Polski-Dubbing.pl • Zobacz wątek - Cokoły dla głosów

Strona główna forum Opinie Artykuły

Informacje prasowe związane z dubbingiem

Cokoły dla głosów

Postprzez A.K. » 22 gru 2012, o 15:21

Cokoły dla głosów

Tomasz Raczek
Wprost, 30.06.1997, Ekran osobisty str. 70

To nieprawda, że nie lubimy dubbingu! Nie lubimy złego dubbingu, a większość wykonywanych przez prywatne półprofesjonalne spółki opracowań jest robiona zawstydzająco źle.

Już dawno zdeklarowałem się jako zaprzysięgły przeciwnik czytania dialogów filmowych w telewizji przez lektorów. Dominujący nad wszystkim, pozbawiony wyrazu głos „czytacza” powoduje zdumiewające i barbarzyńskie zjawisko uśrednienia emocji, problemów, kreacji aktorskich, a nawet wartości artystycznej przedstawianych filmów. Lektorzy jednym tchem i z taką samą intonacją czytają opery mydlane i filmy Bergmana! Są więc instrumentem telewizyjnej arogancji i poniżenia sztuki filmowej. W ich wykonaniu arcydzieło Felliniego czy Viscontiego na małym ekranie przypomina obraz Leonarda da Vinci zreprodukowany na okładce tandetnego tygodnika dla gospodyń domowych.

Apeluję do prawdziwych artystów dubbingu: zjednoczcie się i wspólnie stwórzcie na nowo godność swego zawodu!

Prawdą jest, że nawet w tym wątpliwym fachu zdarzają się mistrzowie i sam z przyjemnością słucham głosu czytającego Jana Suzina czy Andrzeja Matula (którego nazwisko stanowi zarazem znak jakości dla filmu, bo Matul szanuje się i wybiera do czytania tylko dobre filmy!). Ale - z drugiej strony - w środowisku ludzi telewizji powszechnie znany jest obyczaj jednego z najpopularniejszych lektorów (nazwiska nie wymienię, żeby nie wyglądało, że się na niego uwziąłem), który w trakcie czytania filmów zwykł w czasie przerw w dialogach... rozwiązywać krzyżówki. Oto i najkrótsza odpowiedź, dlaczego jego praca robi wrażenie mechanicznej, manierycznej i niestosownej. Po prostu - lektor ma gdzieś nastrój filmu, jego konwencję, stylistykę, dramaturgię. Czyta na widok zapalającej się w studiu lampki, czasem nie rozumiejąc nawet, o czym opowiada film.

Już dawno temu przyznałem się do mojej słabości do dubbingu. Lubię tę formę opracowywania filmów dla telewizji. Z przyjemnością słucham aktorskich interpretacji ról po polsku. Ciągle zresztą pamiętam wybitne kreacje w tej dziedzinie: Aleksandrę Śląską jako Elżbietę II, Stanisława Brejdyganta jako Klaudiusza czy - z innej beczki - Ewę Złotowską jako Pszczółkę Maję. Co tu dużo mówić, te role to prawdziwe osiągnięcia w historii polskiego aktorstwa! Tym bardziej więc smuci mnie aktualna sytuacja polskiego dubbingu, który stoi na krawędzi unicestwienia.

Filmów dubbingowych jest w telewizji coraz mniej. Najambitniejsze stacje, na przykład Canal Plus, próbują co prawda reaktywować u nas ten rodzaj sztuki aktorskiej, ale przeprowadzane przez nie badania wśród telewidzów potwierdzają najgorsze obawy: Polacy przyzwyczaili się już do lektorów i nie chcą dubbingu, twierdzą, że jest irytujący, sztuczny, eliminuje prawdziwe głosy znanych zagranicznych aktorów. Postanowiłem sprawdzić, dlaczego polski dubbing spotyka się z taką pogardą widzów i po kilku seansach ze zdziwieniem stwierdziłem, że już wiem. To nieprawda, że nie lubimy dubbingu! My nie lubimy złego dubbingu, a większość wykonywanych przez prywatne półprofesjonalne spółki opracowań jest robiona zawstydzająco źle. Do głównych ról w polskich wersjach zatrudniani są słabi, drugoplanowi aktorzy, nie potrafiący sprostać potrzebom kreacji oglądanych przez nas na ekranie. Na dodatek trudno też mówić o reżyserii dubbingu. Mamy raczej do czynienia z pospiesznym wykonywaniem chałtury, zaiste denerwującej, a czasem wręcz uniemożliwiającej obejrzenie filmu. Takim przykładem dubbingowego brakoróbstwa, który utkwił mi szczególnie w pamięci, jest opracowanie znakomitego filmu Dominica Seny „Kalifornia” z Bradem Pittem, Juliette Lewis i Davidem Duchovnym w rolach głównych. Oglądanie zdubbingowanej „Kalifornii” to była dla mnie istna tortura, ale czy dlatego, że nie lubię dubbingu? Nie, bo ten dubbing został sfuszerowany. Wielka Zofia Dybowska-Aleksandrowicz, mistrzyni gatunku, pewnie przewróciła się w grobie.

Krótko mówiąc, artyści dubbingu sami są sobie winni, skoro decydują się na chałturę. Nazwijmy raz rzecz po imieniu: owszem, są wśród nich postacie wybitne, takie jak Izabella Falewiczowa czy doskonała dialogistka Grażyna Dyksińska-Rogalska ze Studia Opracowań Filmów albo wspomniana wcześniej aktorka i reżyserka dubbingu, Ewa Złotowska. Ale ci najlepsi, reprezentujący z reguły stare uznane filmy dubbingowe, na konkurencyjnym rynku telewizyjnych zamówień najczęściej przegrywają w konfrontacji z małymi i dużo tańszymi firmami prywatnymi. Oferują one dubbingi szybkie i niekosztowne; niestety, nie dają jednak gwarancji na ich jakość artystyczną. I koło się zamyka: powstaje coraz więcej złych dubbingów, telewidzowie ich nie chcą, telewizje wycofują się w ogóle z tej formy opracowania filmów.

Co więc robić? Moim zdaniem, należy przywrócić godność temu zawodowi i zacząć wyraźnie, głośno, autorytatywnie nazywać zarówno największe osiągnięcia dubbingu, jak i najgorsze chałtury, sabotujące przyszłość gatunku. Powinno powstać Stowarzyszenie Polskich Artystów Dubbingu, które skodyfikowałoby warunki profesjonalnego wykonywania aktorskich opracowań zagranicznych filmów dla telewizji. Od takiego stowarzyszenia oczekiwałbym aktywności i dbania, aby publiczny wizerunek tego, czym jest dobry dubbing, był wyrazisty i powszechnie znany. No i najważniejsze - żeby spopularyzować mistrzów tego gatunku, trzeba stworzyć nagrody, swoiste Oscary Dubbingu, których otrzymanie dawałoby nie tylko prestiż, ale także gwarancję pakietu nowych zamówień. Innymi słowy, chodzi o to, żeby zamówienia dostawali najlepsi, a nie najtańsi.

Zanim więc pochowamy polski dubbing w tekturowej trumnie, apeluję do jego prawdziwych artystów: zjednoczcie się i wspólnie stwórzcie na nowo godność swego zawodu! Pamiętajcie też, że waszymi największymi wrogami nie są ani telewidzowie, którzy myślą, iż nie lubią dubbingu (bo mają do czynienia głównie ze złym), ani szefowie polskich kanałów telewizyjnych wycofujący się z zamówień, lecz wasi koledzy chałturnicy, którzy niczym rdza toczą pomniki niegdysiejszych dubbingowych sukcesów.

Tomasz Raczek
A.K.
Pierwszy mikrofon
 
Posty: 383
Dołączył(a): 30 lip 2012, o 22:25

Powrót do Artykuły

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


cron