Polski-Dubbing.pl • Zobacz wątek - Krystyna Skibińska-Subocz - dialogistka

Strona główna forum Tworzenie dubbingu Twórcy dubbingu

Forum poświęcone twórcom dubbingu: reżyserom, dialogistom, dźwiękowcom, montażystom itd.

Krystyna Skibińska-Subocz - dialogistka

Postprzez Zbigniew Dolny » 24 cze 2013, o 17:13

Krystyna Skibińska-Subocz
(1.08.1939)

.Obrazek
Krystyna Skibińska-Subocz - maj 2013 roku.(fot. Maciej Grochala)

Urodziłam się, wychowałam i studiowałam w Warszawie. Studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim na specjalizację wybrałam Dzieje Dramatu i Teatru Polskiego. Teatr był moją pasją.

Po studiach mój profesor ściągnął mnie do Instytutu Sztuki, gdzie pracowałam w Zakładzie Teatru.

Tu przez kilka lat pracowałam w redakcji słownika bibliograficznego Teatru Polskiego.
Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że taka paranaukowa praca mało mnie interesowała. Większość czasu spędzałam czytając artykuły w starych gazetach, bo stąd głównie brało się materiały do słownika bibliograficznego, w którym trzeba było opisać życie prywatne i zawodowe aktorów.

Tak pracowałam przez kilka lat, ale w końcu znudziło mnie to i przeszłam do reklamy. W tamtych latach reklama była dość interesująca - bo reklamowało się sklepy a nie towary, bo towarów nie było. Przez kilka następnych lat więc reklamowałam sklepy wymyślając ciągle jakieś hasła reklamowe aż urodziłam syna. Wzięłam urlop, który trwał 3,5 roku.

Wtedy przyjaciel mojego męża, który pracował w Zarządzie Kinematografii, namawiał mnie bym przeszła do pracy w Studiu Opracowań Filmowych. Broniłam się usilnie przed tym, bo po pierwsze - bałam się zmienić pracę i zaczynać życie zawodowe na nowo i po drugie - ja się wychowałam na Teatrze. Dla mnie film to była fabryka, daną scenę można było nagrywać 10-20 razy aż się zrobiło to poprawnie technicznie a teatr to było żywe słowo. Nie szanowałam filmu, nie interesował mnie. Poza tym znałam mnóstwo koleżanek, które pracowały w Telewizji i uważałam, że się do tego nie nadaję.
No i podstępem zwabiono mnie do Studia - znajomy umówił mnie z dyrektorem Studia, przedzwonił do mnie i oznajmił: "... jesteś umówiona tego i tego dnia, masz tam pójść, bo jak nie pójdziesz to mnie skompromitujesz i będę się głupio czuł. Wiec by nie robić mu przykrości poszłam.
Tymczasem w Studio sądzili, że sama tu chciałam pracować, ale że potrzebowano w tym czasie dialogisty, przyjęto mnie.
W Studio cała nasza redakcja była bezpartyjna i wszyscy myśleli, ponieważ byłam protegowaną przez znajomego, że jestem członkiem partii. No i tak mnie przez kilka miesięcy traktowano. W końcu zapytano mnie dlaczego nie przychodzę na zebrania? Nie wiedziałam o co chodzi. Odpowiedziałam, że nie należę do partii. Niezręczna sytuacja się wyjaśniła, chyba zmienił się stosunek koleżanek do mnie i tak powoli wciągnęłam się w tą pracę i zostałam w Studio. Po jakimś czasie praca zaczęła mnie interesować i stwierdziłam, że to znakomite zajęcie, piękna i ciekawa praca, a do tego jeszcze płacą - nie za wiele, ale płacili.
I tak zostałam tam na prawie 30 lat.

To był rok 1974 i już rok później byłam w Studiu na etacie. Przez pierwszy rok "sprawdzano człowieka"; robiłam wtedy jakieś drobniejsze rzeczy. Pracę rozpoczęłam od rozmów z szefową - Elżbietą Łopatniukową. To ona nauczyła mnie tej trudnej sztuki. Najpierw robiłam krótkie bajeczki i komentarze, w SOF robiliśmy właśnie komentarze do filmów dokumentalnych i opracowywaliśmy filmy fabularne czytane w telewizji przez lektora.
Później były już większe filmy, ale bardzo często były to bajki.

.Obrazek.Obrazek
Spektakl TV BBC z cyklu "Szekspira dzieła wszystkie" - "Król Lir" w wersji polskiej opracowała Krystyna Subocz-Skibińska a wyreżyserowała Henryka Biedrzycka.

Dużym wyzwaniem dla nas wszystkich były spektakle TV BBC z cyklu "Szekspira dzieła wszystkie". Ja opracowywałam dwie lub trzy sztuki z "Królem Lirem" na czele. Dla mnie były one szczególnie trudne i bardzo broniłam się przed tym, gdyż nie gustowałam w Szekspirze. Była to ciężka praca, wymagająca wielu, wielu godzin pracy i do tego szalenie żmudna. Opracowania nasze powstawały na kanwie starych polskich tłumaczeń. Nowe wymagałyby zgody tłumacza no i nie wspominam już o kosztach – tantiemy, które trzeba by było za nowe zapłacić, a Telewizja nie miała na to pieniędzy. Tak więc opieraliśmy się na tłumaczeniach XIX wiecznych Paszkowskiego, Ulricha i chyba też Kasprowicza. Było to bardzo trudne jeżeli chodzi o sam język, tym bardziej, że Anglicy realizowali te spektakle na podstawie pełnych tekstów Szekspira mówionych ówczesnym językiem. Ciekawostką było to, że do każdego spektaklu była dołączona książeczka - słownik z przekładem słów języka staroangielskiego, języka szekspirowskiego - na współczesny język angielski. Było to konieczne, gdyż teksty te były trudne do zrozumienia już w oryginale. Trzeba było to przełożyć na język w miarę współczesny zachowując tyle ile trzeba było, a równocześnie zrobić to tak, by było synchronicznie. To była szalenie żmudna praca. Pamiętam, że sam wielki monolog króla Lira na wrzosowisku pisałam przez tydzień, pracując po 8-10 godzin dziennie.

Dramaty Szekspira w XIX wieku były tłumaczone 11 zgłoskowcem, a oczywiście Szekspir tak nie pisał. Bywały wersy 8 zgłoskowe i bywały 15 zgłoskowe, był zachowany pewien rytm wiersza. My musieliśmy robić to wg. Paszkowskiego czy Ulricha - musieliśmy więc to robić ich tempem, czyli musieliśmy zachować długość wersu tę XIX wieczną i w pewnym momencie tak się do tego przyzwyczaiłam, że myśli w głowie, w takiej codziennej rzeczywistości, układały mi się w ten 11 zgłoskowiec i to z cezurą! Cezura po 7 lub 6 zgłosce. Było to bardzo zabawne.
Przy tych spektaklach pracowaliśmy z konsultantem. Była nim pani Anna Staniewska - specjalistka od języka szekspirowskiego. Wspaniała pani, która czytała to, co się napisało, i wprowadzała swoje zmiany i poprawki. Praca z nią była pierwszym etapem pracy nad napisanym tekstem. Drugim była praca z Szefową. Z nią się ten film oglądało i czytało dialogi. Była to bardzo porządna i dokładna robota. Szefowa jest osobą niezwykle doświadczoną, znającą na wskroś język polski i po prostu wiedziała wszystko! No i tak to się z nią całe dnie zdanie po zdaniu poprawiało. Prosty film omawiało się w jeden dzień ale taki Szekspir zajmował kilka dni. Oglądało się to po kawałku i czytało, a ona sprawdzała zarówno język jak i synchron.
Ponieważ praca nad tymi spektaklami trwała długie tygodnie, dawano nam w tym samym czasie do roboty jakieś króciutkie bajeczki - taką pracę na kilka dni, byśmy mogły odetchnąć i by można było trochę zarobić - przecież jak się długo pracowało nad jednym filmem to się mało zarabiało. Na każdy film była jakaś norma. Na „szekspiry” była ona dłuższa - tyle co 1,5 czy 2 zwykłe filmy - ale to i tak było za mało.

.Obrazek
"Annie Hall" Woody Allena w dubbingu wyreżyserowała Henryka Biedrzycka.

W pamięć wryła mi się też praca nad filmem Woody'ego Allena "Annie Hall". Był to jedyny film Woody'ego Allena opracowany u nas w dubbingu. Jak wszystkie filmy tego reżysera, film niesamowicie przegadany. Praca nad nim była bardzo ciężka gdyż nawet tłumacze, którzy pracowali nad tzw. surowym tłumaczeniem, mieli ogromne trudności przy przełożeniu tego tekstu na język polski. Pamiętajmy też, że wtedy tłumacze nie mieli takiego kontaktu z językiem angielskim i nie znali realiów życia w Ameryce jak teraz. W filmach Allena mamy ciągłą grę słów - i oni czasami niektórych rzeczy nie potrafili przełożyć. Mnóstwo idiomów i mnóstwo dowcipów - ciężka praca, która przyniosła mi wiele satysfakcji, w efekcie pokochałam Woody'ego Allena. Był to styl który mi odpowiadał, mam dużo uznania i sympatii dla jego filmów. Od tamtej pory staram się oglądać je wszystkie.


Swego czasu opracowywałam z Marysią Etienne amerykański serial "Piotr I" gdzie z historią obchodzono się dosyć swobodnie. Było tam wiele błędów merytorycznych, które musieliśmy często poprawiać. A robiliśmy to w oparciu o materiały historyczne i literaturę dotyczącą tamtego okresu, więc wszystko mieliśmy doskonale sprawdzone. Można było dopasować treść do prawdy historycznej do czasu, póki na ekranie nie było napisów. No i był taki np. napis z datą i miejscem bitwy, który absolutnie był niezgodny z prawdą historyczną. I tak musiało to niestety zostać. Nie mieliśmy wtedy takich technicznych możliwości by zmienić napis na ekranie. Pracowaliśmy na taśmach filmowych a takie triki były kosztowne, nie było wyjścia - udawało się, że tego napisu nie ma.

.Obrazek.Obrazek
Dwa kadry z NRD-owskiego serialu "Hotel Polanów i jego goście" z zapadającą w pamięć doskonałą rolą Kaliny Jędrusik.

Innym bardzo ciekawym serialem, przy którym pracowałam, był trzyczęściowy film w koprodukcji niemiecko-polskiej "Hotel Polanów i jego goście". Każdą z części opracowywał inny dialogista - ja opracowywałam część pierwszą, Jan Moes część drugą i tą najsmutniejszą opowiadającą losy rodziny podczas II wojny światowej - Maria Etienne. W pracy pomagało nam dwóch konsultantów, jeden od spraw religijnych i pan Juliusz Berger który był konsultantem od spraw obyczajowych, kulinarnych itp. Dowiedziałam się wtedy wielu ciekawych rzeczy, np. po raz pierwszy spotkałam się z określeniem: "kuchnia mleczna" i "kuchnia mięsna".
Przyznam się, że nigdy nie widziałam tego filmu na ekranie telewizora i ciekawa jestem jak to wyszło. Bardzo rzadko byliśmy obecni przy nagraniach z aktorami. Bardzo tego nie lubiłam. Za bardzo się denerwowałam. Czasami przy trudnych filmach lub przy wątpliwych fragmentach czy realiach wzywało się autora tekstu. Czasami była to ciężka walka by wytłumaczyć, że tak to musi być, że wszystko jest sprawdzone. Pamiętam taką scenę w jakimś filmie, która rozgrywała się na lekcji chemii - musiałam tłumaczyć, że wszystko zostało sprawdzone i skonsultowane z nauczycielem chemii.


Z filmów rysunkowych mile wspominam francuskie "Przygody barona Munchausena" czy piękną, animowaną wersję "Cyrana de Bergerac".
Gdy Disney wszedł ponownie na ekrany polskich kin - to SOF był jeszcze jedynym studiem dubbingowym i wszystkie te filmy trafiały do nas. Robiłam kolejno "Króla lwa", "Bambiego", "Zakochanego kundla" i "Piękną i bestię". Filmy Disneya charakteryzowały się staranną kreską. Filmy te opracowywano wpierw nagrywając dialogi wypowiadane przez aktorów a potem odwzorcowywano ruchy ust w filmie rysunkowym. Więc filmy te wymagały bardzo dokładnego opracowania w dubbingu. Było to oczywiście też bardzo pracochłonne ale i w jakiś sposób dla nas łatwe, bo przecież my byliśmy przyzwyczajeni do takiego dokładnego synchronu. Później kiedy wszedł tzw. "pozorny synchron" - to postacie na ekranie były rysowane kreską uproszczoną - raz postać miała zamknięte usta i były one rysowane w kształcie kreski poziomej, albo otwarte - jak mówiła - w kształcie kółeczek. Wtedy było łatwiej ale też cała sztuka była w tym, by dobierać tak słowa by choć trochę się zgadzało. To było jak alfabet Morse'a - kreska, kółko, kreska - kółko.

.ObrazekObrazek
Robiłam też mnóstwo serii rysunkowych. Najważniejszym, który prawie cały robiłam to był "Kubuś Puchatek".

Różne były te Puchatki - kinowe i telewizyjne, fabularne i krótkie półgodzinne odcinki dobranocek. Było tego bardzo dużo, setka a może i więcej. Kubusia uwielbiałam, co kilka lat pojawiał się jakiś nowy tytuł - "Przygody Kubusia Puchatka", "Kubuś i Hefalumpy", "Tygrys i przyjaciele", "Prosiaczek i przyjaciele", "Maleństwo i przyjaciele" itd. W SOF było tak, że jak ktoś robił jakiś serial to później też już to do niego trafiało - decydujące były tu sprawy językowe. Każdy z bohaterów niezależnie czy był rysunkiem czy aktorem - miał swój język. Miał swoje charakterystyczne powiedzonka. Jeśli już się weszło w to, to się to znało, więc nie zmieniano już dialogisty. Gdyby przyszedł ktoś nowy to musiałby od nowa zapoznawać się z poprzednim stylem, z poprzednim językiem postaci. Weźmy np. Tygrysa czy też Tygryska - bo pierwsze odcinki Kubusiów oparte były na tłumaczeniu polskim "Kubusia Puchatka" Ireny Tuwim. Wtedy mogliśmy z tego korzystać, mieliśmy przyzwolenie od Ireny Tuwim która zostawiła te prawa Disneyowi. Później w testamencie prawa te przekazała jakiejś Fundacji i oni nie zgodzili się na to by wykorzystywać ten tekst. Więc wszystkie te charakterystyczne zwroty z Kubusia trzeba było odrzucić i wrócić do oryginału. Tak było z Tygryskiem, u Ireny Tuwim był Tygrysek a w oryginale był Tiger - Tygrys, więc trzeba było wrócić do nazwy z oryginału, do Tygrysa. Strasznie się mnie wtedy czepiano. Telewizja otrzymywała sporo listów od oburzonych widzów z pretensjami, że "głupia autorka przekładu nie zna Kubusia Puchatka". A my nie mogliśmy tego obejść, trzeba było wrócić do oryginału. To wszystko trzeba było wiedzieć, pamiętać i przywyknąć do tego języka. Wejść w ten język, w tę atmosferę. Jeśli zrobiłam ze 30 Kubusiów to już "mówiłam" Kubusiem.


Tak samo było i przy innych filmach. Przy Smerfach mieliśmy kłopoty z imionami. Tych Smerfów było kilkadziesiąt, więc każdy z dialogistów miał książeczkę z listą imion. Imię z oryginału i polski odpowiednik . Były to imiona charakteryzujące, jak np. Harmoniusz bo on grał itd. Więc dobrze było jak tłumacz był w środku takiego serialu by następne odcinki były w tym samym tempie, w tym samym rytmie i tym samym języku.


W SOF pracowałam do końca 1997 roku a potem zostałam zatrudniona do zorganizowania dubbingu w nowo powstającej francuskiej spółce "Start". Pościągałam tam moje koleżanki które już pracowały w innych miejscach i uczyłam nowe osoby. Prawie wszyscy nowi dialogiści to już uczniowie moi i moich koleżanek - Eli Kowalskiej, Marysi Etienne i Joanny Klimkiewicz .
W Starcie pracowałam dosyć długo - w 2000 roku zrobiłam tam "Tygrysa i przyjaciół", w 2003 "Prosiaczka i przyjaciół" a później pracowałam z wolnej stopy czy to w Starcie, czy w Telewizji. Jeszcze 3-4 lata temu robiłam pojedyncze filmy fabularne czy też nową serię Kubusia Puchatka - "Moi przyjaciele - Tygrys i Kubuś". Jednak to nie było już to co przedtem. Tradycyjny rysunek zastąpiły postacie wygenerowane w komputerze a w filmie nie było Krzysia którego zastąpiła dziewczynka o imieniu Tosia. Serial ten reżyserowała nieodżałowana Joanna Wizmur.
__________________________________________________________________________________________________
A oto wywiad z Krystyną Subocz-Skibińską zamieszczony gazecie "Super Tydzień".


Kubeł to nie kalendarz

- Kiedyś weszłam do pokoju, spojrzałam na telewizor i zdumiałam się, że angielscy oficerowie w koloniach świetnie mówią po polsku! - na mistrzowski dubbing dała się przez moment nabrać nawet osoba od ponad 20 lat pracująca przy dubbingowaniu filmów!

Pani Krystyna Skibińska-Subocz jest dialogistką - opracowuje dialogi w filmach zagranicznych, pokazywanych w polskiej wersji językowej.
W dubbingu - inaczej niż w filmach, których dialogi czyta lektor - wyraźnie słychać i muzykę, i wszystkie tworzące nastrój dźwięki: szum wiatru, stukot okiennicy, skradające się kroki, pukanie do drzwi, dzwonek telefonu... Wypowiedzi bohaterów nie ulegają skróceniu, każda postać zachowuje swój styl mówienia, chociaż nie mówi we własnym języku. Opracowane w ten sposób filmy są więc najbliższe oryginałowi.
Kiedy pani Krystyna dostaje kasetę z filmem, jego oryginalną listę dialogową, surowe tłumaczenie na język polski - włącza telewizor, magnetowid i zapomina o Bożym świecie.
Dialogi trzeba tak ułożyć, żeby padające z ekranu polskie słowa były idealnie zgrane ze sposobem mówienia, mimiką i gestami aktora, żeby zostały zachowane długość i rytm wypowiedzi. I żeby widz rozumiał nie tylko treść, ale i zjawiska, o których mowa. Jeżeli bohaterowie filmu zaśmiewają się z jakichś dowcipów, musi to być zabawne także i dla nas. Zdarza się, że dialogista musi mało zrozumiały żart zastąpić zupełnie nowym.

.Obrazek. fot. M.Zieliński

- Język polski - wyjaśnia pani Krystyna - różni się od języków, z których dubbingujemy filmy, długością wyrazów, melodią, rytmiką. Wypowiedzenie jednego polskiego czasownika czasem trwa tyle, ile całego angielskiego zdania. Na szczęście nasza składnia pozwala na przestawianie słów. Robiłam kiedyś w angielskim filmie scenę, w której małżonkowie namiętnie dyskutowali przez zamknięte drzwi. Męża było widać, żonę tylko słychać. Obydwoje mówili po angielsku tak szybko, że polscy aktorzy nie mogli nadążyć. Wybrnęłam z tego tak, że zamiast: "Bardzo cię proszę, wyjdź wreszcie", słychać było jej pytanie: "Chcesz, żebym wyszła?!" i jego odpowiedź: "Tak, proszę".
Jeszcze trudniej bywa z tak zwanymi idiomami, czyli zwrotami, które nie dają się dosłownie przetłumaczyć. Na przykład mam przed sobą film rysunkowy: rozzłoszczony królik Buggs kopie kubeł i krzyczy: "Dobrze mu tak, kopnął w kubeł!", co w angielskim oznacza, że umarł. U nas odpowiada temu wyrażenie "kopnął w kalendarz". I jest problem, bo bez kubła nie będzie dowcipu. W rezultacie mój Buggs wrzeszczy: "Jak on mógł mi to zrobić i umrzeć!". Dialogista wprawdzie nie może ingerować w treść, ale na szczęście każdą treść może przekazać na parę sposobów!
Nie ma filmu, w którym nie pojawiłyby się tego typu problemy. Za każdym razem - nowa zagadka. Czasem pani Krystyna sama jest ciekawa, jak uda jej się z tym poradzić. Dodaje to smaku tej żmudnej, wymagającej niesłychanej cierpliwości pracy. W której wszystko trzeba dziesiątki razy sprawdzać, a słowniki języka polskiego - frazeologiczny, synonimów, homonimów - znać niemalże na pamięć. Żeby nie przepuścić jakiejś bzdury, trzeba też poznawać obyczaje różnych narodów i epok historycznych, stale zdobywać nowe wiadomości z różnych dziedzin.
Kawał życia pochłonęła mi praca nad "Szekspirami" - to znaczy dubbingowaniem serii filmów BBC "Szekspira dzieła wszystkie". Ustalono, że będziemy opracowywali je w konwencji polskich przekładów XIX- wiecznych, czyli jedenastozgłoskowcem. Tymczasem u Szekspira wers raz ma 8 sylab, innym razem - 11, a bywa, że i 15. A oryginalny rytm zachować trzeba! To dopiero była mordercza praca. Tym bardziej, że wiele wyrazów używanych w tamtej epoce zupełnie wyszło z użycia, stały się niezrozumiałe. Podczas gdy zwykły półtoragodzinny film opracowuję 2-3 tygodnie, nad samym monologiem króla Leara siedziałam ponad tydzień. W końcu doszło do tego, że... mówiłam i myślałam jedenastozgłoskowcem!
Od prawie dwóch lat w firmie dubbingującej filmy, Start International Polska, pani Krystyna szkoli młodych dialogistów. Uczy ich, że język filmu podporządkowany jest całkowicie obrazowi, jest tylko jego uzupełnieniem. I że jeśli chce się być dobrym w tym zawodzie, trzeba przede wszystkim znać doskonale język polski! Z ponad 20 osób zostało zaledwie kilka. Ale pojawiają się następni chętni...
- Cieni ten zawód ma mnóstwo. Zniszczył mi się wzrok, słuch, spowodował ogromne kłopoty z kręgosłupem. A od kiedy pracujemy w domu, przy magnetowidach zamiast przy stołach montażowych w studiu, pojawiła się też... samotność. A ja lubię tę pracę. Stale popycha mnie do przodu, prowokuje do ciągłego rozwoju. I jeszcze dostaję za nią pieniądze! Czy może być coś lepszego!
Ewa Kosińska (Super Tydzień)

___________________________________________________________________________________________________
Wybrana filmografia:
Król Lew
Piękna i Bestia
Bernard i Bianka w krainie kangurów
Bambi
Piękna i bestia: Zaczarowane święta
Król Lew II: Czas Simby
Tygrys i przyjaciele
Zakochany kundel
Zakochany kundel II: Przygody Chapsa
Maleństwo i przyjaciele
Moi przyjaciele - Tygrys i Kubuś
Harcerz Lazlo
Kubusiowe opowieści
Śladem Blue
Bałwanek Bouli
Brygada RR
Niezwykła przygoda Kubusia Puchatka

Nowe przygody Kubusia Puchatka
Kochany Mickey
Mickey i Minnie zapraszają
Kacze opowieści
Kaczor Donald przedstawia
Dookoła świata z Willim Fogiem
Smerfy
Detektyw Pchełka na tropie
Jetsonowie
Flintstonowie
Pixie, Dixie i Pan Jinks
Kocia ferajna
Droopy, superdetektyw
Hong Kong Fu-i
A to histeria!
Tom i Jerry: Wielka ucieczka
Mała syrenka (serial animowany)
Puchatkowego Nowego Roku
Kubuś i Hefalumpy
101 Dalmatyńczyków (serial animowany)
Dzielny Agent Kaczor
Miś Yogi
Scooby i Scrappy Doo
Mali agenci
Muzyczna gwiazdka w świecie Walta Disneya
Przygody barona Munchausena
Cyrano De Bergerac
Piotr I
Annie Hall
Król Lir (BBC)
Hotel Polanów i jego goście
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
 
Posty: 383
Dołączył(a): 15 gru 2011, o 01:28

Powrót do Twórcy dubbingu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 2 gości


cron