youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon Dubbing jest sztuką. Wywiad z Zofią Dybowską-Aleksandrowicz

Gdy w zapowiedzi filmu lub serialu pod słowami „polska wersja językowa” pojawia się napis „Reżyser: Zofia Dybowska-Aleksandrowicz”, wiadomo, że będzie to dubbing najwyższej próby. Po prostu, to marka niezawodna. Do mistrzostwa w zawodzie dochodzi się nie tylko talentem, ale również latami doświadczeń i ciągłą pracą. A tych lat z dubbingiem upłynęło właśnie trzydzieści.

Jak to się zaczęło, Pani Zofio, bo początkowo była Pani historykiem sztuki?
Niezupełnie, gdyż już po trzecim roku studiów w Krakowie zaczęłam równolegle studia w łódzkiej szkole filmowej.

Historia sztuki zawiodła nadzieje?
Ależ nie. Zaważył cały splot okoliczności. W tym okresie miałam wielu przyjaciół ze środowiska filmowego. Te rozmowy i dyskusje, np. z Munkiem, Makarczyńskim, natchnęły mnie myślą robienia filmów o sztuce. Postanowiłam zdobyć wykształcenie, a że lubię ryzyko, stanęłam do konkursowego egzaminu. Tak, tak, wówczas do Szkoły też było trudno się dostać. Ten podwójny rok, bo kończyłam historię sztuki, wspominam najmilej, mimo 35 egzaminów. Może dlatego, że Szkoła była dla nas prawdziwym domem, warsztatem twórczym, a jednocześnie miejscem pobudzających rozmów. Oczywiście, na słynnych schodach. Ja żyłam dosłownie w Szkole, bo w czasie studiów urodziłam córkę i przez rok mieszkałyśmy na Targowej.

Studio Opracowań Filmów – pierwsze miejsce pracy – nie było chyba miejscem docelowym?
Istotnie. Podjęłam tam pracę, bo pozwalała mi godzić obowiązki zawodowe z macierzyńskimi. Miałam ciągle nadzieję, że za rok... Zrywałam się nawet do fabuły, ciągnęło mnie do niej. Spróbowałam jej jako asystentka Forda. Ale gdy przyszła na świat druga córka... Policzyłam i wyszło mi, że debiutować w okolicy trzydziestki to wstyd. Tak więc z fabuły zrezygnowałam, a przyszło mi o tyle łatwiej, że praca w Studiu Opracowań Filmów zaczęła mnie coraz bardziej fascynować. Nie byłam już nowicjuszem, nie musiałam drogą prób i błędów dochodzić do różnych tajników tej pracy.

Czy może Pani określić w sposób przystępny specyfikę swej pracy?
Główna trudność polega na skojarzeniu głosu z postacią ekranową. Trzeba jakby dopasować głosową osobowość polskiego aktora do psychicznej sylwetki jego ekranowego kolegi. Ponadto zawsze walczyłam ze słowem „dubbing”, bo w moim przekonaniu, to, co robimy, nie jest mechanicznym powieleniem tekstu, jest nową wersja językową i aktorską. Nasi aktorzy głosowo kreują postaci sztuki czy filmu. Niekiedy są to kreacje wybitne.

Niemniej, muszą głosem zagrać te same stany uczuciowe, które wyraża aktor na ekranie. To chyba przeszkoda nie do ominięcia?
O nie, tu też dużo można zrobić. Można stonować, obcy naszej mentalności, patos, dodać „ikry” dialogom, uszlachetnić głosem postać itp.
Gdy pracowałam nad kinowym filmem „Anna Karenina”, zaproponowałam tytułową rolę Aleksandrze Śląskiej, w filmie grała tę postać Tatiana Samojłowa. Andrzej Łapicki mówił głosem Wrońskiego, którego grał Wasilij Łanowoj. Wiele osób z mego otoczenia uważało, iż zaproponowałam obsadę karkołomną. A jednak... Aleksandra Śląska swym kunsztem dodała ekranowej postaci klasy. Łapicki zagrał koncertowo. Film, m.in. z racji jakości dubbingu, otwierał Dni Filmu Radzieckiego. Po projekcji Łanowoj, który był w delegacji aktorów radzieckich, przybiegł do Łapickiego z gratulacjami. Miał tylko jedno pytanie: dlaczego polski aktor nie zagrał płaczu w jednej ze scen. „Polacy w takich wypadkach nie płaczą” – padła odpowiedź.

Z tego, co Pani mówi wynika, że pracuje się w SOF trochę jak w teatrze, tworząc spektakl.
Tak, tak właśnie całe życie podchodziłam do moich obowiązków. Bardzo często przed obejrzeniem taśm czytam sztukę, o ile jest to przedstawienie lub gdy scenariusz powstał na kanwie dramatu. I już na tym etapie tworzę obsadę. Tak np. było z serialem „Elżbieta, królowa Anglii”.

I do dziś kreacja Aleksandry Śląskiej jest wzorem prawie niedoścignionym, a polska wersja językowa zyskała znakomite recenzje.
Ale ze smutkiem muszę powiedzieć, że był to chwalebny wyjątek od reguły. Na co dzień w ogóle nie zauważa się naszej pracy. I doprawdy nie chodzi o mnie, ale o aktorów, którzy często tworzą perełki, dając swój talent interpretacyjny, niekiedy dużo słabszym kreacjom zagranicznych kolegów. Nie mogę zrozumieć, dlaczego recenzenci, nawet w prasie branżowej piszą o grze, montażu, reżyserii, nawet scenografii, a o naszej pracy ani słowa.

Jest Pani w środowisku znana z tego, że pracuje z określoną grupa aktorów, że trudno się do Pani filmów dostać.
Oj, chyba to nie prawda, choć nie przeczę, że często zwracam się z prośba do tych, których już znam z pracy, do których mam zaufanie, którzy żarliwie podchodzą do zajęć w dubbingu. Ale bardzo często szukam nowych głosów. Dawno temu, gdy robiłam wersję filmu „Umrzeć z miłości” Cayatta, zaprosiłam do studia dwa roczniki studentów PWST. Wówczas wybrałam Krzysztofa Kolbergera – to był jego aktorski debiut, ale zapamiętałam również dwa inne głosy. Zaczęłam i tych studentów zapraszać. Nie pomyliłam się w ocenie ich talentów. Jednym z nich był Jerzy Radziwiłłowicz, drugim Marek Kondrat. Niestety, Radziwiłłowicz przeniósł się do Krakowa, ale jednak nie widziałam nikogo innego w roli Hamleta z Szekspirowskiej serii BBC. Zdołałam go namówić. A efekt – według mnie rewelacyjny – mogli ocenić widzowie.

Czy są aktorzy, którzy nie nadają się do dubbingu?
Są i to bez względu na tembr głosu czy kunszt aktorski. W studiu aktor gra tekst polski, a jednocześnie w słuchawkach słyszy wersję oryginalną. I trzeci element – to patrzenie na ekran z daną sceną. Jest oczywiste, że kwestię trzeba wypowiedzieć w czasie zgodnym z oryginałem, dopasować oddech, pauzy, zawieszenie głosu. Ta ilość różnorodnych bodźców i rygorów jest dla niektórych nie do zniesienia.

Czy jest różnica w pracy nad filmem, sztuką, serialem?
Inaczej robi się serial. Wytwarza się w grupie pracujących coś bardzo dziwnego. Zaczynamy się zżywać z postaciami, ze sobą. Po pierwszej części „Pogody dla bogaczy” wszyscy nazajutrz po skończeniu nagrań znowu się spotkaliśmy. Bo było jakoś głupio, że już się nie zobaczymy, że trzeba się rozstać. To są może śmieszne rzeczy, gdy się patrzy na to z boku, ale coś na kształt utożsamienia się z grana postacią występuje w Studiu często. Pewnego dnia przyszła wiadomość, że jest druga część „Pogody dla bogaczy” i że jest tam postać syna Toma – Wesleya. Wieczorem telefon – dzwoni Kołbasiuk – to on użyczał głosu Tomowi. „Zosiu, daj mi tę rolę, tak lubiłem Toma, zagram jego syna, dobrze?” Zagrał. Tak jak zagrali Kolberger, Romantowska, Wrzesińska, Hanna Mikuć i inni.

A jak było podczas „Sagi rodu Forsyte’ów”?
Serial był już na ekranach TV, gdy myśmy robili jeszcze dalsze odcinki. Zaczęły przychodzić listy, o dziwo, z wyrazami sympatii dla mało sympatycznej w powieści postaci – Soamesa. Taką samą sympatią darzył tę postać Zdzisław Tobiasz, którego głos słyszeli co tydzień telewidzowie. Może dlatego, że Tobiasz interpretował rolę tak a nie inaczej i widzowie polubili Soamesa. Zresztą, zdradzę tajemnice – u nas jak i w filmie, nie zawsze zachowuje się chronologię nagrań, ale w „Sadze” musiałam tak ustawić harmonogram, aby scenę śmierci Soamesa-Tobiasza nagrać na końcu. To była jego prośba. Czy można było odmówić?

Co Pani robi, gdy pojawiają się role dziecięce?
Męczę się straszliwie, ale obsadzam dzieci. Uczę, poddaje kwestie, rozśmieszam, gdy trzeba, trochę straszę. A najgorsze, że gdy już-już wydaje mi się, iż będę miała z kogoś pociechę – ten nagle dorasta i staje się młodzieńcem z dorosłym głosem. Przecież to u mnie pracował Piotr Fronczewski. Niestety, nadszedł czas mutacji. Po pewnym czasie jakiś młodzian kłania się dwornie i wita basem. „Kim pan jest” – pytam, bo w studiu było prawie ciemno. „Przecież to ja, Piotruś Fronczewski” – zagrzmiało basowo. I do dziś Fronczewski nie odmawia współpracy. A jakie potrafi stworzyć kreacje... Powiem nieskromnie, że dwójka tuzów ekranowych w sztuce „Detektyw” Shaffera – Laurence Olivier i Michael Caine i aktorzy dający im polskie głosy – Zdzisław Tobiasz i Piotr Fronczewski, jednakowo zasłużyli na rzęsiste oklaski.

Nie sposób rozmawiać z okazji jubileuszu i nie zapytać – ile było filmów, seriali, sztuk? Czy zrobiła Pani bilans trzydziestolecia?
Niech mnie Bóg chroni przed bilansami. Nigdy nie liczyłam. Mogę powiedzieć, co zapadło mi w pamięć. Lubię wracać wspomnieniami do „Wyroku w Norymberdze”, gdzie za pulpitem w studiu byli i Janusz Warnecki i Jan Świderski, i Tadeusz Łomnicki, i Mariusz Dmochowski. Lubię „Julio, jesteś czarująca”, gdzie Lili Palmer mówiła głosem Danuty Szaflarskiej, a Charles Boyer – niezapomnianego Jana Kreczmara. Lubię seriale te już wspomniane i biograficzne, jak „Leonardo”, „Michał Anioł”, wspaniałe: „Eneidę” i „Odyseję”, „Na wschód od Edenu”. Nie, stop. Nie powiem już ani słowa, bo inaczej zaczniemy jednak ten bilans robić.

Rozmawiała Małgorzata Mokrzycka
Wywiad ukazał się w „Ekspressie Wieczornym” datowanym na 13-15 grudnia 1985 roku. Odnaleziony został przez Andrzeja Androchowicza, udostępniony przez Bytucha.

Poprawiony (środa, 29 czerwca 2011 13:58)

 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Następcy 2 (9 września; Disney Channel)
  • Zagadki rodziny Hunterów (25 września, Nickelodeon Polska)
  • Biegnij Amelio! (29 września; kino)
  • Big Mouth (29 września; Netflix)
  • Twój Vincent (6 października; kino)
  • Project Mc² (14 października; Disney Channel)
  • Mali bohaterowie (20 października; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Co wiecie o swoich dziadkach? (1 grudnia; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Traktorek Florek (26 stycznia 2018; kino)
  • Czarna Pantera (14 lutego 2018 roku; kino)
  • Pułapka czasu (9 marca 2018 roku; kino)
  • Traktorek Florek dodaje gazu (23 marca 2018; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (20 kwietnia 2018; kino)
  • Traktorek Florek ratuje farmę (25 maja 2018; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie