youtube facebook twitter google plus

PostHeaderIcon Tajemnicza nieznajoma, czyli „W wersji polskiej udział wzięli”

Między płaszczami a ekranem

- Gruby- rzucam nerwowo, bo on kończy już cofać taśmę i boję się, że nie zdąży mi odpowiedzieć, jaki jest koniec. Smutny czy wesoły?

- Cholera, wiesz, mnie się już popieprzyły te odcinki.

- A możesz mi pokazać chociaż ostatnią klatkę?

- Kochani- włącza się Aleksandrowiczowa- studio mamy jeszcze tylko dwadzieścia minut, więc może będziecie sobie oglądać innym razem.

- Ale ja nie mogę wejść na chama- protestuję.

- Ona ma rację- wstawia się za mną Gruby- a to jest dziewiąty więc... czekajcie... mam już! Temu małemu mówią, że matka nie żyje.

- A widzicie!- triumfuję.- Fajnie byłoby jakbym zaraz po tym zaświergotała wesolutko, no nie?

      Ile razy przy nagraniu zadaję moje odwieczne:

„smutno-wesoło”, przypomina mi się anegdota, którą usłyszałem ze dwadzieścia lat temu. Nie mam pamięci do kawałów, a to jakoś nie może mi wylecieć z głowy. Otóż była sobie podła knajpa w portowym mieście. Właściciel zaangażował do pracy starą znajomą, z którą łączyły go wspomnienia grzechów młodości. Znajoma miała ciężkie życie. Najpierw uprawiała najstarszy zawód świata, potem się rozpiła, a w końcu groziła jej śmierć pod płotem, bo to były czasy przedwojenne. Że miała jednak kolorową osobowość oraz nadal ładny acz zachrypnięty głos, facet wpadł na pomysł, żeby śpiewała w nocy w jego lokalu. Ze swoim entré musiała wyczekać na odpowiedni moment, więc do tego czasu najczęściej drzemała w szatni między płaszczami. Gdy goście już dojrzewali do występów estradowych, piosenkarka była budzona silnym kuksańcem. Otwierała wtedy jedno kaprawe oko, potem lubieżnie się przeciągała, i aby podkreślić swą gorliwą gotowość do pracy, rzucała krótkie i fachowe:

- Smutne-wesołe?

      W czasie gdy właściciel relacjonował jej aktualny nastrój gości, ona, wygładzając pomiętą spódnicę, podejmowała decyzję. Albo romans rosyjski albo polska andrusowska. Styl wkroczenia do restauracyjnej sali dostosowywała a priori do rodzaju repertuaru.

      Opowiedziałam im kiedyś w dubbingu tę anegdotę, ale mieli dość głupie miny. Może przez uprzejmość, bo zbyt dosłownie potraktowali przenośnię?

      Tak naprawdę owa anegdota przydała mi się w czasie „Sagi rodu Forsyte'ów”. Serial oglądany był tłumnie, a na moją głowę stale sypały się cięgi.

- Żeby cię nagła krew zalała- rzucała się na mnie jakaś znajoma w autobusie- wczoraj był taki ciekawy ten odcinek, człowiek siedzi cały zdrętwiały z napięciem co dalej będzie, a tu nagle twój cholerny głosik: w wersji polskiej udział wzięli...

      No więc zaczęłam się bardzo starać. Jak się kończy sceną w łóżku, usiłuję wchodzić intymnie, niskim kobiecym altem, z dna macicy. Jak śmiercią, zawsze sobie przedtem zaśpiewam w myśli początek marsza pogrzebowego. Bo muzyka jakoś głębiej mnie zasmuca niż obraz. Ale dalej nie jest dobrze.

- Ty kiedyś ducha wyzioniesz- mówią koledzy w redakcji i litośnie trzęsą głowami- czytać tyle nazwisk na jednym oddechu... Tego wprost słuchać nie można.

- Ano- odpowiadam- powiedzcie to pani reżyser.

      A potem modlę się, żeby jej ktoś to rzeczywiście powiedział. Bo wiecie jak to wygląda? Staję w rozkroku przed pulpitem. Nie, najpierw jeszcze rozpinam stanik i pasek. Potem robię parę bardzo głębokich wdechów i wydechów. Kiedy Gruby mówi: -uwaga, otwieram- biorę ostatni (jak przed śmiercią!) najgłębszy wdech, taki żeby starczył na całą długość listy nazwisk. No i zasuwam. Największą nienawiść czuję do aktorek o dwóch nazwiskach, bo mnie podwójnie kosztują. Pies jest bowiem pogrzebany w tym, że czas z jakim biegnie taśma filmowa, na której są napisane nazwiska zagranicznych aktorów, z trudem starcza na ich głośne przeczytanie. Ja zaś muszę przy każdej postaci zdążyć przeczytać dwa nazwiska nie jedno: tego kto grał i tego kto dubbingował. Oczywiście, można ograniczyć się do wymienienia głównych ról. Ale to nie przy Zosi, nie przy Zosi... Pani reżyser Zofia Dybowska-Aleksandrowicz (ona też jest podwójna!)- ma ogromnie głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości. Przeżywa piekielne tortury, gdy trzeba jakieś nazwisko wykreślić. Natomiast tortury, które przeżywa moje serce oraz płuca, niewiele ją interesują. No, cóż. Ostatecznie za to mi płacą. A dubbing, czyli Studio Opracowań Filmów- dba o to, aby lektorzy byli ludźmi z żelaza. Dyrekcja tej instytucji hołduje zasadzie: „w zdrowym duchu, zdrowe ciało”. Ducha nic tak nie krzepi jak zdrowe zasady. A najtwardszą z nich jest praca przy nie podnoszonych stawkach wynagrodzenia. Więc ta reguła obowiązuje od założenia studia do dziś.

      Studio Opracowań Filmów w Warszawie powstało w połowie lat sześćdziesiątych, około dziesięć lat później niż jego odpowiednik w Łodzi. Jak to zawsze podkreśla Andrzej Miłosz- polski dubbing stworzył nieżyjący już reżyser Seweryn Nowicki, który w zorganizowaniu obu placówek położył ogromne zasługi. Natomiast Andrzej Miłosz (młodszy brat poety) rozpoczął pracę w studiu warszawskim od zarania jego istnienia. Jest redaktorem oraz dialogistą i on to właśnie opowiedział mi historię pewnego „spisku”.

      Otóż grupa zapaleńców postanowiła zrewolucjonizować technikę opracowania dubbingu filmowego, aby stała się ona opłacalna dla telewizji, która ze względów oszczędnościowych hołdowała w owym czasie tzw. szeptankom czyli czytaniu tekstu przez lektora na tle oryginalnego zciszonego dialogu. Dwaj redaktorzy: Andrzej Miłosz i Włodzimierz Kozłowski oraz operator dźwięku Roman Błocki doszli do wniosku, że trzeba tak skonstruować projektor, aby można było zatrzymywać go wraz z taśmą dźwiękową, a także cofać w każdym potrzebnym miejscu czyli natychmiast, bez konieczności dojechania- jak dotąd- do końca aktu filmowego podzielonego na około trzydzieści sklejek, a następnie znów od początku aktu do owego miejsca, w którym aktor się sypnął. Ta dotychczasowa metoda była czasochłonna, pracochłonna i w konsekwencji kosztowna.

      Od owego pomysłu odżegnali się reżyserzy, upatrując w nowej metodzie zmniejszenie walorów artystycznych. Nowa metoda musiała bowiem pociągnąć za sobą zlikwidowanie robienia w sali projekcyjnej tzw. układek, przeniesienie ich na stół montażowy i zastąpienie aktora przez redaktora- dialogistę. Reżyserzy mieli sporo racji. W ten sposób bowiem zmniejszała się precyzja synchronu. Zapaleńcy uważali jednak, że ważniejsze jest zdobycie rynku telewizyjnego i że na małym ekranie pewne mankamenty ich pomysłu nie będą tak rażąco widoczne. Ponadto wychodzili z założenia, że jeżeli we Francji, Włoszech czy Belgii producenci mogą nie przejmować się „dopieszczeniem” synchronu, ważeniem go jakby na aptecznej wadze- to i w Polsce nie musimy być bardziej święci niż sam Pan Bóg.

      Tak czy inaczej w powodzenie eksperymentu nikt nie wierzył. Dlatego postanowiono przeprowadzić go w nocy (racjonalizatorzy tylko tyle wytargowali od dyrektora, który nie chciał zmarnować na „zwariowane” próby dziennych godzin pracy studia). I rzeczywiście, eksperyment przebiegał na tzw. wariackich papierach. Kilku aktorów (między nimi nieżyjący już Hańcza i Wołłejko) dwoiło się i troiło grając po kilka ról, bo na wystarczającą liczbę aktorów nie było pieniędzy i rzecz cała musiała zamknąć się w minimalnym kosztorysie.

      Efekt? W ciągu jednej nocy nagrano cały siedmioaktowy film. A więc osiągnięto wielokrotne skrócenie czasu normalnie potrzebnego. Specjalna komisja odbiorcza z Włodzimierzem Sokorskim- ówczesnym prezesem Radiokomitetu- dała stopień celujący. System został wdrożony do produkcji. Puentą tej historii dla Andrzeja Miłosza jest jednak inne zakończenie. Otóż wkrótce po otrzymaniu nagrody za inicjatywę i współudział w owym pożytecznym wynalazku- omal nie został zwolniony karnie z pracy w studio. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia.

Gruby i ptaszki


      Dubbing jest słowem angielskim i znaczy dopasowywanie. Ale w Polsce przez dubbing rozumiemy zastąpienie dialogów w obcym języku dialogami w naszym języku. A żeby było jeszcze śmieszniej, dubbing powstał równocześnie z filmem dźwiękowym, ale w zupełnie innym celu. Okazało się po prostu, że aktorzy grający dotąd w niemych filmach, a więc tylko mimiką i gestem - nie potrafią grać głosem. Okazało się też, że ich głosy mają często brzmienie nieadekwatne do roli. Np wysoka, tęga aktorka, grająca dramatyczną rolę, a mówiąca dyszkantem mechanicznej małpki, była nie do przyjęcia. Tak więc zanim napłynęła i wyszkoliła się nowa fala aktorów dla filmu dźwiękowego, trzeba było tych dotychczasowych, z niemego kina - dubbingować. I był to dubbing w tym samym języku.

      Ten nasz, praktykowany obecnie, nie jest lubiany przez widzów, choć są i jego zwolennicy. A spory na ten temat są stale aktualne. Osobiście staram się nie dyskutować o tym z reżyserem, dla którego pracuję tzn. Zofią Dybowską-Aleksandrowicz. Raz spróbowałam i ledwie cało wyszłam z tej opresji. Wyciągnęłam wówczas wniosek, że jest to osoba zbyt żywiołowo zaangażowana w swoją pracę, aby mogła zdobyć w tej materii na polemiczne dywagacje. Zresztą miała też dość przekonujące argumenty.

      W latach sześćdziesiątych Centrala Wynajmu Filmów zorganizowała ciekawy eskperyment. W kinie „Wiedza” w Pałacu Kultury wyświetlono włoski film z Claudią Cardinale. Publiczność przy wejściu dostawała ankiety z pytaniami dotyczącymi dubbingu. Trzeba było je wypełnić, a następnie wrzucić do przygotowanych w tym celu skrzynek. Film był w pierwszej części w wersji oryginalnej, a w drugiej dubbingowany. Jedna zaś z ankietowanych odpowiedzi miała uściślić granicę obu wersji. I o dziwo, okazało się, że większość widzów nie spostrzegła w ogóle tego momentu podczas projekcji. Z owego eksperymentu, można wyciągnąć dwa wnioski. Że przejście ze słuchania i czytania napisów na samo słuchanie jest dla widza wygodniejsze. Publiczność musiała odczuć ulgę, nie odebrała bodźców negatywnych i dlatego nie zostały one zapamiętane. Ankieta oczywiście, dowiodła tego także, że dubbing akceptuje się wówczas, gdy jest dobry. To znaczy dobrze grany, dobrze reżyserowany, z trafną obsadą aktorską i fachowo zrobionym tłem dźwiękowym.

      To tło dźwiękowe bowiem, także robi się w naszych Studiach Opracowań Filmów, czyli, potocznie mówiąc, dubbingach. Nie znam łódzkiego, ale w Warszawie są dwa. Przy al. Niepodległości 159 i na ul. Nabielaka 15. Na górnym Mokotowie i na dolnym Mokotowie. Ostatnio więcej robi się w al. Niepodległości, ale kiedyś było bardzo różnie, a jedno z najczęściej słyszanych pytań w studio brzmiało:
- Gdzie gramy, na Górze czy na Dole?

      Studio jest to mała kinowa salka, tyle że bez krzeseł. Nie ma w niej okien, a ściany i drzwi są dźwiękoszczelne. W tylnej ścianie są małe okienka na kabiny fotooperatorów. Pod nią w całej pysze i nawet na podeście króluje stół mikserski z pulpitem sterowniczym, a za nim siedzi operator dźwięku. Następnie są dwa fotele z dwoma stolikami uzbrojonymi w telefony, lampki, itp. Stoją w jednej linii obok siebie, a siedzą przy nich reżyser i montażysta. Usytuowane są bliżej prawej ściany (stojąc twarzą do ekranu). Bliżej zaś lewej jest miejsce pracy aktorów. A więc wysokie pulpity z oparciami na tekst i wielkimi szczypcami do przypinania kartek do tych oparć oraz maleńkimi lampeczkami typu grzybek. Za pulpitami stoją wysokie, identyczne jakby barowe stołki. Do pulpitów przytwierdzone są słuchawki, które aktorzy zakładają na uszy i w których idzie oryginalna wersja dźwiękowa tych dialogów, które w danym momencie nagrywają. W czasie nagrywania film leci bez dźwięku, dźwięk jest tylko w słuchawkach.

      Dawniej robiono w dubbingu tzw. układki. Skasowano je ze względów oszczędnościowych i to wielka szkoda. Przychodził aktor, dostawał do ręki tekst, czyli polskie tłumaczenie dialogów wersji oryginalnej. Następnie wraz z reżyserem, operatorem dźwięku i montażystką zabierał się do ciężkiej pracy. Poległa ona na równoległym, wraz z oglądanym obrazem, odczytywaniu kwestii wszystkich występujących w filmie aktorów, z zastosowaniem interpretacji aktorskiej. I wówczas synchronowano polskie słowa z układem ust aktorów na obrazie. Jeśli w jakimś słowie aktor na filmie wyraźnie układał usta w literę o, a w naszym języku w tym słowie zdecydowanie dominowała litera a - trzeba było na gorąco polskie słowo zmienić na inne o tym znaczeniu tak, aby nie raziła sprzeczności między dźwiękiem i ruchem warg. Korygowano też ruch warg i długość brzmienia poszczególnych słów, aby eliminować przypadki gdy aktor na obrazie ma usta zamknięte, a aktor dubbingujący jeszcze mówi.

      Była to ciężka praca, ponieważ aktor zaangażowany do układek praktycznie gadał jak papuga po kilkanaście razy tę samą kwestię, zanim tych troje: reżyser, operator dźwięku i montażystka, każde z punktu widzenia własnego odcinka pracy - skorygowali tekst z wizją. Była to praca niesłychanie czasochłonna. Układki do jednego filmu długometrażowego trwały bowiem od kilku do kilkunastu dni. Automatycznie zwiększały się i koszty produkcji. Ale jakość zawsze proporcjonalnie do nakładów. Różnica zaś efektu wersji opracowanej z układkami i bez układek, jest diametralna. Może kiedyś wrócą dawne, dobre czasy.
Na razie słuchawki, sączące do uszu aktora głos cudzoziemskiego kolegi, w którego rolę się wciela - stanowią podstawowy, techniczny drogowskaz. Musi on przede wszystkim równo z tamtym zacząć mówić jednocześnie z tamtym skończyć. Nie mówiąc o tym, że intonacja głosu w słuchawce jest generalnym wskaźnikiem dla przyjęcia odpowiedniej interpretacji aktorskiej.

      Tło dźwiękowe, czyli tzw. „tony” - to już domena operatora dźwięku i osobna skompilowana dziedzina techniki graniczącej ze sztuką. Jerzy Januszewski czyli operator dźwięku pracujący ostatnie lata z reżyser Zofią Dybowską-Aleksandrowicz robi w tej dziedzinie bardzo różne, dziwne rzeczy. Ale Gruby, bo takie nosi przezwisko, jest po prostu maniakiem.
- Ja mam - mówi - oryginał filmu i swoją walizkę snów.
Ta walizka snów jest jego prywatnym archiwum nagranych taśm.
- Ty wiesz co - opowiadał mi kiedyś - myślałem, że dostanę kota zanim zrobiłem sobie ptaszki. Pojechałem do lasu, zaparkowałem w krzaczkach, wyciągam magnetofon, słucham, a te dranie śpiewają jak cholera, włączę magnetofon nagrywam, potem odsłuchuję. I co? Ano, dupa. Na dalszym planie wlazła szosa. To jadę w głąb lasu. Słucham, śpiewają, nagrywam, a wtedy z oddali rozlega się żwawa pieśń harcerzy z jakiegoś obozu. To się wkurzyłem, pojechałem do ZOO, przystawiłem ptaszkom mikrofon do mordy i ty wiesz co? Nareszcie było jak trza.
      Kiedyś przychodzę do studia, a Gruby zły jak pies.
- Co się stało, Jurek? - pytam.
- Ukradli mi dzieci - powiada. - Jakiemuś sukinkotowi pewnie potrzebna była taśma do big-beatu, włamał się do szafki i teraz mam sztukowane dzieci.
      Gruby jest wielkim artystą w swoim zawodzie. Kiedyś wyłożył mi teorię na temat kroków.
- Kroki - powiada - szczególnie na końcu sceny, ale nie tylko, to jest jak puenta. Nie tylko akcji, ale nastroju. Jak emocjonalna kropka, rozumiesz?
Kiedy podkłada tło dźwiękowe do sceny, w której aktorka leży w łóżku, musi najpierw dokładnie obejrzeć jej bieliznę i pościel. Bo jeśli z płótna to krochmalona. A jak z jedwabiu to znów inaczej. Ma w swoim archiwum 20 nagrań dźwiękowych odgłosów miasta. Zależnie od epoki są w nich różne dorożki, tramwaje czy samochody. Inny też dźwięk według niego towarzyszy jadącemu pociągowi, zależnie od tego czy pociąg jest stary, czy nowy.

      Pewnego razu, gdy Jurek kąpał Gapcia, czyli swoją córeczkę (teraz jest panną na wydaniu), wpadł mu ręcznik do wanny. Wrzasku narobił na cały dom.
- Co się stało - wpadła żona do łazienki.
- Popatrz, popatrz - krzyczy Gruby i to wyjmuje ręcznik z wody, to go wyrzuca.
- Czyś ty oszalał?
- A ty nie słyszysz jaki to wspaniały plusk? - opowiada z oburzeniem. - Dużo lepszy niż ruszą się ręką wodę w miednicy.
Dla mnie jednak curiosum stanowił jednak wykład Jurka o żabach.

- U mnie żaba - tłumaczył mi - nie robi kum, a potem znowu kum, kum i tak do usranej śmierci. U mnie robi kum, kum, kum. Bo widzisz, dźwięk musi żyć własnym życiem i stanowić osobną akcję, a nie tylko ilustrować obraz. Sama ilustracja to jest coś płaskiego, martwego. A jak żaba tak kumka jak powinna, to ja wiem, że para na ławce może się wtedy całować. Bo razem wszystko mi żyje.

      Stół mikserki w pulpicie sterowniczym, w moim odczuciu przypomina stanowisko dowodzenia w Huston podczas lotu astronautów na Księżyc. Jest na nim około 100 klawiszy, pokręteł, guzików, świateł i przycisków. Coś się zapala, coś gaśnie, a palce Grubego skaczą po tym wszystkim jak po klawiaturze.

      I pomyśleć, że ten wstęp do pracy niewiele różni się od tego co robił Adolf Dymsza w filmie „Skarb”. W filmie „Anna Karenina” na przykład Karenin miał zwyczaj strzelania kostkami palców. Gniótł tak stale ręce, drażniąc tym swoją żonę. Na taśmie Januszewski nagrał dźwięk ten gniotąc w palcach plastikowe pudełka po homogenizowanym białym serze. Siedziałam przy Jurku, gdy robił „tony” do Anny Kareniny. W scenie gdy Kitty rodzi i mówi coś do męża. Jurek zaczął kilkanaście razy cofać i puszczać scenę.

- Ona coś za zdrowo mi świergocze - mruczał.

      I w końcu nie wiem jakim cudem, Kitty zaczęła mówić matowym, zbolałym głosem. Jak on to zrobił, nie wiem. Chyba stłumił jakoś barwę głosu.

      Tak, ale nic nie jest za darmo. Jurek skończył politechnikę i konserwatorium. Grał na fortepianie. Teraz już grać nie może. Jego stół mikserski pokryty jest blatem z litej stali. Jeżeli przez dziesiątki lat po kilka, często kilkanaście godzin dziennie trzyma się ręce na takim blacie, reumatyzm zaczyna drążyć je tak boleśnie, że gra na instrumencie - cała radość życia - musi pozostać wspomnieniem, do którego nie lubi wracać.

Niech pani wyjdzie spod pocałunku


- Do pocałunku kupuję, dalej powtarzamy - mówi pani reżyser i szeroko przekreśla w scenariuszu tekst dialogu poprzedzający pocałunek.
- Pani Jadziu - wtrąca swoje Janiszewski - ale niech pani bardziej wyjdzie spod tego pocałunku, bo ona tam się wyrywa.

      Spoglądam kątem oka na Jerzego Kamasa i błyska mi w głowie przewrotna myśl. Nie mógłby jej pocałować, żeby ułatwić zagranie tej sceny?
- Co się tak uśmiechasz? - pyta pani reżyser, bo Gruby cofa taśmę i można teraz rozmawiać. Cisza w studio zapadnie, gdy pod ekranem zapali się czerwone światło.
- Nic, nic - wykręcam się. Nie mogę przecież jej powiedzieć, że rozbawiła mnie wizja Cieślak-Jankowskiej i Kamasa, którzy zaczynają nagle całować się, siedząc na wysokich stołkach za pulpitem. Takie rzeczy są tylko na scenie. W studio nie stosuje się ich.

      Trwają właśnie nagrania do filmu pt. „Dwoje na huśtawce” opartego na sztuce Williama Gibsona. Czerwone światło zapaliło się i Kamas cmoknął sam siebie w rękę, ponieważ na ekranie aktor, którego dubbinguje pochylił się teraz nad Shirley Mc Lain i pocałował ją w policzek. Tam na filmie wielka intymność i bezpośredni, fizyczny kontakt. Tu za pulpitem, tą samą parę dzieli metr odległości.
- Gramy dalej, panie Żorż? - pyta Kamas.
- Tak - odpowiada Jurek - teraz dla mnie było dobrze.
- Dla mnie też - odpowiada Aleksandrowiczowa - możemy próbować następny kawałek.

      Pani reżyser ma kilka podstawowych zasad, od których nie odstępuję, a które charakteryzują styl jej dubbingowej reżyserii. Obsadza role, zawsze kierując się psychofizycznym podobieństwem między aktorem, którego tylko widzimy i tym, którego tylko słyszymy, aby uzyskać tak pełną jedność ich obu, jak tylko jest to możliwe. Ponadto mając własną wizję interpretacji roli, stara się ją zasugerować tylko do pewnego momentu. Jeżeli polski aktor czuje tę rolę inaczej i zdecydowanie upiera się przy swojej wersji, wiedząc przy tym dokładnie czego chce - Aleksandrowiczowa nie narzuca swojej wizji na siłę. Pozwala aktorowi na poprowadzenie roli tak jak on tę rolę widzi. Oczywiście bywają wyjątki od tych zasad. Najczęściej wówczas, gdy nie jest przekonana przez aktora, że jego koncepcja jest słuszna. Ale zdarza się to rzadko, przynajmniej nader rzadko, gdy chodzi o główne role. Może dlatego, że grają je dobrzy aktorzy, można więc mieć zaufanie do ich intuicji. Myślę zresztą, że rolą reżysera jest stworzenie warunków, aby wyzwolić z aktora jego własną koncepcję, a potem konsekwentnie go po tej linii prowadzić. I to chyba jest właśnie najtrudniejsze.

      Starsi widzowie pamiętają, jak sądzę, film Schlesingera, którego scenariusz oparty był na powieści W. Somerset Moughama pod tytułem „Teatr”. Film nosił tytuł, „Julio, jesteś czarująca”, bohaterkę grała Lili Palmer. W polskiej wersji językowej Julią była Danuta Szaflarska. Przez cały czas filmu, w czasie trwania akcji, towarzyszył nam dodatkowo jej głos w formie wypowiadanych własnych myśli. Cóż to był za rozkoszny film! Prawdziwa fuzja właściwej obsady, wspaniałej gry i znakomitej dubbingowej reżyserii. Wiem, że Lili Palmer jest doskonałą aktorką, ale nie potrafię od tego czasu wyobrazić sobie jej inaczej, jak mówiącej po polsku głosem Szaflarskiej. To samo można powiedzieć o roli Aleksandry Śląskiej jako Elżbiety - królowej Anglii, którą w wersji oryginalnej kreowała Glenda Jackson. Dla mnie jednak Elżbietą pozostała już na zawsze Śląska. Takich pereł można by jeszcze wiele naniżać na historię polskiego dubbingu. Niejako jego osobnym rozdziałem są dwie role Zdzisława Tobiasza, który jest moim osobistym królem dubbingu.

      Zdzisław Tobiasz ma w swojej aktorskiej karierze około 150 ról teatralnych. Czy byłby jednak tak popularny, gdyby nie Somes Forsyte w „Sadze rodu Forsyte'ów” i o wiele zresztą później, Karenin w „Annie Kareninie”? Wydaje się, że ten aktor ma jakieś dodatkowe - właśnie dubbingowe - predyspozycje i zdolności aktorskie. Jakiś równoległy dodatkowy talent. Pomyślałam więc, że jego zdanie o specyfice tej pracy od strony warsztatu, jest szczególnie interesujące i przy najbliższej okazji napadłam na ten mój autorytet podczas czekania na nagranie w przystudyjnym bufeciku. Był to właśnie ostatni odcinek „Anny Kareniny”.
- Zdzisław, dlaczego stroisz sobie grube żarty z Tołstoja? - strzeliłam sobie z grubej rury.
- Nie rozumiem - odparł - Skąd taki zarzut...

      Tobiasz jest człowiekiem wrażliwym, delikatnym o głębokiej, wewnętrznej kulturze. Przy tym szczery i traktujący poważnie zarówno każdego człowieka, jak każdą swoją pracę. Kiedy więc zobaczyłam przestrach w jego oczach, miałam ochotę odgryźć sobie język. Brnęłam jednak dalej w myśl obowiązującego w TV trendu, że jeśli dziennikarz nie jest agresywny, dyskusja nie ma właściwej temperatury.

- A słyszałeś co ludzie mówią oglądając „Annę Kareninę”? Mówią, że ta zwariowana baba nie wiedziała czego chce, a ten jej mąż uczciwy. Bogu ducha winien człowiek.

      Kamień spadł mi z serca, bo po tych słowach Tobiasz się roześmiał.
- Widzisz - powiedział i zapalił papierosa. - To dość długa historia. Nie powiem ci kiedy i gdzie to znalazłem, ale mam gdzieś głęboko zakodowane, że czytałem jakiś esej literacki, w którym autor udowadniał iż Tołstoj napisał powieść nie o Annie, lecz o jej mężu, a potem dał ten przewrotny tytuł. Zresztą nie wiem, może mi się to śniło. Oglądałem w Moskwie sztukę opartą na tej powieści. Wystawił ją teatr MChAT i rolę tytułową grała Andriejewa. Była tak wspaniała i wzruszająca, jako ofiara miłości, że pół widowni powyciągało chustki do nosa. I muszę przyznać, że ja też! A jednak... W tej całej sprawie moją sympatię miał zawsze Karenin. To się zresztą wiąże także z postacią Samesa Forsyte'a.
- Obu grał Eric Porter
- Tak ale chyba nie o to chodzi. - Tobiasz znów się zamyśla. - Po prostu ja nie cenię kobiet, które były ich partnerkami. To nie jest mój ideał kobiety. A ponadto szanuję właśnie obu mężczyzn. Oni przecież coś sobą w życiu reprezentowali, nie uważasz? Pracowali, mieli swój zawód, zainteresowania, czegoś chcieli do czegoś dążyli. A obie panie...
- I Somesa także zagrałeś tak, że sympatia telewidzów, wbrew wszelkim przewidywaniom, odpowiedziała się po jego stronie.
- Tak go osobiście zrozumiałem, odebrałem, odczułem i przeanalizowałem. Jestem przekonany, że był taki. A przecież wolno mi, budując rolę, pozwolić sobie na to minimum indywidualizmu.
- Minimum?
- Oczywiście. Grając tylko głosem kogoś kto nie tylko mówi, ale ma możliwość wyrażania swych uczuć mimiką, wyrazem oczu, postawą, gestem - jestem przecież ograniczony do minimum. Moja praca polega przede wszystkim na wczuciu się w wewnętrzny rytm emocjonalny tamtego. Wprawdzie odpada mi to wszystko co on robi i może o tyle jest łatwiej, bo tamten robi to za mnie. Ale równocześnie o tyle trudniej, że mogę to wszystko wyrazić jedynie głosem i że ten głos musi być idealnym wykładnikiem uczuć i nastroju tamtego. A już pierwsza podstawowa trudność, to wyrażanie tych samych uczuć, ale w innym języku. W innej artykulacji, składni, melodyce języka, w innym duchu innej mowy.

      Czasem, gdy film jest bardzo stary, trzeba rolę uwspółcześnić przepuszczając niejako przez filtr obecnie obowiązujących środków aktorskich, a nawet mentalności współczesnego odbiorcy. Ale to już inna sprawa i dotycząca zresztą także gry na scenie, nie tylko w dubbingu.
- A czy są jeszcze jakieś zasadnicze różnice?
- O tak. I to zarówno te podstawowe, dotyczące ograniczenia środków wyrazu, jak inne - drobne. Pomyśl, w teatrze na zbudowanie roli masz kilka tygodni. Możesz ją analizować, próbować, udoskonalać. Tu przychodzisz do studia i musisz mieć natychmiastową gotowość zagrania.
- Jak skok głową w dół do zimnej wody?
- O, to często by się przydało przed wejściem do studia! Nagrania w dubbingu są przecież albo wcześnie rano, a wiadomo, że aktorzy późno wieczorem kończą pracę i nie są o świcie wypoczęci, albo po próbie w teatrze, kiedy człowiek jest zupełnie wypompowany.
- I co wtedy robisz?
- Przede wszystkim staram się szybko wytworzyć sobie stan wewnętrznej niezależności.
- Nie rozumiem.
- To jest taki luz psychiczny, opancerzony z zewnątrz barierą nerwowej wytrzymałości. Chodzi o to, żeby nie dać się wytrącić z koncentracji. Nie reagować na zakłócenia. Na awarie techniczne aparatury, maszynopisy pełne błędów, rozgardiasz w studio itp. No i skoncentrować się nie na tym jak przeczytać, tylko co się czyta i po co.
- A w postaci, którą się odtwarza, znaleźć jej najgłębiej ukryte ludzkie wartości i wydobyć je na wierzch, tak?
- Ach ty szelmo - roześmiał się - znalazłaś mój najgłębszy sekret. Tak, lubię to robić. Ale czy to mi zawsze wychodzi?

A w Farlandii palmy się kołyszą...

      To nie jest łatwa sytuacja. Jeśli założyłam, że roboczy tytuł tego reportażu to "Tajemnicza nieznajoma", to po to aby tę anonimowość rozszyfrować. Założyłam zaś tak, bo często dochodzą mnie wieści, że do telewizji napływają listy z zapytaniami jak się nazywam, kim jestem, a nawet jak wyglądam. Myślę, że nic w tym dziwnego. Spikerzy i lektorzy zawsze się przedstawiają. A choć moja rola w TV jest bardzo wycinkowa , jednak pełnię ją wystarczająco długo, abyście przyzwyczailiście się, drodzy państwo, do mojego sposobu zapowiadania kolejnego odcinka serialu. Wkraczam w ten sposób w Wasze kolacyjno-domowe życie przez bagatelka - 20 lat. Zawsze jednak tylko głosem i incognito. Głos, jak z listów wynika, został zaakceptowany, a nawet Wam się podoba i lubicie go. No więc mówię, że sytuacja jest trudna.

      Bo, jak tu Wam się przedstawić opowiadając o sobie? Co począć z kokieterią, pruderią i wszelką inną swołoczą zakorzenioną w człowieku? Jak to zrobić, żeby pogłębić sympatię nie odzierając Was ze złudzeń i jak nie przestając intrygować, zadzierżgnąć głębszą, przyjazną znajomość? Wiem! Mogę przeprowadzić ze sobą wywiad, tak jak to robi Nina Terentiew z bohaterami „XYZ”. Np. Ona: „Jakiej muzyki lubi pani słuchać?” Ja: „Zawsze Mozarta, często Chopina, bardzo rzadko Beethovena”. Ona: „A dlaczego?”" Ja: „Bo Mozart jest dla mnie czystą muzyką. Per analogiam do określenia czyste malarstwo. Nigdy mnie nie męczy, nie rozstraja czy przeszkadza; mogę go słuchać w każdym nastroju bez względu na to jaki ten nastrój jest. Mozart jest pogodny pogodą wielkiej mądrości i wiedzy o życiu. Jest pogodny dzięki dystansowi i doświadczeń i wbrew wszystkiemu”. „A Chopin?” - pyta pani Terentiew łagodnie i przyjaźnie...
- Baśka, co się z tobą dzieje?
- A co?
- Patrzysz we mnie jak sroka w gnat i poruszasz wargami. Tak już parę minut. Ty się dobrze czujesz tak ogólnie?
- Oj Tadeusz, co ja z tobą mam - wzdycham wykrętnie - daj lepiej te teksty.
- No właśnie, naczytaj sobie, może trzeba będzie skonsultować telefonicznie jakieś nazwiska. Za dziesięć minut wchodzisz ze studia.

      Tadeusz, czyli kierownik produkcji - Tadeusz Simiński, kończy setną chyba dziś rozmowę, odkłada słuchawkę i wyciąga z szafki parę kartek maszynopisu. Podając mi je patrzy sponad okularów zsuniętych na czubek nosa. Ma bardzo jasne, niebieskie oczy, spoglądające z odcieniem przyjaznego rozbawienia. Przepracował w dubbingu 25 lat i czeka na emeryturę, skreślając w wielkiej tajemnicy, dni dzielące go od tej chwili. Rusza się jak młody chłopak, najczęściej zsuwając pędem wzdłuż studyjnych pomieszczeń przy al. Niepodległości 159 w Warszawie. Jest przystojnym mężczyzną, za którym niejedna babka obejrzy się jeszcze na ulicy, szczególnie widząc go jak kroczy na wieczornym spacerze ze swymi dwoma dekoracyjnymi bokserami. Jeżeli Tadeusz nie biegnie, nie rozmawia przez telefon, nie liczy lub nie pisze na maszynie - a to się zdarza rzadko - siada sobie w dubbingowym bufecie, rozpakowuje przyniesione z domu kanapki i, jak kot mrużąc oczy z rozkoszy, popija je długimi łykami piwa z butelki, także przyniesionej z domu - codziennie, ale tylko jednej. Ma też cudowny obyczaj przy odbieraniu telefonów. Podnosząc słuchawkę nie mówi słucham czy halo, tylko dzień dobry... I żebym była nie wiem jak wściekła, dzwoniąc do niego - ręce mi opadają gdy podbiegnie do mnie to ciepłe, życzliwe „dzień dobry” zanim zdążę cokolwiek powiedzieć.

      A bywam często zła, ponieważ stało się to fatalistyczną regułą, że jestem potrzebna na nagrania zawsze wtedy, gdy na ten dzień i godzinę mam już umówionych kilka innych zajęć, spraw czy spotkań. Zawsze na wczoraj i zawsze wtedy, kiedy tak mi się wszystko wali na głowę, że tylko brakuje przysłowiowej szczotki, żeby jeszcze pozamiatać przy okazji. Jestem z zawodu dziennikarką, a wówczas byłam reporterem działu miejskiego w jednej z warszawskich gazet. Każde nagłe wezwanie do dubbingu przewracało mi po prostu cały plan zajęć do góry nogami. Tadeusz zaś jest bardzo łagodny i serdeczny w sposobie bycia, ale w środku nieustępliwy i twardy jak pestka. Po prostu: od nagrania nie ma odwołania. Jego dewiza dała mi się we znaki kilka lat temu, na jesieni 1976 r.

      Okres ten był dla mnie wyjątkowo ciężki osobiście i, jak to często bywa, wypadki toczyły się na zasadzie prawa serii. Najpierw, kolejno po sobie następujące śmierci dwóch bliskich osób. Zanim zdążyłam się z tego pozbierać, moja córka stwierdziła, że nie mam ochoty jeszcze wychodzić za mąż. Biorąc pod uwagę, że doszła do tego wniosku na 24 godziny przed ślubem, który w konsekwencji został odwołany - wydarzenia z tym związane stały się dla mnie przysłowiową kroplą przepełniającą dzban. W konsekwencji wylądowałam w szpitalu dla psychicznie chorych z jakąś tam depresją, uczenie i po łacinie nazwaną.

      Objawiała się ona m.in. tym, że panicznie bałam się ludzi i nie chciałam mieć z nimi nic do czynienia. Gdy więc pewnego dnia jedna z pacjentek. Gdy więc pewnego dnia jedna z pacjentek konspiracyjnym szeptem przekazała mi wiadomość: „jakiś mężczyzna przyszedł do pani i twierdzi, że musi się z panią zobaczyć, czeka na schodach” - wpadłam w popłoch. A raczej pod kołdrę. Za to z głową, w butach i w ubraniu, traktując ten schowek jako bastion nie do zdobycia. Ale kierownik produkcji nie byłby kierownikiem produkcji, gdyby miał litość w sercu. Skończyło się więc tak, że opuściłam swą twierdzę, oszukałam lekarzy wymykając się ze szpitala (a drzwi zamknięte i bez klamek) i roztrzęsiona jak galareta pomknęłam wraz z Tadeuszem, siedzącym za kierownicą swojego fiata, do studia na nagrania. Była to niezła szkoła.

      Zrozumiałam wtedy, po raz wtóry zresztą, ale tym razem dokumentnie, jakie treści kryją się pod lapidarnym porzekadłem „Życie jest życie”. W moim przypadku oznacza ono całkowity zanik ulgowej taryfy. Ból fizyczny, rozpacz w sercu czy zamęt w głowie, wszelkie jednym słowem słabości czy choroby, są luksusem stanowiącym moją prywatną sprawę, którą mogę zajmować się jedynie dorywczo, najlepiej w tzw. międzyczasie. Dopiero po wypełnieniu codziennych obowiązków pracy i terminowych zobowiązań. To one są lokomotywą ciągnącą pociąg, a pociąg nie ma prawa stanąć, a tym bardziej stać. Chyba, że stanie na zawsze, ale na to przecież zawsze jest czas.
- Czy Tadeusz żyje tylko pracą? - spytałam kiedyś jego żonę.
- Wyłącznie - odpowiedziała. - A w dodatku - dodała po chwili ze swoim charakterystycznym, ciętym poczuciem humoru - przez te wszystkie lata dom żyje pod absolutnym jego uciskiem. Angażuje w swoją pracę całą rodzinę.

      Wobec tego, myślę sobie, dlaczego on przez półtora roku skreśla każdy dzień dzielący go od emerytury? I kalendarzyk, w którym tajemnie dokonuje tej ablucji, nazywa pieszczotliwie raptularzem, strzegąc go jak oka w głowie? Może, żeby wreszcie pomieszkać spokojnie w owym „uciskanym” domu, który zawsze sprawia na mnie wrażenie gniazda utkanego z najtrwalszego gatunku ludzkiej miłości. Liczna jest sama rodzina, bo też przecież już i dzieci dorosłe, a do tego stale rezyduje ktoś z grona odwiecznych przyjaciół. Więc w gnieździe ciągła kotłowanina. Ten gotuje obiad, tamten stuka na maszynie, psy są na tych samych prawach co domownicy i przewracają ludzi swoimi pieszczotami, a na dodatek między nogami raczkują po podłodze różne małe dzieci. Gdyby w tej wielkości, stanowiącej idealną symbiozę, zabrakło choćby jednego ogniwa, jednej osoby, jednego dziecka czy jednego psa - wszystko by się chyba rozpadło, tak jest ściśle ze sobą sprzężone.

      Dawniej, przez szereg pierwszych lat, moim kierownikiem produkcji był Waldemar Szczepański, do dziś zresztą pracujący w studio, a zwany Waldziem. Waldzio jest drobny, jakiś kruchy, ma twarz małą jak piąstka, zmęczoną i poszarzałą i trudno jest bardzo nazywać go Waldemarem. Nie znakomitością postury, jednak mierzy się wielkość ducha człowieka. A ściślej - nie jego wrażliwość, lojalność i poczucie taktu.

      Wstyd się przyznać, ale kiedyś bardzo późną porą lub bardzo wczesną - zadzwoniłam do Waldzia do domu. Miałam zasadnicze kłopoty z dykcją, starałam się więc mówić wolno i dobitnie. Oświadczyłam mu, że nie przyjdę tego dnia na nagranie, albowiem poznałam Retta Butlera mojego życia i muszę swój czas całkowicie poświęcić na wchłanianie szczęścia. - W Farlandii - tłumaczyłam powołując się na Gałczyńskiego - nie ma miejsca na tak pospolite czynności, jak nagrywanie w dubbingu czołówek filmowych. Wysłuchał tego bardzo spokojnie.
- Dobra - powiedział - wypij teraz ile możesz słodkiego, surowego mleka i prześpij się. I nic się nie martw - dodał - tylko zaraz zadzwoń jak się obudzisz.

      Ale zadzwonił sam i zakomunikował mi, że nagranie zostało przesunięte o jeden dzień. O nic się nie pytał i niczego nie komentował. Ja też. Przyszłam do studia z kwiatami i łyso mi było jak jasna cholera. Ku mojemu zdziwieniu wszystko odbyło się jakby w ogóle nic nie zaszło. Nikt mnie nie opieprzył, a kwiaty zostały przyjęte ze sporym zaskoczeniem.

      Dopiero po latach dowiedziałam się, że Waldzio wkrótce po moim telefonie do niego zadzwonił do pani reżyser i sucho poinformował:
- Dziś gramy tylko trzeci akt z aktorami. Dzwoniła do mnie redaktor Cudnikowa, ma jakieś kłopoty z konsultantem, a to są węgierskie nazwiska, trzeba dać jej więc jeszcze dzień czasu na opracowanie. Będziemy jutro nagrywać te czołówki.

      Ach Waldziu, Waldziu, nigdy ci tego nie zapomnę.

Sunny Boy

      Tego dnia w redakcji było absolutne piekło. W poprzednim tygodniu superszef odrzucił dwie trzecie materiałów z kolumny naszego działu, które opracowałam. Teraz robiłam następną na bieżący tydzień i miałam tylko dwie godziny do jej oddania. Mam umiejętność maksymalnej koncentracji i wyłączania się. Potrafię szybko pracować w największym hałasie i rozgardiaszu, pod jednym tylko warunkiem: że nikt nie będzie bezpośrednio się do mnie zwracał. Mówię po prostu: - Słuchajcie, mnie NIE MA. Oczywiście, to do nikogo nie dociera i już po paru minutach ktoś mnie pyta: czy już wiadomo co było dziś na kolegium, czy dzwoniła żona lub kiedy przyjdzie Leszek, bo petenci czekają na niego w kolejce. Inni mają polecenia: - kochanie, przepraszam, tylko dwa słowa. Wychodzę na obiad, jakby były jakieś telefony, wracam za 40 minut. Z początku udaję, że nie słyszę. Potem przestaję i słyszeć i reagować.

      Ale tego dnia było mi wyjątkowo trudno wyizolować się. Świadomość, że praca nad którą się męczysz, idzie do kosza, nie jest dopingiem do skupienia. Telefony na biurku dzwoniły jak oszalałe. Zawszę robię za panienkę z centrali, ale tego dnia miałam serdeczną ochotę jeden z nich pieprznąć pod podłogę. Może wtedy - pomyślałam - nasza administracja wreszcie kupi nowy? Jest to aparat na miasto, który od dwóch lat dzwoni, lecz po podniesieniu słuchawki nie słychać w ogóle głosu telefonującej do nas osoby.

      Zaczęłam stosować autopsychoterapię. Przecież - tłumaczyłam sobie - to nic, że ci tę kolumnę znowu poszatkują. Nie bądź wiecznie tak cholernie zaangażowana w to co robisz. Przeżyło się już gorsze czasy. Rzeczywiście. Były lata, gdy do moich rozmówców, u których zbierałam materiał do artykułu - po jego wydrukowaniu wysyłałam listy z przeprosinami. Brzmiało to tak:

      Szanowny Panie Doktorze (inżynierze, dyrektorze, itp.) proszę wybaczyć zmiany w tekście, które czynią z pana (panią) niefachowego idiotę (idiotkę). W swoim artykule użyłam tych samych specjalistycznych określeń, jakie mi Pan podał. Tekst mój przechodzi jednak przez ręce kilku adiustatorów. Oni mają prawo zmieniać - a ja muszę to podpisać własnym nazwiskiem. Taka jest dola szeregowego dziennikarza w każdej gazecie. Łączę wyrazy nadziei, że Pan to zrozumie i nie wyrzuci mnie z gabinetu, gdy przyjdę następnym razem.

      Były też czasy, gdy mój esej literacki nagrodzony na Ogólnopolskim Konkursie rodzima gazeta opublikowała pod zupełnie innym tytułem dokonując w nim skrótów, które zostały zastąpione, tzw. słowem wiążącym adiustatora. Od tego czasu postanowiłam nie czytać żadnych swoich materiałów nobilitowanych drukiem. Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia w życiu - stwierdziłam - po co ma mnie przedwcześnie szlag trafić?

      Psychoterapia pomogła, skupiłam się i ruszyłam wreszcie do przodu. Krótko to trwało. Z sąsiedniego pokoju przyszedł Staszek, oparł się o sąsiednie biurko Jagi i zaczął jej opowiadać film. Staszek jest moim ulubieńcem i obserwując go, jako matka dwóch córek, często myślę, że gdybym chciała mieć syna (zawsze byłam nastawiona wyłącznie na dziewczynki) to tylko tak dobrego i mądrego chłopaka jak on. Teraz streszczał jakąś wojenną epopeję.

      - I wiesz, Jaga, wtedy dwaj sanitariusze zaczęli uciekać z tego pola walki. A ten porucznik wyjął broń i strzelił do jednego z nich, i za to go później postawili pod sąd. No powiedz, czy oni mieli rację? Przecież ja bym sam takiego sanitariusza sukinsyna...

      Odłożyłam długopis. - Borowski - pomyślałam - kłania się Tadeusz Borowski. Problemy moralne wojny są trwalsze niż ona. Sama nie wiedziałam kiedy zaczęłam mówić.

      - Słuchajcie, w czasie powstania mieliśmy dwudziestu jeńców niemieckich, takich szeregowych żołnierzy. Trzymaliśmy ich w garażu. Myśmy wtedy nie mieli nic do jedzenia. Przepraszam - były cukierki. Te przeklęte cukierki z jakieś rozwalonej fabryki. Większość ludzi z oddziału miała wtedy biegunkę. Część już czerwonkę. Między innymi i ja. Byłam łączniczką i kiedy nocami biegłam roznosić hasło na następny dzień, musiałam kucać co parę metrów. W miejscu kiszek miałam kłąb kolczastego drutu, który stale się ruszał - tak można określić ten ból. Ale głód był głodem. Więc żarłam te cukierki. Po każdym przychodził dodatkowy atak. I właśnie wtedy, codziennie wieczorem, taskałam z drugą łączniczką kocioł zupy dla naszych pupilów w garażu. Ta zupa była tylko dla nich.

      Zapadła cisza. Staszek otworzył usta, potem je zamknął, spuścił głowę i zaczął myśleć obracając mechanicznie w palcach nie zapalonego papierosa. I wtedy właśnie Jaga rzuciła to pytanie:

      - Pani Basiu, tyle czasu pracujemy razem, a pani nigdy nic nie opowiedziała o powstaniu. Dlaczego? A w ogóle czy pani zabijała Niemców? Pani coś poopowiada, co...?

      Nikt mnie jeszcze nie rąbnął pięścią w klatkę piersiową - ale to chyba jest takie uczucie właśnie. I zaraz potem jakiś wewnętrzny szloch, który wpychany coraz głębiej przez mijające lata, teraz nagle rwie się do góry, jakby chciał natychmiast nadrobić cały stracony czas. Cóż ja ci powiem Jagusiu, malowana lalo o pięknym czole nieskażonym żadną myślą? Że spódnica, w której chodziłam, upstrzona była czerwonymi plamami. Że to nie była krew Niemców, tylko tych chłopców, którzy umierali z głową na moich kolanach, patrząc na moje siedemnastoletnie oczy i szepcząc w nie "mamo". Co ja ci powiem? Może to, jak w dwadzieścia lat po powstaniu, moja córka odrabiając lekcje rozlała czerwony atrament na obrus, a ja się zerwałam z krzesła krzycząc „Krew! Prędko, trzeba ratować!!” To mam ci poopowiadać? A może jeszcze pokazać scenę biurkową w pięknym stylu. Twarda Cudnikowa płacze z twarzą w papierach. Taki amatorski teatr, jako przerywnik redakcyjnego dnia. Może byłoby nawet fajnie.

      Poszłam do umywalki, kilka szklanek zimnej wody z chlorem ustawiło mnie w pionie. Kolumnę zrobiłam. Kiedy ją oddałam i zapaliłam najlepszego papierosa, który wieńczy dzieło, stanął mi nagle przed oczami Roman Błocki.

      Romek jest operatorem dźwięku. Kiedyś pracował stale z Aleksandrowiczową, tak jak teraz Gruby. Zanim w studio nastąpiło wewnętrzne przetasowanie i Romek zaczął pracować z innymi reżyserami - przez kilka lat był moim serdecznym druhem. Jest to człowiek, który powinien wynajmować się za duże pieniądze wszystkim ludziom zbyt mocno odczuwającym ciężar swojego losu. Jest zawsze pogodny, zawsze uśmiechnięty. Jego aprobata życia i jakiś słoneczny optymizm działał na mnie przez lata jak balsam. - Obcowanie z takim człowiekiem - myślałam nieraz - to połowa zwycięstwa. Nie trzeba wtedy ani chodzić do psychiatry, ani brać uderzeniowych dawek witamin. - Życie jest bardzo sympatyczne - mówił Romek. A było to nie tylko jego dewizą, ale zdaniem, wypowiadanym kilkanaście razy dziennie. Takie powiedzonko, jak dawniej „mocium panie”. Czasem dziwiło tylko, że mówi to tak często.

      W miarę upływu lat wspólnej pracy zdobyłam wiedzę o Romku. Jest człowiekiem szczęśliwym, bo pracę zawodową kocha ponad wszystko. Nigdy go nie nuży, bo go ona po prostu nieustannie bawi. Ma dorosłe dzieci i wnuki. Ma dorosłe dzieci i wnuki, i to jest ta druga połowa szczęśliwości. Jest maniakalnym zbieraczem grzybów i poświęca na to każdy urlop, zaszywając się w lasach. Las jest tak wielkim jego umiłowaniem, że gdyby nie był operatorem dźwięku w dubbingu - mógłby być tylko leśniczym. - Dlaczego? - spytałam kiedyś. Bo tam nie ma ludzi - odpowiedział. Wtedy po raz pierwszy w mojej prywatnej legendzie na temat Romka zaczęła powstawać rysa.

      Upodobanie do trunków - które nie koliduje z pracą i nie kończy się przekształceniem języka polskiego w mowę rynsztoków lub tzw. rozróbami - nie jest wadą. Cechowało wielu wielkich ludzi pracy twórczej, których nazwiska widnieją w światowych encyklopediach. Cechuje także często ludzi bezbronnych wobec swej nadmiernej w porównaniu do otoczenia, wrażliwości. A nawet bywa, że stanowi jej cenę. Ale dlaczego Romek? To była druga rysa.

      Bomba pękła gdy dotarłam do tej części życiorysu, którą napisały mu 4 lata okupacji. Początek drogi nastąpił w lubelskim gestapo, dalej był zamek w Lublinie, Pawiak i al. Szucha w Warszawie, następnie Oświęcim, Gross-Rosen, Sachsenhausen. Ale on nigdy o tym nam nie opowiadał. Tyle że uciekał do lasu „bo tam nie ma ludzi”, uważał życie za „bardzo sympatyczne” i zawsze był uśmiechnięty. Kiedy zaś życie stawało się już tak sympatyczne, że trudno było sobie tę słodycz pomścić, pomagał dotyk chłodnej literatki.

      Dwa lata temu poleciałam do Romka po radę. Byłam solidnie poruszona poważną rozmową rodzinną odbytą z inicjatywy moich córek. Zaczęło się od tego, że dostałam wezwanie ze ZBoWiD-u. Przychodzę, podsuwają mi druk do wypełnienia. - Po co to? - pytam. - Bo występujemy o odznaczenia za powstanie. - Ale dlaczego ja mam dostać? - zdziwiłam się. Nigdy nie uważałam, że robiłam wtedy coś więcej niż ponad mój psi obowiązek. - Bo pani jeszcze nie dostała.

      Ten argument był dla mnie tak nieprzekonywający, że odsunęłam ów druczek i wyszłam. Kiedy przechodziłam przez pokój, gapili się na mnie zza swoich biurek, jakby zobaczyli cacko, które spadło z wielkanocnej choinki. Opowiedziałam to moim dziewczynom w domu i wtedy odbyła się owa zasadnicza rozmowa. Wyszło na jaw wiele ich cichych pretensji. Że inni rodzice dzwonią medalami, a ja nie. Że matka jednej z koleżanek nawet w telewizji opowiada o powstaniu. Że dzieci chcą matką się chwalić, a matka nie tylko jest idiotką nie wypełniającą właściwych druków, ale gorzej! Zataja swoje przeżycia i wspomnienia i one, rodzone córki nic nie wiedzą co ona robiła w powstaniu. - A może - brzmiało końcowe pytanie - tyś w nim w ogóle nie brała udziału?

      Poleciałam do Romka.
- Ja też nie mówię nic ani dzieciom, ani wnukom - powiedział. - Wiedzą, że byłem w obozach i tyle. Opowiedziałem im tylko wesołe rzeczy.
- Wesołe?
- Tak, jak to było kiedy nas wyzwalali.
- Ale dlaczego? - drążyłam.
- Wiesz, wystarczy, że ja mam to za sobą. Zresztą prawda o tym jest zbyt tragiczna, żebym potrafił ją przekazać.
- A życie jest bardzo sympatyczne? - spytałam. I Romek pierwszy raz się wtedy nie uśmiechnął. Spojrzał mi w oczy i był to wzrok zupełnie obcego człowieka.

Maria Stuart z podbitym okiem

      - Czarek, do „Całuję Wilma” wszystko masz na „offie”, więc się nie spiesz - mówi pani reżyser. - Proszę bardzo, gramy!

      Na „offie”, znaczy poza kadrem, Fred mówi coś do Barniego, ale na obrazie tylko Barniego. Freda gra Cezary Julski, Barniego - Kazimierz Brusikiewicz. Do żelaznej obsady tego serialu kreskowego pt. „Między nami jaskiniowcami” - należą jeszcze Mirosława Dubrawska i Barbara Marszel, czyli Wilma i Betty. Opowieść rysunkowa o, pełnym komediowych sytuacji, życiu obu małżeństw - nazywana potocznie przez wykonawców Flingstonami 1 - jest już emitowana w TV od roku. To sporo czasu. Aktorzy zżyli się z ową przyjaźniącą się parą z serialu. Szczególnie zaś Cezary Julski, który wręcz utożsamia się ze swym Fredem Flingstonem. W korespondencji do bliskich podpisuje się jego imieniem i nazwiskiem. Zwozi z zagranicy figurki małych Flingstonów - które np. w Budapeszcie można kupić w każdym kiosku. U nas produkowane są one najczęściej na kalkomanii. Tak więc Fred Flingston wisi na honorowym miejscu w samochodzie Cezara Julskiego, a nawet ma własnoręcznie przez niego rysowane i zmieniane... nowe ubrania.

      Cezary Julski jest mężczyzną zarówno wzrostu słusznego jak i tuszy, o dobrodusznym usposobieniu. Jego przejęcie się życiem komicznego Flingstona, a także stateczna powaga z jaką pracuje - stanowią odwieczne źródło dowcipnych przycinków, których mu nie szczędzi Kazimierz Brusikiewicz. Brusikiewicz ma niesłychany refleks i szybkość reakcji. Mógłby chyba bez próby i uprzedniego naczytania tekstu zagrać non stop kilkanaście odcinków i ani razu nie spóźnić się z wejściem czy też się pomylić. No więc podkpiwa często z Freda-poczciwiny, a dzięki temu w studio są częste wybuchy śmiechu, praca nie nuży, lecz w dobrym tempie idzie do przodu.

      - Dobra - mówi Aleksandrowiczowa i swym odwiecznym ruchem skreśla w scenariuszu czerwonym pisakiem ostatnią nagraną scenę. Potem wciska guzik w aparacie stojącym na stoliku. - Panią Marszel teraz poproszę - mówi.
Po chwili zaczynają szczękać wielkie klamki w ciężkich, podwójnych drzwiach do studia. Robi się dużo szumu i zamieszania pod tymi drzwiami i wreszcie w kręgu nikłego światła pojawia się na środku studia Barbara Marszel.

      - Słuchajcie - mówi zdyszanym, dramatycznym głosem - czy ja tu wczoraj nie zostawiłam tego cholernego kołnierza?

      I znowu ryk śmiechu. Aczkolwiek nie jestem zupełnie przekonana czy to jest naprawdę takie zabawne, także nie mogę się nie śmiać.

      Dwa miesiące temu Marszelówna jechała do kawiarni w Domu Towarowym „Junior” na „Podwieczorek przy mikrofonie”. Jak wiadomo, występuje w nim stale w skeczach „Marszelówna do tablicy”. Była to sobota, miała więc dwa podwieczorki. Kiedy stała na pasach czekając na zmianę światła, podjeżdżający za nią samochód nie zareagował i zrobił degrengoladę z tylnej połowy jej samochodu. Ona sama poleciała głową najpierw do przodu, potem do tyłu. Wyszła z samochodu, milicjant spisał protokół, ktoś zaofiarował jej podwiezienie do szpitala. Skorzystała, ale pojechała na podwieczorek. Miała jeszcze wówczas inny skecz, w którym brało udział pięć osób, między innymi Bogdan Łazuka. Skecz, pióra Stanisława Tyma, w satyryczny sposób przedstawiał... pięć różnych wypadków samochodowych, które zdarzyły się tym właśnie pięciu osobom.

      Potem zawieziono ją do szpitala, ponieważ w trakcie występów jej głowa wyczyniała dość dziwne rzeczy. Sprawiała mianowicie wrażenie, że nie jest osadzona na karku, lecz na mocno wyciągniętej gumie. W szpitalu trzeba było długo czekać na rentgen, zatem wróciła z powrotem na drugi podwieczorek, znów zrobiła co do niej należało i wróciła na prześwietlenie. Wykazało ono uszkodzenie kilku kręgów, więc zdyscyplinowaną aktorkę unieruchomiono wraz z głową w gipsie aż do samego pasa. Po wielu tygodniach gipsu i szpitala zrobiono jej usztywniający kark kołnierz z pleksiglasu, w którym miała chodzić jeszcze przez pół roku. Kołnierz ów stał się jej dopustem bożym, od którego uwalniała się permanentnie, aby móc pracować. Robiła to także w dubbingu, a potem wybiegała w pędzie do innych zajęć i spraw, aby późnym wieczorem zorientować się w domu, że im bardziej nieszczęsnego kołnierza szuka, tym bardziej go nie ma.

      Okazało się, że tym razem schował go do szafki Tadeusz Simiński. Chcieli jej zrobić kawał, ale Aleksandrowiczowa go ujawniła.

      - To wszystko co ona teraz wyprawia, to jeszcze nic - przerwałam ogólne rozbawienie. - Ja ją pamiętam kiedy grała gościnnie tytułową rolę w „Marii Stuart” w Koszalińskim Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Po premierze zespół pojechał w objazd. Pamiętam, był sztorm, szybkość wiatru dochodziła do 9° w skali Beauforta. Drzewa gięło do ziemi, a my jechaliśmy naszym autokarem na występy do Barlinka. Nagle nastąpił straszny wypadek. Jedno ze starych drzew, rosnących przy poboczu szosy (jak się później okazało, nadpiłowane przez drwali) runęło pod wpływem wiatru przepoławiając autokar. Byliśmy wszyscy mocno poturbowani i poranieni. Nikt na szczęście nie zginął.

      Na drugi dzień kurtyna poszła w górę i oczom publiczności ukazała się kulejąca Barbara Marszel z wielkim siniakiem na skroni i górną wargą spuchniętą do wielkości parówki. Majestatycznie, szumiąc długą suknią, pokuśtykała pod rampę i wysepleniła:
      - Sama, sama więc na tronie, opuszczona przez wszystkich lud mnie nienawidzi.
      - Nie, poczekaj - przerywa mi Marszelówna - to tak brzmiało - i powtarza ową kwestię, w której słychać sam świst i szelest. - No powiedzcie, czy to nie złośliwość Słowackiego, żeby mi w takim stanie kazać mi mówić same syczące spółgłoski?
      - Kochani - apeluje pani reżyser, która spłakała się ze śmiechu - ja nie tylko gram dziś Flingstony (sic!). Przyjdą następni aktorzy, a my jeszcze z tym nie wyrobimy.
      - A kiedy ja swoje nagram? - pytam zaniepokojona.
      - Jak będziesz dalej nam opowiadać historie o Basi, to dziś na pewno nie.

      Wychodzę więc do bufetu. Oczywiście bufetowa już skończyła pracę i nie ma nic do picia. Siadam przy pustym stoliku i wreszcie zapalam papierosa. Przypominam sobie jak w tym bufecie wysiadywały, czekając na nagranie, dwa grubasy Barbara Wrzesińska i Jolanta Zykun, pracowicie ruszając drutami. Obie były wówczas w ciąży tak zaawansowanej, że nie występowały na scenie. Ale dubbing nie jest tak wymagający. Nawet w tym czasie pozwalała aktorkom zachować kontakt z pracą zawodową. Co wtedy się opracowywało? Chyba „Rodzinę Whiteaoków”. Tak, i to wtedy wszyscy czekali na Annę Seniuk, kiedy nagle zadzwonił w pokoju Simińskiego telefon.

      - Ania nie przyjdzie - krzyczał do słuchawki nieprzytomny z radości kompozytor, Maciej Małecki, jej mąż - Ania nie przyjdzie, bo mnie się syn urodził!

      Mój Boże, ile to już było tych seriali? „Saga rodu Forsyte'ów”, „Sześć żon Henryka VIII”, „Elżbieta królowa Anglii”, „Rodzina Straussów”, „Wojna i pokój”, „Puccini”, „Leonardo da Vinci”, „Michał Anioł”, „Eneida”, „Odysseja”, „Pogoda dla bogaczy...” A „Życie Moliera”? Grali w nim Jerzy Kamas i Edmund Fetting - jeden z Teatru „Ateneum", drugi z „Ludowego” podówczas...
      - To ja mam grać z aktorem z Pragi? - zagaił kiedyś Kamas
      - Dobra, dobra - odpalił Fetting - lepszy z Pragi *) jak z Powiśla...

*) Dla czytelników nie znających topografii teatrów warszawskich wyjaśnienie: teatr zwany obecnie "Popularnym" mieści się w dzielnicy Praga, teatr "Ateneum" na Powiślu, dzielnicy cieszącej się dawniej knajacką sławą (red. „ER”).
1. Pisownia oryginalna

Moje noce z Ernestem

      Był tylko jeden taki rok w dubbingu, kiedy robiłam za królową i wszystko mi było wolno. Przepraszam, dziewięć miesięcy. Znacząca liczba, aczkolwiek pod koniec nie urodziłam dziecka, lecz odniosłam wielkie zwycięstwo nad samą sobą. Okazało się to zresztą dużo trudniejsze. Ale z tego lepiej niż ja, zdawali sobie sprawę wszyscy inni, pracujący w dubbingu. Nawet Tadeusz Simiński dla mnie stał się w tym okresie absolutnym aniołem.

      - Basieńka - mówił słodko, dzwoniąc do mnie do domu - przepraszam, że ci przeszkadzam w nauce, ale powiedz, kochanie, kiedy mogłabyś przyjść na nagranie. Mam już wszystkie czołówki i tyłówki, żebyś nie musiała latać parę razy. Zrobisz to na jednym posiedzeniu, tylko powiedz kiedy chcesz, a ja się dostosuję do ciebie.

      Przeżyłam już wiele telewizyjnych filmów i seriali. A wszystkie na baczność przed kierownikiem produkcji. Na wczoraj, na zaraz, bądź na za godzinę, bo: "Mam wolne studio". A potem przyleć jeszcze - w ramach pracy społecznej - bo się pomyliła pani redaktor, pan tłumacz, pani montażystka czy pani reżyser lub pani maszynistka i pan konsultant. I trzeba czytać na nowo drugi raz, nawet bez Bóg zapłać. Czasem próbowałam się buntować, acz bez rezultatów. I wreszcie doczekałam się prawdziwej nagrody. Żadne bunty nie były potrzebne. Dubbing zachował się jak prawdziwy przyjaciel. Otulał mnie watą i trzymał pod kloszem. A wszystko dlatego, że wdałam się w... ale po kolei.

      Ta historia właściwie zaczęła się przed siedmiu laty w zakopiańskiej kawiarni „Europejska”. Przy drugiej kawie postanowiłam: kiedy wrócę z urlopu, muszę odszukać w Warszawie Bronisława Zielińskiego. To tłumacz Hemingwaya, może powie mi coś więcej o tym pisarzu? Hemingway przez całe moje życie powracał jak bumerang.

      Potem poszła lawina. Czytanie od nowa tego, co znałam, zdobywanie książek, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Przestało mi wystarczać wypożyczanie z czytelni. Musiałam całego Hemingwaya mieć już na własność, na zawsze. Część udało mi się wyżebrać w antykwariatach. Resztę zaczęłam kraść. Kłamiąc, że książkę zgubiłam, odnosiłam znajomym zamiast niej - kwiaty z bombonierką. Nad biurkiem powiesiłem portret Hemingwaya. Na półce grubiały teczki z wycinkami prasowymi o nim lub jego rodzinie. Zakładałam następne na zdjęcia - unikaty. Pół Warszawy postawiłam na nogi, żeby wypożyczyć z PIW-u maszynopis przygotowanej do druku biografii Carlosa Bakera. Dostałam ją. Było to tysiąc stron na przebitce.

      Czytałam przez lupę, jako że od urodzenia jestem ślepa, bo jak nazwać te minus dziewięć dioptrii - i kombinując gorączkowo, żeby tą biografię zachować dla siebie. W książce miała wyjść o połowę skrócona. Maszynistka zażądała sumy równej moim trzymiesięcznym poborom. Kserograf kalkulował się niewiele taniej. A z każdego arkusika przebitki wyłaniała się inna twarz tego samego człowieka. Był dobry, nieznośny, wrażliwy, brutalny, słaby, odważny - wiecznie walczący z sobą samym. Ale mówił, działał, pisał zawsze tak, jakby był moim drugim ja, albo jakbym ja była jego alter-ego. A może moja wyobraźnia jest jak koń stepowy? Gdyby nawet, to co? Sam Einstein powiedział, że wyobraźnia ważniejsza jest od wiedzy. Ja ogromnie chciałam mieć jedno i drugie. Przepisałam ręcznie te tysiąc stron.

      Fascynacja Hemingwayem miała już sześcioletnią historię gdy kiedyś wieczorem zadzwonił telefon. Była to Zofia Aleksandrowicz.
      - Słyszałaś komunikat w telewizji?
      - Nie, śpię.
      - Ogłosili eliminacje do Wielkiej Gry na temat „Życie i twórczość Ernesta Hemingwaya”. Będą w niedzielę. Pójdziesz chyba?
      - Ja? Zwariowałaś! Z moją pamięcią, po trzech latach łykania amitriptiliny? Kapitalna jesteś. Zresztą tam trzeba mieć nerwy ze stali, nie z pajęczyny. Nie, ja nigdy w życiu nie dałabym rady.
      - Dobra, dobra. Zastanów się nad tym. Chyba nikt na świecie nie ma takiego prawa do Hemingwaya jak ty. To do jutra.

      Prawo? Chyba moralne... Ale obowiązuje coś ważniejszego Jakaś konsekwencja. Bo jakże tak, powiedzieć „a” i zatrzymać się przed „b”? To nie prawo, to już powinność, coś na kształt obowiązku. Na pewno odpadnę, ale przynajmniej nic nie będę miała sobie do wyrzucenia. Jak to, uczennica Hemingwaya ma zrezygnować z walki, zanim ona się zaczęła? Pewnie by zlazł z portretu i solidnie mi wygarnął. Już teraz wykrzywia się na swej fotografii, jako że to powiększenie ma cechy portretu Doriana Graya.

      Było nas jedenaścioro. A w tej liczbie młody mężczyzna w okularach, który w przerwach egzaminu, przy korytarzowym papierosie, olśniewał wszystkich wiadomościami sypanymi jak z rękawa. Na co ja się porywam ze swoją niewiedzą? Zrezygnowałam z palenia, bo się tego faceta zlękłam. Napisałam 30 odpowiedzi na 30 pytań i wycofałam się rakiem z gmachu przy ul. Woronicza. Potem przyszło zawiadomienie. Eliminacje wygraliśmy oboje. On i ja.

      Nie było innego wyjścia, jak iść do przodu. Skończyło się chodzenie do kina, teatru, oglądanie telewizji, kontakty z przyjaciółmi. Telefon wyłączyłam. Najgorzej było z radiem, bo żyć bez niego nie umiem, ale też milczało. Dom zamienił się w prywatne więzienie. Po celi fruwały daty, nazwiska, nazwy geograficzne, książki, słowniki. Wkuwałam to, co akurat nigdy mnie nie interesowało. Daty ślubów, rozwodów, urodzeń dzieci, przyjazdów, wyjazdów, wydań amerykańskich, wydań polskich, premier filmów... brr! W nocy śniła mi się biała ściana z wielkim czerwonym napisem "ja nic nie wiem". Rano o piątej siedziałam już nad notatkami. Którejś nocy zdjęłam okulary i na chwilę położyłam je na dywanie, mam taki niski fotel, z którego bliżej do podłogi niż do stołu. Potem wstałam przynieść sobie z kuchni coś do picia i wlazłam w te okulary, poszło jedno szkło. Czytałam więc jednym „lepszym” okiem, drugie zasłaniając ręką. Szkoda czasu na wysiadywanie u okulisty!

      O dziewiątej jazda do redakcji. W autobusie walka na noże z wsiadającymi, bo zająć miejsce, znaczy móc czytać jeszcze przez pół godziny. To samo w drodze z pracy. W domu zimny prysznic, reumatyzm trzeba odłożyć na półkę, kawa, głowa i tak mi leci. Znajomi radzą: weź zwolnienie. - Nie - odpowiadam - muszę „grać czysto”, to jeden z punktów Kodeksu Hemingwaya. Co niedziela córka przychodziła mnie przepytywać. Kiedy przy takiej repetycji okazało się, że nie pamiętam daty urodzin Hemingwaya, pierwszy raz od czasu, gdy skończyło się moje dzieciństwo, zwyczajnie się rozbeczałam.

      Ale przecież Hemingway powiedział, że nie przegrywa się, gdy coś jest naprawdę ważne. Czekam przed pierwszym nagranie na wejście do studia. - Uspokój się - przemawiam do siebie w duchu - możesz przecież uciec. Po prostu wstaniesz i wyjdziesz. Ale trwam. Asystentka programu podsuwa mi regulamin. Nie mogę podpisać, długopis wyślizguje mi się z rąk, jakbym przed chwilą wyjęła je z wody. W ustach za to nie mam kropli śliny, biegam stale do w.c. i ręką piję wodę z kranu. Hemingway też nie mógł splunąć kiedy się bał - przypomina mi się. Tak ale był wtedy młodym chłopcem i pierwszy raz we frontowej bitwie, a nie starą krową w polskiej telewizji. Po nagraniu wychodzę ze studia doszczętnie ogłupiała. Wraz z moim partnerem rozbiliśmy bank pytań. Zdarzenie bez precedensu w historii Wielkiej Gry. Pierwszy łeb nie został rozegrany. Idziemy równo łeb w łeb.

      To pierwsze nagranie odbywa się w marcu, eliminacje były w styczniu. A w grudniu ubiegłego roku wróciłam do pracy po trzech miesiącach leżenia na wirusowe zapalenie płuc, z którego - zdaniem internistów rejonowej przychodni - nie tyle wyciągnęła mnie medycyna., co upór. Teraz szef wygania mnie na zaległy urlop, twierdząc, że go straszę wyglądem. Lekarz w przychodni grozi, że jeśli nie wyjadę natychmiast do sanatorium, nie odpowiada za powikłania. Przenosząc wzrok z prześwietlenia płuc na mnie ma takie zdumienie w oczach, jakby przed jego biurkiem usiadł dawno pochowany gruźlik. Biorę więc ten urlop i oczywiście nie wyjeżdżam do sanatorium. Teraz mogę kuć w domu systematycznie, 12 godzin na dobę. Hemingway wciąż na mnie patrzy z cholernego portretu, ale ma bardzo pogodny wyraz twarzy.

      I bomba! Drugie nagranie kończy się tak samo jak pierwsze. Zabrakło dla nas pytań. Mamy już za sobą po siedemdziesiąt na głowę. Tylko tym razem w połowie, czyli po dziesiątym, siedząc na tym "elektrycznym krześle" stwierdzam, że nic nie widzę. Studio zalała nieprzebyta czerń. W tym dziwnym kolorycie - ja? czy karabin maszynowy? - wyrzucam następne 10 odpowiedzi, bardzo się dziwiąc, że w nocy też ludzie biją brawo. Żadne z nas nie może przejść do egzaminu komisji jurorów, bo nie ma pokonanego w pierwszym etapie. Połknięty przeze mnie bakcyl gry wykazuje monstrualną bezczelność. Proponuję teraz mojemu partnerowi wspólną naukę ze wzajemnym przekazaniem źródeł, którymi każde z nas dysponuje. To już było wyzwanie losu. Rzecz jednak nie dochodzi do skutku bo potwór, który brylował na korytarzu w czasie eliminacji, a potem okazał się sympatycznym i równym panem Markiem - nie mieszka niestety w Warszawie.

      Jest czerwiec, pani Ryster udziela wywiadu „Kobiecie i Życiu”, w którym mówi, że oboje jesteśmy wspaniali. Telewidzowie domagają się w listach, by już nie kazano nam trzeci raz zaczynać od początku. Sprawa opiera się o kierownictwo redakcji Wielkiej Gry. Wreszcie telewizja zgadza się wyznaczyć nie jedną, a dwie równoległe nagrody i dopuścić nas oboje do dalszego etapu w głębokim przekonaniu, że będzie ją to podwójnie kosztowało, bo na pewno będzie dwoje zwycięzców. Postanawiają więc ustawić w studio dwa tronowe fotele obok siebie. Dowiaduję się, że teraz czeka mnie już tylko jedno jedyne, za to pokazowe, nagranie. Odbędzie się jednak dopiero po wakacjach, a więc to drugi urlop spędzony na morderczej pracy. Co mogę zrobić? Tylko to, co kawalerzysta przy stoku - serce za przeszkodę rzucić.

      Jest wrzesień. Trzy dni przed ostateczną rundą powala mnie grypa. W gorączce, z katarem rozmiękczającym szare komórki, marzę tylko o jednym: móc wstać z łóżka i dowlec się na tego Woronicza, żeby nie nawalić ludziom. A przegram czy wygram - niech wszystko szlag trafi. I oto znowu zasiadam na czarnym fotelu. Pada pierwsze pytanie komisji jurorów. Zadaje je prof. dr Andrzej Weseliński i jest bardzo trudne. Zaczynam się plątać w odpowiedzi i wtedy z wielkiej oddali dobiega mnie głos Stanisławy Ryster.
      - Pani Barbaro, to nie jest gra o życie. To jest zabawa.
      Zabawa... Wygrałam tę zabawę. Ale znam kilka przyjemniejszych.

      Dziesięciu uczestników Wielkiej Gry opisanych przez Tadeusza Zimeckiego w książce pt. „Nie samym chlebem” - reprezentowało 10 różnych motywacji psychologicznych, którym zawdzięczali pogrążenie się w pasji nie mającej nic wspólnego z codziennym życiem i pracą zawodową. A tych uczestników przecież są setki i banda sympatycznych wariatów, do których i ja się szczęśliwie zaliczyłam, miałaby jeszcze inne motywacje. Może bywają nią pieniądze, ale jako wyjątek potwierdzający regułę, że nie o to tu chodzi. A o co mnie chodziło?

      Myślę, że każdy człowiek nosi w sobie twarde ziarno samotności, którego skruszyć nie są w stanie ni miłość, ni przyjaźń, ni macierzyństwo. W ostatnich chwilach życia - ta mała pestka, rozrastała się nagle do rozmiarów giganta. Jednak jeszcze zanim to nastąpi, potrafi też dać się dobrze we znaki. Moja wykazuje wyjątkową aktywność. Odkąd poznałam Hemingwaya, pestka prawie już mi nie dokucza. Więc po prostu nie mogłam go zawieść. Za zwycięstwo nad sobą zapłaciłam dość słono. Ale przecież „Papa” mawiał iż rachunek jest tym, na co zawsze możesz liczyć.
I to by było na tyle. A teraz, do... usłyszenia! W dubbingu. I w ogóle.

Powyższy tekst autorstwa Barbary Cudnikowej ukazał się w 6 tomiku Ekspresu Reporterów z 1982 roku.

 

Dubbingowe premiery
W kinach:

Najbliższe premiery:

  • Moje wakacje z Rudym (11 sierpnia; kino)
  • Następcy 2 (9 września; Disney Channel)
  • Mali bohaterowie (20 października; kino)
  • Thor: Ragnarok (25 października; kino)
  • Liga Sprawiedliwości (17 listopada; kino)
  • Mikołaj w każdym z nas (24 listopada; kino)
  • Gwiezdne wojny: ostatni Jedi (14 grudnia; kino)
  • Paddington 2 (29 grudnia; kino)
  • Wielka wyprawa Oskara (2017; kino)
  • Czarna Pantera (14 lutego 2018 roku; kino)
  • Pułapka czasu (9 marca 2018 roku; kino)

Filmy które można obejrzeć online z dubbingiem w usłudze VOD:

Ostatnio na forum
No posts were found
Logowanie