Polski-Dubbing.pl • Zobacz wątek - OKREŚLENIE "POLSKA SZKOŁA DUBBINGU" NIE WZIĘŁO SIĘ ZNIKĄD

Strona główna forum Opinie Artykuły

Informacje prasowe związane z dubbingiem

OKREŚLENIE "POLSKA SZKOŁA DUBBINGU" NIE WZIĘŁO SIĘ ZNIKĄD

Postprzez Zbigniew Dolny » 19 gru 2012, o 11:21

Kwartalnik artystyczny "Bliza" wydawany w Gdyni, nr.4(13) 2012 za temat przewodni ma "kulturową amnezję". Możemy tu znaleźć obszerny wywiad przeprowadzony przez dr. Krzysztofa Kornackiego ze mną, Zbigniewem Dolnym na temat dubbingu.
Poniżej zamieszczam pełną wersję wywiadu. W kwartalniku, ze względu na szczupłość miejsca zamieszczona została skrócona wersja wywiadu, a i tak zajmuje on 11 str.
Obrazek

OKREŚLENIE "POLSKA SZKOŁA DUBBINGU" NIE WZIĘŁO SIĘ ZNIKĄD
O polskim dubbingu filmowym ze Zbigniewem Dolnym rozmawia Krzysztof Kornacki

Krzysztof Kornacki: Jest pan admiratorem i badaczem dubbingu filmowego. Interesuje pana zwłaszcza historia polskiego dubbingu. Dlaczego zajął się pan tym tematem?

Zbigniew Dolny: Jestem kinomanem, który od mniej więcej 1965 roku chodził nawet 3 razy dziennie do kina i jak nastały czasy internetu, ze zdumieniem stwierdził, że olbrzymi kawał roboty filmowców (w tym dubbingowców) odszedł w zapomnienie. Ludzie w ogóle tego nie pamiętają, nie kojarzą, nie wiedzą: kto, co, gdzie, kiedy? To sprawiło, że na kilku forach internetowych odpowiedziałem na jakieś pytania dotyczące dubbingu. Po prostu pamiętałem te filmy, znałem je dobrze. Wciągnąłem się, zainteresowało mnie kto zrobił taki a taki dubbing, kto podkładał głos, kto reżyserował. Odpowiadając na pytania na forach, nagle zobaczyłem, że to się powoli robi historia polskiego dubbingu! Postanowiłem to usystematyzować, jakoś dojść z tym do ładu, do porządku. Postanowiłem podzielić tę historię dubbingu na lata. Gdy odnalazłem wszystkie filmy, które były dubbingowane w danym roku, podzieliłem ich opis na podrozdziały dotyczące twórców. Ten etap pracy przerodził się znowu w coś większego. Zacząłem docierać do twórców, którzy jeszcze żyją, którzy mogliby mi opowiedzieć o swojej pracy w dubbingu, tak sznureczkiem, od jednego, do drugiego: ten dawał numer do reżysera dubbingu, ten do reżyserki, ten do dialogisty itd. Powstała w efekcie seria wywiadów z twórcami dubbingu.

Krzysztof Kornacki: Spytam prowokacyjnie: czy warto się tym zajmować? Czy warto zajmować się historią dubbingu?

Zbigniew Dolny: Warto. Istniało kiedyś nawet takie określenie „polska szkoła dubbingu” i nie powstało ono z niczego. Byliśmy z niego bardzo dumni, bo ten dubbing był najlepszy na świecie. Ale „ochy, achy” się skończyły, przyszła rzeczywistość nowa, kapitalistyczna, oczywiście pieniądze, a właściwie ich brak, wykończyły dubbing, wszystko to padło i odeszło w zapomnienie. Dla mnie to jest jednak pasjonująca historia, móc dotrzeć do tych ludzi, których pracę podziwiałem. Jednym z filmów, na którym ja się wychowałem był "Winnetou". I oto mogłem porozmawiać z twórcą dubbingu do tego filmu panem Mariuszem Kuczyńskim, jednym z najwybitniejszych dźwiękowców filmowych w Polsce. To było dla mnie duże przeżycie.

Krzysztof Kornacki: Spytałem czy dubbingiem warto się zajmować, więc niech za tym pójdzie następne pytanie: czy Pana zdaniem dubbing to działalność artystyczna?

Zbigniew Dolny: Jest to na pewno działalność artystyczna. Oczywiście, potoczne wyobrażenie jest inne, że to jest działalność odtwórcza. Co oni tam robią, ci dubbingowcy? Właściwie odtwarzają to, co już jest obecne w pierwowzorze. Ale dlaczego w związku z tym mówiliśmy o polskiej szkole dubbingu? Jeśli się przyjrzymy dubbingom wykonywanym na świecie, rzadko w którym państwie było stanowisko „reżysera dubbingu”. U nas (do 1996 roku, bo potem to się zmieniło), byli to ludzie którzy kończyli łódzką szkołę filmową na wydziale reżyserii. To byli reżyserzy filmowi, którzy z różnych względów trafiali do dubbingu. Niektórzy byli, jak mówiła Henryka Biedrzycka, zesłani „za karę” do dubbingu, z powodów politycznych. Z nią akurat była taka historia: robiła swój film dyplomowy, marynistyczny, akcja przeważnie działa się na statku pływającym po Zatoce Gdańskiej. Miała już scenariusz, obsadę i chodziło o to, żeby zdobyć zezwolenie wejścia na statek i kręcenie zdjęć. Udała się z prośbą do Ministerstwa Żeglugi. I owszem, pozwolenie wydali, ale tylko dla jednej osoby: dla operatora dźwięku. Biedrzycka wpadła w furię, skończyło się to straszną awanturą, a w efekcie zakazem pracy w kinematografii. I zesłaniem do dubbingu.
Dlaczego mówię „reżyserzy”. Reżyser to ktoś, kto wkładał w dubbing całą swoją inwencję, twórczo nadzorował cały etap powstawania dźwiękowego podkładu. Praca nad opracowywaniem wersji polskiej zaczynała się obejrzenia filmu przeznaczonego do dubbingu przez całą ekipę realizatorów: reżysera, montażysty, dialogistów, operatora dźwięku. Dyskutowali, w jaki sposób aktor, ten na ekranie, poprowadził tę postać, jak ją stworzył, a potem - jak ją można odtworzyć głosowo. Te dyskusje przebiegały gronie zarówno aktorów, jak i realizatorów filmowych. To było takie koło dyskusyjne. To nie było już odtwórcze tylko twórcze. Rozumieli tę postać i tworzyli ją dźwiękiem, jak gdyby na nowo tworzyli ją w rzeczywistości dźwiękowej. Nierzadko było też tak, że film zdubbingowany na język polski okazywał się o wiele lepszy niż oryginał.

Krzysztof Kornacki: To była zresztą chyba dość częsta praktyka, ponieważ trafiały do nas filmy z krajów demokracji ludowej, które miały się jakoś sprzedać, zaistnieć na rynku, rynku, który był niechętny produkcjom z KDL-ów. I ci aktorzy potrafili nędzny film swoim kunsztem głosowym wznieść na trochę wyższy poziom.

Zbigniew Dolny: Tak też często bywało. Musimy w tym kontekście zadać sobie pytanie, po co w ogóle ten dubbing się pojawił w naszej kinematografii. Powojenna historia polskiego dubbingu zaczęła się w roku 1949, 1 maja otwarto studio dubbingowe w Łodzi. Po wojnie mieliśmy w Polsce olbrzymi odsetek analfabetów. Władze chciały upowszechnić „nowe, ideowe wartości socjalistyczne”. I od tego się zaczęło. Prawie wszystkie filmy wtedy dubbingowane były to prymitywne, propagandowe agitki których już dziś nikt nie pamięta. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: po roku 1956 zaczęły przychodzić filmy z Zachodu, a wtedy dubbingowcy mieli już opanowany warsztat.

Krzysztof Kornacki: Mówimy o czasach powojennych, ale polski dubbing istniał przed wojną?

Zbigniew Dolny: Przed wojną zdubbingowano u nas 12 filmów. Pierwsze 4 już w 1931. To był właściwie rok pojawienia się dźwięku w polskim kinie. Byliśmy zapóźnieni w stosunku do świata o 4 lata. Kraj był niesłychanie ubogi, wyniszczony przez wojnę ,dotknięty kryzysem lat 20-tych. Barierą była cena aparatów projekcyjnych jego instalacja i później konserwacja. W każdym razie pierwsze 4 filmy to były próby zmierzenia się z czymś zupełnie nowym – z dubbingiem, i nie wypadło to najlepiej...

Krzysztof Kornacki: A czy jest jakiś film, który warto zapamiętać z tamtego czasu?

Zbigniew Dolny: Pierwszym dubbingiem, który krytyka oceniła jako „dubbing artystyczny” była polska wersja angielskiego filmu "I Was a Spy", tytuł polski „Siostra Marta jest szpiegiem”, z 1935 roku.
Tam debiutowała w dubbingu Lidia Wysocka i zebrała fantastyczne recenzje. To był pierwszy dubbing, w którym aktorzy stworzyli kreacje a nie klepali beznamiętnie dialogi, jak zdarzało się wcześniej. Niestety, dubbing okazał się być niesłychanie kosztowny. Nie było w Polsce studiów dubbingowych, w związku z czym, cała ekipa: aktorzy, realizatorzy, dźwiękowcy, reżyser, musieli jeździć do Berlina, by tam opracowywać polską wersję językową. To strasznie podrażało koszty. W roku 1934 na terenie całego kraju mieliśmy 700 kinoteatrów z 250 tysiącami miejsc. W tym samym czasie Czechosłowacja licząca zaledwie 1/3 ludności Polski, miała 600 tys. miejsc kinowych. Prezentowanie droższych filmów z powodu dubbingu nie było więc w Polsce dochodową imprezą. Dlatego następny film zdubbingowano dopiero w 1938, była to disney'owska "Królewna Śnieżka", zrobiona przez Ryszarda Ordyńskiego, reżysera m.in. "Pana Tadeusza", superprodukcji z 1928 roku, która właśnie, po jej odnalezieniu i długiej konserwacji będzie po tylu latach znowu pokazana polskiej widowni.

Krzysztof Kornacki: Czytałem, że z "Królewną Śnieżką" dobrze wypadło.

Zbigniew Dolny: Dubbing jest fantastyczny. Powiem więcej: ten dubbing przedwojenny jest o niebo lepszy od tego wykonanego na potrzeby DVD, wydanego bodaj 2 lata temu. Ciekawostką jest jeszcze to, że ten nasz pierwszy dubbing artystyczny w filmie "Siostra Marta jest szpiegiem" zachował się w Filmotece Polskiej (choć nie cały, z półtorej godziny filmu - niecała godzina), więc może też uda mi się go w końcu zobaczyć.

Krzysztof Kornacki: Doprecyzujmy: dubbingu przed wojną nie było w Polsce z powodów finansowych i dlatego zwyciężyły napisy, jako forma przekładu?

Zbigniew Dolny: Zaważyły względy finansowe. A dodatkowo tak mała ilość zdubbingowanych przed wojną filmów (12 obrazów) sprawiła, że wykonawcy dubbingu nie mieli szansy opanować warsztatu dubbingowego ABC. Trzeba było poczekać do lat powojennych, kiedy Studio nie musiało się już tak liczyć z kosztami. Ważne było by upowszechniać nowe socjalistyczne treści. Paradoksalnie więc, dzięki temu po kilku latach doszli do mistrzostwa. Jak wspominałem, „polska szkoła dubbingu” była postrzegana jako jedna z najlepszych na świecie.

Krzysztof Kornacki: Mówiliśmy o tym, że polski dubbing powojenny to rok 1949. Pytanie zbiorcze: gdzie dubbingowano, jak dużo, jak to w danym okresie się kształtowało? Jakie były kryteria wyboru filmów do zdubbingowania?

Zbigniew Dolny: W Polsce do roku 1997, kiedy zamknięto Studio Opracowań Filmów w Warszawie, działały dwa studia dubbingowe, jedno w Łodzi, to powstałe w 1949, i to w Warszawie, działające od roku 1956. Robiły one całą produkcję dla kin i telewizji. Wszystkie filmy opracowywane dla kin, czy to w napisach, czy to w dubbingu, były robione w tych małych studiach, w których pracowało może 6-7 reżyserów plus 8 dialogistów i tzw. pracownicy techniczni. W latach 60-tych, wystartowała telewizja, która z biegiem czasu zaczęła nadawać coraz więcej zagranicznych filmów. I wtedy pracownicy – jak sami wspominają - wymyślili na własną zgubę lektora, czyli tzw. szeptankę. Studia były małe i nie były w stanie przerobić coraz większej ilości zamówień , praca nad dubbingiem trwała tygodnie więc by podołać zamówieniom wymyślono lektora. Przypomnijmy sobie serial "Ja, Klaudiusz", który wszedł na ekrany telewizorów w 1977 roku. Trzynaście 50 minutowych odcinków, praca nad nim trwała prawie rok, napisanie dialogów i zgranie z aktorami - pół roku. (Na marginesie: w dzisiejszych warunkach kapitalistycznych, które studio opłacałoby aktorów przez pół roku?. Nie bylibyśmy w stanie wytrzymać tego finansowo, natomiast tyle właśnie to trwało). Nieszczęściem było to, że pierwszym lektorem czytającym filmy w telewizji był Jan Suzin. Nieszczęściem dlatego, że był tak dobry, że Polacy pokochali jego głos. I łatwiej im było zaakceptować lektora, czyli to, co jest ewenementem na skalę światową.

Krzysztof Kornacki: Ile filmów dubbingowano rocznie?

Zbigniew Dolny: Do roku 56, kiedy powstało studio w Warszawie, studio łódzkie dubbingowało rocznie od 4 do 7 filmów. Kiedy ruszyło studio w Warszawie do lat 60, opracowywano mniej więcej 21-24 filmy na potrzeby kin w Polsce.

Krzysztof Kornacki: Jaki to był procent filmów importowanych?

Zbigniew Dolny: W latach 50-tych i 60-tych, była to około jedna czwarta filmów importowanych. Do 1956 roku były to same komunistyczne gnioty, łącznie z filmami z Chińskiej Republiki Ludowej (swoją drogą, ciekawe jak się udało je zdubbingować?). Dopiero po roku 56-57 przebijały się filmy zachodnie. Na początku dubbingowano tylko filmy dla dorosłych. Pierwszym filmem dla dzieci byli „Młodzi marynarze” w roku 1950 i zarządcy polskiego kina ze zdumieniem odkryli, że dubbing to jest świetny wynalazek w przypadku filmów dla dzieci. Podniosły się w prasie głosy, że takie właśnie filmy powinno się dubbingować. Potem dubbingowano już większą część filmów dziecięcych wyświetlanych na naszych ekranach.

Krzysztof Kornacki: To zrozumiałe, dzieciom trzeba było obcy język tłumaczyć i uprzystępnić inaczej niż w postaci napisów. Jeśli zaś chodzi o filmy dla dorosłych, to jakimi kryteriami się kierowano?

Zbigniew Dolny: Przede wszystkim warstwą dialogową filmu. Dubbingowano wszystkie filmy przegadane, dramaty sądowe, obyczajowe z dużą ilością dialogów...

Krzysztof Kornacki: ..."12 gniewnych ludzi"?

Zbigniew Dolny: ...Na przykład. Ten film, po raz pierwszy zdubbingowano w 1959 roku, reżyserem dubbingu był Seweryn Nowicki, jeden z najwybitniejszych w swym fachu. Dialogi pisał Włodzimierz Kozłowski i Jan Moes (bardzo ciekawa postać, legenda polskich dialogistów). Jako ciekawostkę mogę podać, że wuj Jana Moesa był tym, którego opisał Tomasz Mann w powieści "Śmierć w Wenecji", jako Tadzia. Moes pochodził z rodziny arystokratycznej, pracował od 1955 roku w Studiu Opracowań Filmów w Warszawie, gdzie zaprotegował go nie kto inny, jak brat naszego noblisty Miłosza.

.Obrazek

Krzysztof Kornacki: Czy Moes nie traktował tego trochę jak zesłania?

Zbigniew Dolny: Nie. Generalnie można powiedzieć, że oni wszyscy kochali tę pracę. Elżbieta Łopatniukowa – guru polskiego dubbingu – dialogistka a później redaktor naczelny, siedziała od godziny 8 rano do 2 w nocy w studio, ślęczała nad każdym filmem, który wychodził, obojętnie, czy to w napisach, czy to w dubbingu czy jakiejkolwiek innej formie (SOF robiło też filmy „na zagranicę”, np. jeśli film szedł na festiwal filmowy np. do Japonii, to oni opracowywali japońską wersję napisów). To byli pasjonaci.

Krzysztof Kornacki: Rozmawiał pan z tymi ludźmi. Powiedział pan, że kochali swoja pracę. Dlaczego?

Zbigniew Dolny: Przede wszystkim, praca ta była niesłychanie ciekawa. Tam nie było chwili nudy, każdy film był inny. Elżbieta Łopatniukowa jednego dnia pisała z Krystyną Albrecht dialogi do "Winnetou", następnego do "Wyroku w Norymberdze". Poza tym dialogiści wspominają, że mieli możliwość rozmowy z wieloma osobami będącymi tzw. konsultantami, często bardzo intrygującymi osobowościami i mądrymi ludźmi. Jak wyglądała praca dialogisty? Oni właściwie nie tłumaczyli dialogów, oni tworzyli nową jakość - wersję polską, nowy twór. Do studia przychodził już film z tzw. surowym tłumaczeniem. Dialogistów było 8-9, a filmy pochodziły z całego świata, więc siłą rzeczy nie mogli znać tylu języków. I na podstawie tego tłumaczenia opracowywali polską wersję językową. Na początku do lat, powiedzmy, 1962-1965 tłumaczono filmy w sposób kolektywny. Filmy dzielono na 10-cio minutowe odcinki, które zapętlano w kółko i puszczano na okrągło. Na sali kinowej siedzieli: reżyser, dźwiękowiec, montażysta, dwójka aktorów, którzy naczytywali teksty i dwójka dialogistów. Ci ostatni na żywo wymyślali słowa, które pasowałyby do przedziału czasowego, w którym aktorzy ekranowi wypowiadali kwiestie, a aktorzy w studio naczytywali na gorąco te teksty. Próbowano więc ustalać dialog do filmu na żywo, poprawiano go tak długo, aż reżyser powiedział: „może być”. Niezwykle twórcza praca, trzeba było wymyślać wszystko, ekwiwalenty słowne, interpretacje. Pamiętajmy, że każdy z filmów był inny: jeden był dramatem, inny współczesną historią, kolejny opowieścią historyczną. Innym językiem posługiwał się dyrektor fabryki, innym robotnik, czy Rzymianie z epoki Klaudiusza (nikt zresztą nie wie, jak oni mówili).

Krzysztof Kornacki: W latach 60-tych był boom na dubbing, a potem jak to się rozwinęło?

Zbigniew Dolny: W latach 1960-1961 dubbingowcy uzyskali większą moc przerobową. W 1960 zdubbingowano 31 filmów, a w 1961 już 45. W następnych latach ok. 45, w 1964 - 56, 53 w 1965, więc rocznie ok. 50 - 60 dubbingów. Jeżeli na ekrany kinowe wchodziło ok. 180 filmów, to daje nam prawie jedną trzecią filmów dubbingowanych.

Krzysztof Kornacki: Jak to było później?

Zbigniew Dolny: Później dołączyła telewizja. W roku 1965 jednym z pierwszych filmów dubbingowanych był serial, który osiągnął ogromną popularność: "Mr. Ed - Koń, który mówi". Potem pojawiały się inne seriale takie jak np. "Samanta czarownica" itd. Dubbing w tych telewizyjnych serialach był nieco mniej dokładny, mniej pracochłonny - np. ruchy warg nie musiały się tutaj tak precyzyjnie zgadzać jak w filmach kinowych które oglądano przecież na wielkim ekranie i widać było każdy szczegół. W roku 1970 na ekranach telewizorów zagościł serial "Saga rodu Forsythów", który cieszył się ogromną popularnością. Dwa lata później "Elżbieta, królowa Anglii" zdobyła popularność niewątpliwie przez fakt, iż był dubbingowany przez sławnych aktorów w sposób mistrzowski. Porównując Sagę... ówczesną i dzisiejszą wersję DVD zauważyłem zabawną rzecz: jedna z bohaterek, Irena, grana przez angielską aktorkę Nyree Dawn Porter oglądana teraz na DVD w oryginalnej wersji językowej z napisami, to postać zupełnie odmienna niż ta, którą stworzyła Anna Seniuk, która podkładała pod nią głos. Okazało się, że w polskiej wersji dubbingowej Seniuk dodała tyle ciepła, kobiecości i ludzkiego uczucia, że zupełnie inaczej odbiera się ją, niż tę zimną, wyrachowaną i wyniosłą Irenę z wersji angielskiej.

Krzysztof Kornacki: Można chyba powiedzieć, że dubbing jest formą przekładu, jak przekład poetycki?

Zbigniew Dolny: Nawet moi rozmówcy, dialogiści przypominają, że to to samo co przekład książki.

.ObrazekObrazek
Ludwik Benoit w "Piotrusiu Panie" Disneya dubbingował kapitana Haka. Czyż nie są podobni?

Krzysztof Kornacki: Lata 70-te to jest już powolny upadek dubbingu?

Zbigniew Dolny: Jeszcze nie. Do roku 1960 mamy rozwój dubbingu, szkolenie kadr, dochodzenie do maestrii formy itd. Natomiast po roku 60-tym studia dubbingowe pracowały dla kin, a latach 70-tych, po wielkim sukcesie "Sagi rodu Forsythów" telewizja zaczęła zamawiać dubbing do swoich produkcji, czyli do prawie wszystkich seriali. Produkcja dubbingów trwała do roku 81, kiedy to pod wpływem stanu wojennego i kryzysu ekonomicznego, dramatycznie spadła ilość filmów wprowadzanych do kin i telewizji, wszystko się zawaliło. W latach 80-tych twórcy ratowali się trochę dubbingiem telewizyjnym, jednak do kin wchodziło już tylko 5 filmów zachodnich na rok i nie było nad czym pracować.

Krzysztof Kornacki: Jest pan zwolennikiem dubbingu, ale proszę powiedzieć, dlaczego lektor, ta „szeptanka” jest taka zła?

Zbigniew Dolny: Nie powiedziałem, że jest zła. Ona jest po prostu najgorszym z możliwych rozwiązań, a to dlatego, że poziom oryginalnego dźwięku filmu obniżony jest o połowę, zawsze słychać tylko jednego mężczyznę czytającego wszystkie kwestie. Polacy mówią „nam to nie przeszkadza, słyszymy nie tylko to, co mówi speaker, ale też to, co mówią w oryginale, dobiegają nas też szumy i odgłosy i szmer strumyka, i bum bum, itd.” Nie jest to prawdą, nie da się zaprzeczyć, że znaczna część oryginalnej ścieżki dźwiękowej nam umyka. Gdybyśmy tak rozumowali, to właściwie cała praca oryginalnego operatora dźwięku mogłaby pójść do kosza. Dubbing to przecież też interpretacja aktorska, aktorzy odtwarzają głosowo tę postać, nie mówię, że naśladują grę aktora, który gra w oryginale, ale tworzą kreację głosową danej postaci i to już jest, jak mi się wydaje, dużą wartością.
A lektor czytający z kartki, klepie te swoje zdrowaśki, a my udajemy, że to jest świetne i jeszcze próbują nam wmówić w bezczelny sposób, że Polacy to kochają.

Krzysztof Kornacki: No właśnie, Polska jest chyba jednym z nielicznych krajów, który przyzwyczaił się do szeptanki

Zbigniew Dolny: Polska jest jednym z tych nielicznych krajów. Ale my w ogóle jesteśmy narodem mało wymagającym kulturalnie. Zawsze podziwiałem Rosjan i Francuzów za to, jak kochają swoich artystów. Oglądałem swego czasu film dokumentalny o rosyjskiej aktorce polskiego pochodzenia Janinie Żejmo, która wychowała się w Rosji radzieckiej, a w 1957 roku wyemigrowała do Polski. Ona grała mnóstwo ról, m. in. w kochanym przez nich filmie "Kopciuszek". To była ich kultowa aktorka, oni ją przyrównywali do rosyjskiego Chaplina w spódnicy – bo była niewielkiego wzrostu, o podobnej mimice, grała też podobne postacie, słowem - była tam uwielbiana. I proszę sobie wyobrazić, że współcześnie, w roku 2000 oprowadzają wycieczki po Mosfilmie - widzę to na tym filmie dokumentalnym - prowadzą turystów do studia dubbingowego i przewodnik mówi: „tu na tym podeście, my go nazywamy <<żejmyczko>>” - ona była bardzo małego wzrostu i musieli jej zrobić wyższy podest - „otóż na tym podeście stała Janina Żejmo i tu, w tym miejscu dubbingowała Masinę w filmie 'La Strada" ”. I wszyscy wiedzą o kogo chodzi, uwielbiają tę aktorkę, która w roku 1957 wyemigrowała do Polski i nie było jej już tam od ponad 40 lat! Ale tam po prostu uwielbiają swoich aktorów. My nie potrafimy tak. Nie potrafimy docenić i zachować w pamięci dokonań naszych artystów.
Było tyle wspaniałych filmów dubbingowanych, a właściwie się o nich nie pamięta.

.ObrazekObrazekObrazek
Aniela Świderska (środkowe zdjęcie) użyczała swego głosu i Bette Davis we "Wszystko o Ewie" (zdjęcie po lewej) i Katherine Hepburn w filmie "Żebro Adama".

Krzysztof Kornacki: Dlaczego tak się dzieje?

Zbigniew Dolny: Nie wiem, nie potrafię tego powiedzieć. Może dlatego, że dobry dubbing to taki, który jest niedostrzegalny. Przychodzimy do kina, oni mówią po polsku, nie słyszymy, że te słowa są w innym języku. Jako dziecko, kiedy byłem na filmie "Winnetou" to myślałem, że oni mówią po polsku. Głosy były świetnie podłożone, fantastycznie pasowały do aktorów, każdy był inny, miał osobną barwę, jak był gruby to mówił basem itd. Prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z istnienia dubbingu. Natomiast, kiedy dubbing był źle zrobiony, kiedy coś nie grało, wszyscy mówili „nie cierpię dubbingu”.

Krzysztof Kornacki: Czy tylko dlatego? Wspomniał pan o tym, że w Rosji hołubi się także tych, którzy podkładali głosy.

Zbigniew Dolny: Rosyjskie dubbingi są na prawdę wspaniałe, można je obejrzeć w internecie, ja oglądam je bardzo często. Ostatnio oglądałem z rosyjskim dubbingiem francuski film „Babette idzie na wojnę” – zabawne przeżycie i wspaniały dubbing.

Krzysztof Kornacki: To pewnie też jest powód: oni cały czas dubbingu używają, my natomiast już mamy go mniej. Ale może jest inny powód? Tak jak o dubbingu nie pamiętamy o szeregu innych profesji filmowych. Kto pamięta o scenografach, kostiumologach, a nawet fotosistach? Czy ktoś pisze o nich książki, kręci programy? Mam wrażenie, że polska kinematografia jest „reżyserskocentryczna”. Pamiętamy reżyserów i ewentualnie aktorów, bo mamy przekonanie, że są oni niejako „kapłanami sztuki”.

Zbigniew Dolny: Rozmawiając z pracownikami studio dubbingowych słyszy się, że kult reżysera dubbingu, zdziałał więcej złego niż dobrego. W rzeczywistości reżyser jest tylko jednym z trybików, bo aby powstał wyśmienity dubbing potrzeba, po pierwsze, doskonałego tekstu, który będzie się zgadzał z ruchem warg, tak, aby wydawało się, że aktor mówi po polsku - jest to już o połowę mniej pracy dla reżysera i aktora. A u nas nawet „Filmowy Serwis Prasowy”, kiedy zamieszczał notki o filmach zagranicznych wymieniał aktorów którzy udzielili swego głosu w dubbingu, oraz - właśnie - reżysera dubbingu, pomijając np. dialogistów. Tymczasem reżyserzy nie ingerowali w tekst (z wyjątkiem Izy Falewicz, która robiła m.in. Ja, Klaudiusz” czy Jerzego Twardowskiego). Oni pracowali głównie nad tym, by wydobyć ekspresję z aktora, żeby miało to ciągłość fabularną itd. Zawsze zastanawiało mnie to, dlaczego Zofia Dybowska-Aleksandrowicz została nazwana „matką polskiego dubbingu”. Nie mogłem tego pojąć, reżyserów dubbingu było wielu, którzy robili równie świetne rzeczy - od Seweryna Nowickiego przez Jerzego Twardowskiego, Mirosława Bartoszka, Romualda Drobaczyńskiego, Marię Olejniczak czy Marię Piotrowską.
Romuald Drobaczyński był doskonały, jego dubbing do filmu z Bette Davis to prawdziwa perełka. Ale był on właściwie reżyserem kinowym. Dialogowcy mówili tak: dubbing był całym moim życiem, nie miałem kompleksów, przychodziłem do dubbingu, żyłem nim. A reżyserzy mieli kompleks "reżysera z kinematografii". Oni robili te dubbingi, ale właściwie marzyli o tym, żeby być reżyserem filmu fabularnego. Wspominałem już o tym zesłaniu za karę, o którym mówiła mi Henryka Biedrzycka. Ale to w niczym nie umniejsza ich dokonań w dubbingu.

.ObrazekObrazek
Jedna z najwspanialszych kreacji w historii polskiego dubbingu - Zofia Mrozowska zastępująca głosowo Sian Phillips jako Liwia w serialu BBC "Ja Klaudiusz"

Krzysztof Kornacki: A dlaczego Dybowska-Aleksandrowicz została nazwana „matką”?

Zbigniew Dolny: Dlatego, że ona była najbardziej medialną wśród reżyserów dubbingu. Lubiła porozmawiać z mediami, zadbać o własny wizerunek, o swoje interesy. Co, z mojego punktu widzenia, nie jest złe, dlatego, że teraz, gdy szukam jakichś tekstów, wywiadów z pracownikami dubbingu, okazuje się, że wywiady były robione niemal wyłącznie z Zofią Dybowską i z nikim innym. Ona była jakby twarzą medialną SOF-u. Ale miała oczywiście ogromne szczęście do doskonałych filmów które obsadzała najwybitniejszymi aktorami polskimi. Bywała na każdej premierze teatralnej, znała świetnie wszystkich aktorów a ci ją uwielbiali.

Krzysztof Kornacki: Ten kompleks reżysera o którym mówimy możemy właściwie przenieść również do polskiego kina. Tak jak nie doceniało się za bardzo polskich scenarzystów, a reżyser „spijał” wszystko, tak – przez analogię – reżyser dubbingu mógł mieć swoje „pięć minut”, a dialogista już nie.

Zbigniew Dolny: Maria Etienne ( jedna z najwybitniejszych, polskich dialogistek, napisała dialogi wspólnie z Krystyną Uniechowską do „Ja, Klaudiusz” ) mówiła: „Myśmy się bardzo dziwili, dlaczego polska kinematografia nie chce skorzystać z nas, dialogistów. My piszemy przecież setki, tysiące błyskotliwych dialogów do filmów kinowych, a polska kinematografia ma tak beznadziejne dialogi, tak słabo wypowiadane, ze złą melodyką , źle rozłożonymi akcentami...” I wytłumaczyła to sobie w ten sposób: wynika to z przyczyny, że pieniądze idą za słowem pisanym, w związku z tym, jeśli reżyser napisze dialogi, dostaje z tego tantiemy.

Krzysztof Kornacki: Reżyser, jeśli był współscenarzystą, faktycznie za każdy etap tworzenia dostawał konkretne pieniądze, począwszy od pomysłu. Reżyser bądź scenarzysta, jedno z drugim się wiązało. Jeszcze jedną rzecz chciałem dopytać: jak to było po 1989 roku? Czy dubbing po 1989 roku skończył się w kinie.

Zbigniew Dolny: Nie, dubbing był cały czas, Studio Opracowań Filmowych w Warszawie właściwie cały czas pracowało i nigdy nie miało przestojów. Opracowywano filmy dla dorosłych które wyświetlano w kinach, spektakle Teatru Telewizji na świecie, Disney'e: "Króla Lwa", "Piękną i Bestię". To są perełki polskiego dubbingu, to arcydzieła!

Krzysztof Kornacki: Miałem takie przekonanie, że po 1989 roku dubbingu było niewiele.

Zbigniew Dolny: Był i to naprawdę fantastyczny, tylko o tym się w ogóle nie mówiło.

Krzysztof Kornacki: Po 1989 roku dubbing kojarzył się ze Shrekiem.

Zbigniew Dolny: „Shrek” pozwolił przypomnieć o tym, że dubbing istnieje. To było dobre, że przypomniał, ale narobił też dużo złego. Producenci teraz wymagają, żeby filmy były „robione Shrekiem”. Tak nie można.

Krzysztof Kornacki: Co to znaczy „filmy robione Shrekiem”?

Zbigniew Dolny: Co to jest "Shrek"? Jest to film, w którym w usta postaci włożone są teksty, których nie było w oryginalnej wersji, tylko polskie zamienniki.

Krzysztof Kornacki: To źle? W końcu to zawsze przekład?

Zbigniew Dolny: To jest i dobrze i źle. Można to zrobić kilka razy, ale nie do wszystkich pasuje. Nie można do każdego filmu wchodzącego na ekrany wprowadzać zupełnie zmienione dialogi. Amerykanie nie odwołują się do Czterech pancernych, Klossa czy piosenek Stuhra. Te dialogi są tak samo wkładane w usta postaciom, jak w latach 50-tych wkładano w dubbingowane filmy zachodnie komunistyczne treści.

Krzysztof Kornacki: Czyli przekład tak, ale fałszowanie już nie?

Zbigniew Dolny: Każdy film wymaga odrębnego podejścia i nie można tego robić w nieskończoność jedną sztancą. Nie Wierzbięta był tym, który wymyślił metodę Shreka. Była to metoda wymyślona już wcześniej przez Elżbietę Łopatniukową z Mariuszem Arno-Jaworowskim, który był dialogistą w SOF i pisali teksty do bajek (których zresztą Elżbieta Łopatniukowa nie lubiła). Pisała niektóre teksty, dodając troszeczkę od siebie, np. jeżeli w filmie "Dawno temu w trawie" była gruba liszka, to nazwała ją Helmut, od ogromnie wtedy popularnego niemieckiego polityka Helmuta Kohla, itd. Bartosz Wierzbięta rozwinął tę metodę.

Krzysztof Kornacki: Czy możemy w takim razie powiedzieć, że jest to jedna z różnic współczesnego polskiego dubbingu w stosunku do tego dawnego? Jak się zmienił dziś w stosunku do kiedyś?

Zbigniew Dolny: Teraz po prostu robi się o wiele, wiele mniej dubbingów. Dubbingi są robione inną techniką. Każdy aktor nagrywa swoja kwestię osobno - co nie jest dobre, dlatego że nagrywanie w 3-4 osoby w studio dialogów powodowało to, że aktorzy grali do partnera, a trudniej jest grać do ściany; finanse też na tym tracą, bo aktor jest jeden, a ekipa i studio te same – koszty rosną, więc wygoda jest tylko dla aktora. Ale mówiąc ogólnie, moim zdaniem nastąpił pewien upadek kultury filmowej, aktorskiej, słowa. Mariusz Kuczyński to świetnie zauważył mówiąc, w prawie każdym teatrze w Warszawie aktor jest oblepiony mikroportami, nie potrafi mówić szeptem tak, aby widz w ostatnim rzędzie go usłyszał. Nie wiadomo właściwie z którego miejsca sceny się odzywa. Ogólny upadek aktorstwa opartego na słowie.
Współcześni, polscy reżyserowie nie mają wyczucia dźwięku, Wajda ma świetne oko ale ucho nie zawsze" (Panna Nikt i Wszystko na sprzedaż są pod względem ucha marne - ale Kanał, Brzezina czy Panny z Wilka są wg mnie bez zarzutu). W Polsce jest kilku reżyserów, którzy przykładają się do warstwy dźwiękowej. Na przykład Robert Gliński. Wystarczy wspomnieć dwa jego doskonałe filmy grane w większości przez amatorów – dzieci, ale jak grane! – „Cześć Tereska” i „Świnki”. Drugim reżyserem jest Marek Lechki – wspaniały, niedoceniany u nas reżyser „Mojego miasta” i „Erratum”. Kiedyś był taki slogan: „Prawda czasu, prawda ekranu” i to w tamtych filmach słychać.


Krzysztof Kornacki: Czy to prawda, że aktorów, którzy dubbingowali, dobierano podobieństwem do aktorów grających na ekranie? Czy to tylko mit?

Zbigniew Dolny: Wszyscy reżyserzy dubbingu mówili mi, że nie kierują się wyglądem zewnętrznym aktora, ale prawdą postaci i tym, co aktor prezentuje, podobieństwem psychologicznym. Tymczasem opisując historię polskiego dubbingu ilustruję: ten kadr z tego filmu, dubbingowany przez tego polskiego aktora. I jest duże podobieństwo. Nawet jeżeli weźmiemy takiego Kapitana Haka z „Piotrusia Pana” narysowanego przez Disneya, a obok postawimy Ludwika Benoita, to te same twarze, aż nie chce się wierzyć, że Disney nie znał Ludwika Benoit.

Krzysztof Kornacki: Więc to taka „metafizyka dubbingu”?

Zbigniew Dolny: Nie, po prostu od tego nie uciekniemy. Jeśli facet jest gruby to ma inny głos, jeżeli jest chudy to ma inny głos, jeżeli dziewczyna ma lat 12 to ona ma taki głos i żadna Joanna Jabłczyńska w wieku 24 lat nie podłoży głosu pod taką dziewczynkę. Tylko że reżyserzy teraz idą po najmniejszej linii oporu: „po co się męczyć z amatorem, z dziewczynką 12-letnią, musiałbym <<rzeźbić>> przez dwa dni trzy kwestie, a tak mogę wziąć paniusię dwudziestodwu, -trzy letnią, która mi będzie udawała małą. Ale to tak nie jest...


Krzysztof Kornacki: Jakich reżyserów dubbingu, aktorów i dialogistów powinno się w pierwszej kolejności przypomnieć?

Zbigniew Dolny: Jeśli chodzi o reżyserów, to ojcem dubbingu polskiego był Seweryn Nowicki, on zakładał studio w Łodzi i reżyserował mnóstwo świetnych filmów. Ale odbywało się to jakimś kosztem: pierwszy przychodził do studia, ostatni wychodził. Następnie warto pamiętać o jednym z najinteligentniejszych reżyserów dubbingowych czyli Jerzym Twardowski. Potem Mirosław Bartoszek, wspaniały reżyser ze studia łódzkiego. Fantastyczny Romuald Drobaczyński. Najbardziej medialna Zofia Dybowska-Aleksandrowicz. Henryka Biedrzycka, Maria Piotrowska, która zrobiła w 1966 r mój ukochany dubbing do 101 dalmatyńczyków. Najrzetelniejszą była z kolei Izabela Falewicz, strasznie wymagająca. Każdy tekst wałkowała po kilkanaście razy. Mniej odporny psychicznie dialogista wysiadał przy niej, ale ona dopóki nie miała tekstu opracowanego perfekcyjnie, dopóty nie przystępowała do pracy. Praca przy "Ja, Klaudiusz" o mało co nie zakończyła się strajkiem pracowników studia.

Krzysztof Kornacki: A aktorów, których warto zapamiętać?

Zbigniew Dolny: Były okresy, w których dany aktor był niezwykle ważny i występował niemal w co drugim filmie. Dwie najważniejsze postacie pierwszych lat, chociaż występujące też i w późniejszych produkcjach, to Danuta Szaflarska - często potrafiła ze zwykłej postaci uczynić perełkę dubbingową; drugą mistrzynią i genialną aktorką, nawet lepszą od Szaflarskiej była Zofia Mrozowska. Świetna w filmie "Baxter!" czy np. jako demoniczna Liwia w serialu „Ja, Klaudiusz”. Mój ukochany kobiecy głos należał do żony Bronisława Pawlika, pani Anieli Świderskiej. Kolejna to Barbara Wrzesińska, miała piękny głos i była najbardziej użyteczną aktorką dubbingową wszech czasów, podkładając głos przez prawie 30 lat swojej kariery. Męski odpowiednik Barbary Wrzesińskiej: Andrzej Gawroński. Tytan roboty dubbingowej, nie wychodził praktycznie ze studia.
Kolejny: Bogusław Sochnacki. Występował w prawie co drugim filmie opracowywanym w studio w Łodzi. Był fantastyczny ale w pewnej chwili nawet był zapis na niego – w Warszawie mówili: "...Co wyście powariowali z tym Sochnackim? Dość już ..." i przez kilka lat nie można go było zatrudniać w dubbingu. Teraz jednym z najwybitniejszych aktorów dubbingowych jest Jarosław Boberek, zawsze prawdziwy i doskonały w tym co robi, a z pań fantastyczna Dominika Kluźniak.

Krzysztof Kornacki: A dialogiści?

Zbigniew Dolny: Jan Czarny i Janina Balkiewicz, Krystyna Bilska,byli niejako założycielami, tworzyli podwaliny tego zawodu, ludzie przedwojenni, dystyngowani. Oni robili wszystkie dialogi do roku 1956-57. Kiedy otworzono studio filmowe w Warszawie, zatrudniono w nim Jana Moesa. Znał on świetnie dwa języki - angielski, francuski. On m. in. napisał tekst do jednego z najlepszych dubbingów - "12 gniewnych ludzi", zrobił "Anatomię morderstwa", on na prawdę miał dryg do języka. Drugą zatrudnioną po nim była Elżbieta Łopatuniukowa. Ona skończyła ledwo co studia (z resztą biologiczne na UW), siedziała od świtu do nocy i „rzeźbiła” dialogi które były prawdziwymi perełkami. Zawsze usiłowała dojść do źródła tego, co twórca miał na myśli i do czego dążył. Każda jej postać była osadzona w konkretnym czasie, sytuacji środowiskowej, socjalnej. Każdy film opracowany przez nią to była ciężka i wyczerpująca analiza. Potem. kiedy została szefową dialogistów, nie tłumaczyła już filmów, ale każdy film musiał zostać przez nią zanalizowany i w toku wielogodzinnej (!) dyskusji omówiony..
Krystyna Albrecht, która tłumaczyła m.in. Flinstone'ów, miała niesamowite poczucie humoru. Ale chyba najlepszą dialogistką warszawską była Maria Etienne. Wszyscy tak mówią i takie jest również moje skromne zdanie. Razem z Krystyną Uniechowską pisały dialogi do "Ja, Klaudiusz". Krystyna Uniechowska – wspaniała postać, córka Antoniego Uniechowskiego, autorka kilku świetnych książek. Z kolei w Łodzi najwybitniejszą dialogistką była Alicja Karwas. Polskie kino miało naprawdę świetnych dialogistów. Przeważnie były to kobiety. Tłumaczono, że mężczyźni nie mieli cierpliwości do tej koronkowej roboty.

Krzysztof Kornacki: Marzenie badacza dubbingu?

Zbigniew Dolny: Mieć jak najwięcej dubbingów w swojej kolekcji filmów na DVD.
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
 
Posty: 381
Dołączył(a): 15 gru 2011, o 01:28

Powrót do Artykuły

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość