrywa przed światem talent do nieprawdopodobnej wręcz mimozowatości i wydelikacenia, a gwiazdor udowadnia, że w ogóle potrafi ugiąć się i stworzyć głosową kreację pod przez kogoś już przecież zagraną postać. Nie inaczej sprawy się mają w "Ja, Klaudiusz". Niby każdy zna Romana Wilhelmiego, chociaż raz obejrzał "Karierę Nikodema Dyzmy" albo wmuszono w niego "Alternatywy 4", ale ci, którzy nie urodzili się odpowiednio wcześnie, wiedzą niewiele albo i nic o jego poczynaniach dubbingowych - a choćby i klaudiuszowy Tyberiusz daje spore wyobrażenie o predyspozycjach tego pana w kierunku grania w dublażu. Ilu znacie aktorów, którzy przy użyciu tak subtelnych środków potrafiliby zróżnicować ton bohatera jako młodego człowieka od jego mowy na starość? Właśnie. W nieco inny sposób zaskakują z kolei niektórzy artyści stricte głosowi, na przykład Włodzimierz Nowakowski, w swoim czasie najbardziej oczywisty wybór dla wszelakich kreskówkowych małych zwierzątek piszczących na potęgę. Jego Herod przemawia wspaniałym, ciepłym i zarazem zawadiackim tonem, którego chyba nikt znający tego pana jako chomika Okruszka czy innego duszka po nim by nie oczekiwał.

Być może szóstka nie jest taką ładną liczbą jak dziesiątka - bo najczęściej tyle pozycji wszelkich podaje się w tego typu artykułach - ale sądzę, że tyle powodów wystarczy, aby nieprzekonanych przekonać. A tych, który zobaczyli i uwierzyli, że było to dobre, utwierdzić w tym poglądzie. Nie oszukujmy się: obiegowa opinia, że polski dubbing do "Ja, Klaudiusz" jest jednym z najlepszych, nie wzięła się znikąd. To naprawdę zacny przykład tego, że praca, do której się przyłożono, może procentować nawet nie latami, a dekadami. Bo pewne tendencje (czy bardziej mody) w różnych dziedzinach sztuki i inne tego typu rzeczy mogą się zestarzeć. Dobrze wykonana robota - nigdy. Pozostaje tylko cieszyć się, że mamy dziś szansę, by przekonywać się o tym na własnej skórze, bo o wielu innych dublażach otoczonych podobnym nimbem kultowości (jak chociażby "Elżbieta, królowa Anglii", "Saga rodu Forsyte'ów", "Przygody Arsena Lupin" czy "Brygady Tygrysa") możemy - ku mojemu wielkiemu zasmuceniu - jedynie posłuchać w opowieściach tych, którzy zdążyli je zobaczyć w latach głębokiego PRL-u.
Cóż mogę powiedzieć więcej? Oglądajcie zdubbingowanego "Klaudiusza". I kochajcie go. Mocno.

 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Castlevania (7 lipca; Netflix)
  • Spider-Man: Homecoming (14 lipca; kino)
  • Valerian i miasto tysiąca planet (4 sierpnia; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Dziennik cwaniaczka: Droga przez mękę (3 listopada; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (2017; kino)
  • Czarna Pantera (14 lutego 2018 roku; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie