Polski-Dubbing.pl • Zobacz wątek - Krzysztof Szuster - reżyser

Strona główna forum Tworzenie dubbingu Twórcy dubbingu

Forum poświęcone twórcom dubbingu: reżyserom, dialogistom, dźwiękowcom, montażystom itd.

Krzysztof Szuster - reżyser

Postprzez Zbigniew Dolny » 12 lut 2016, o 11:30

Krzysztof Szuster
( 30.08.1951)

.Obrazek
foto Maciej Grochala

KRZYSZTOF SZUSTER ODPOWIADA a RACZEJ .....OPOWIADA

Urodziłem się 30.08.1951 r, niestety w Warszawie, to teraz jest to niemodne. Teraz należy urodzić się poza Warszawą a dopiero tu robić karierę. A tak serio - moje życie byłoby dużo prostsze, byłbym hodowcą koni i psów i wszystko miałbym w nosie.
Wychowywałem się w rodzinie o kompletnie pomieszanych zainteresowaniach: hodowcy koni ( dziadek Juliusz Kłoczowski, tata Jerzy), aktorzy (Krzysio Chamiec, Stanisław Daczyński). Pradziadek Adam Szuster i dziadek Karol - przedwojenni bardzo zamożni warszawscy przedsiębiorcy. Wzrastałem kompletnie rozdarty co do tego co będę robił w przyszłości. Do tego brak silnej ręki ojca w najtrudniejszym okresie wzrastania. Tatę zobaczyłem dopiero po nadejściu "moczarowskiej odnowy”, kiedy chodziłem do 5 klasy szkoły podstawowej. Tata był oficerem AK, powstańcem i rusznikarzem - twórcą moździerza przeciwpancernego używanego w Powstaniu Warszawskim. Odwiedzałem ojca w więzieniu na Rakowieckiej, kompletnie nie rozumiejąc sytuacji w której znalazła się nasza rodzina. Temat Armii Krajowej był zakazany więc podwójnie nie rozumiałem za co siedzi Tata! Słuchałem opowieści ciotek, wujków, dziadków jak wielkie majątki posiadali przed wojną. Kompletnie też nie rozumiałem dlaczego w związku z tym musimy tak oszczędzać?! Z tego powodu byłem zapewne trudnym dzieckiem, które zwiedziło wszystkie szkoły podstawowe na Saskiej Kępie (wywalali mnie - każda klasa w innej szkole) i jedna z internatem na Mokotowie, dla trudnych dzieci.
Ale to absolutnie nie była zemsta systemu socjalistycznego z powodu przekonań mego Taty, naprawdę byłem trudnym bachorem.
Od dziecka jeździłem wyczynowo konno i hodowałem psy, co zaważyło na moich późniejszych losach. Bywałem także często w teatrach. W domu widywałem często aktorów, ale miałem do nich stosunek absolutnie obojętny. Mówili zawsze tylko o sobie i obgadywali kolegów a poza tym nie było wtedy jeszcze tak rozbuchanej jak dziś telewizji i tak zwanych celebrytów.
Po absolutnie przypadkowym ukończeniu siedmioletniej szkoły podstawowej - dali mi łaskawie świadectwo abym tylko uwolnił ich od siebie.( śmiech) Następnie ku rozpaczy całej rodziny psycholog kuratorium wychowania skierował mnie na egzaminy wstępne do... zasadniczej szkoły obróbki metalu (tak zwanej " zawodówki"). Mama, dla bezpieczeństwa abym tam dotarł, wysłała mnie na egzamin z babcią, i ... nie zdałem !!!! (śmiech)
Przepraszam, to miało być o dubbingu a nie o moim dzieciństwie. Ale to wszystko miało rzeczywiście wpływ na moje dorosłe losy.
Przełomem w moim życiu pod górkę, stało się ... zapisanie mnie, a raczej wyżebranie przez moją cudowną mamę by przyjęto mnie do prywatnego męskiego liceum Św. Augustyna PAX. Tam dzięki wspaniałym przedwojennym profesorom, którzy mieli doświadczenie z podobnymi jak ja "kretynami" udało mi się dobrnąć do końca i o dziwo nieźle przebrnąć maturę. Tam to "profesjonalnie" zająłem się reżyserią i aktorstwem. Ponieważ profesorowie kochali teatr zauważyłem, że można na tym zrobić interes. Mniej uczyłem się podstawowych przedmiotów, ale za to udzielałem się na wszystkich akademiach i przygotowywałem spektakle kabaretowe, parodiując ciało profesorskie. Nie wypadało im później źle oceniać moich postępów w nauce bo mogli być posądzeni, że się mszczą za moje pokazywanie ich w krzywym zwierciadle. Nigdy też nie zaniechałem treningów jeździeckich i mojej wielkiej pasji - tresury psów. Po maturze po raz pierwszy w 1969 roku zdawałem do PWST w Warszawie na wydział aktorski. Nie udało się.
Natychmiast pojechałem do pod warszawskiego Julinka i bez trudu zdałem egzamin do ... Państwowej Wyższej Szkoły Cyrkowej. Tu natychmiast zareagowali rodzice. Pojechali do Julinka i wycofali "moje papiery".
Dzięki Bogu wcześniej liceum wysłało moje dokumenty także na SGGW na wydział zootechniki... i o dziwo zdałem egzamin celująco. Do dziś mam świadomość, że nie była to moja zasługa tylko znakomitej szkoły, która tak przygotowywała, że nawet taki tuman jak ja zdał i bez dodatkowych punktów za pochodzenie znalazł się w środku stawki. Liceum Św. Augustyna było (jaka szkoda, że już nie istnieje) takim "przekleństwem" dla ówczesnego państwowego szkolnictwa socjalistycznego - potrafiło z największego oportunisty zrobić człowieka. Bardzo jestem im za to wdzięczny.
W moim życiu zawsze wielką rolę grało szczęście i przypadki.
Podczas egzaminów do szkoły teatralnej kręciło się wiele osób których można nazwać "wyłapywaczami prawdziwych talentów". Znalazł się tam i pan Jerzy Stefan Stawiński (reżyser i scenarzysta). Kiedy z żalem podszedłem do tablicy z wywieszonymi wynikami szczęśliwców którzy zostali przyjęci i nie zobaczyłem tam swojego nazwiska, podszedł do mnie starszy pan i zaproponował wzięcie udziału w zdjęciach próbnych do filmu. Po kilku dniach przyszedł do domu telegram z zaproszeniem do wrocławskiej wytwórni. I tak po raz pierwszy w życiu zagrałem w filmie "Kto wierzy w bociany".


.Obrazek.Obrazek
Krzysztof Szuster jako Józef Romik w serialu "Pan na Żuławach" (1984)

Wtedy też dostałem się do amatorskiego teatru w Domu Kultury Ochota prowadzonego przez Kazimierza Tarnasa. (Teatr przy Domu Kultury Ochota stworzył Kazimierz Tarnas a nie jak się to przypisuje Halinie i Janowi Machulskim). W imieniu Kazia podczas egzaminów w szkole krążył jego "wysłannik" Wiktor Skowroński, który zaproponował mi abym pokazał się w teatrze na Ochocie. Pokazałem się i zostałem przyjęty. Kazio dodatkowo aby związać nas z teatrem załatwiał nam statystowanie w Teatrze Narodowym i Teatrze Powszechnym gdzie był asystentem reżysera. Było nas wtedy kilku, których losy na stałe w dojrzałym życiu przyszło związać ze sztuką: Jan Ciecierski (dziś scenograf - syn słynnego Jana Ciecierskiego z " Matysiaków"), Wojtek Kępczyński (dziś dyrektor Romy i wspaniały reżyser, był po szkole baletowej więc natychmiast zaangażowano go do Kramu z piosenkami), Leszek Winnicki (dziś operator filmowy), Jacek Pałasiński (dziś poważny redaktor), Ryszard Jakubisiak (wieloletni późniejszy vice dyrektor Teatru Powszechnego i twórca teatru "Parabuch"), Roch Siemianowski (dziś aktor), Wiktor Skowroński (znakomity aktor amator).
Siłą rzeczy jak trafiłem do Hanuszkiewicza nie miałem już czasu na gruntowne studiowanie prawideł hodowli. Brałem udział we wszystkich słynnych inscenizacjach mistrza Adama: „Nie boska komedia”, „Hamlet”, „Trzy Siostry”, „Balladyna”, „Beniowski” , „Trzy po Trzy”, „Rzecz Listopadowa” oraz „Ryszard III” (reż. Jan Maciejowski ), „Beckett albo honor pana Boga” ( reż. Tadeusz Minc ), „Zabawa w koty”(reż. Jan Machulski). Wtedy niewielkie zadania aktorskie powierzane były amatorom. Uwielbiałem klimat zakulisowy teatru.
Nic dziwnego, że po pierwszym semestrze wywalili mnie z SGGW. Zatrudniłem się natychmiast w teatrze jako maszynista sceny. Jednocześnie dzięki profesjonalnym umiejętnościom jeździeckim zacząłem dorabiać jako kaskader w filmach.



. Obrazek
Krzysztof Szuster reżyseruje w Teatrze Syrena (2013)

Moim prawdziwym awansem w teatrze stał się znów przypadek. Karol Stępkowski nie dojechał na spektakl i powierzono mi tak zwane nagłe zastępstwo w epizodycznej roli chłopa w „Nie boskiej komedii”. Byłem bardzo dumny kiedy Hanuszkiewicz poklepał mnie po spektaklu po ramieniu!!
A potem moje teatralne losy nabrały przyśpieszenia.
Hanuszkiewicz ściągnął do „Balladyny” z Japonii prawdziwe trzy motocykle Hondy. Początkowo wymyślił sobie, że będą na nich jeździć: Goplana - Bożena Dykiel , Skierka i Chochlik - Miecio Hryniewicz oraz Wiktor Zborowski i Wojciech Siemion. Wysłano ich wszystkich na kurs motocyklowego prawa jazdy. Siemion zrezygnował po kilku lekcjach a reszta kolegów skończyła kurs, ale kompletnie nie była w stanie spełnić oczekiwań Adama.
Kiedy w powietrzu wisiała katastrofa, było to jakieś 5 dni do premiery, siedząc na próbie usłyszałem żalenie się Hanuszkiewicza do Tamary Tatery (przyjaciółka Adama, jego asystentka i inspicjentka w jednej osobie). Odważyłem się i podszedłem do Adama i wypaliłem: przecież pan wie, że jestem kaskaderem (do teatru przyjeżdżałem zawsze swoją "Józią" - motocyklem marki WFM). Proszę dać mi spróbować, pokażę co można zrobić z tymi hondami. Adam natychmiast polecił, aby wyprowadzili mi motocykle na trawnik przed teatr. Wsiadłem i po wyczuciu każdego z nich zacząłem prezentować jazdę na jednym kole, kręciłem - "paliłem gumę". Hanuszkiewicz był oczarowany. Zapytał czy mogę tego nauczyć Bożenę, Wiktora i Miecia. Tych ostatnich udało się przygotować. Bożena była antytalentem motocyklowym. Adam był załamany. I znów moja bezczelność wygrała. Panie Adamie to ja zagram Goplanę - zaproponowałem. Adam się wściekł.
- Ale ja tylko chcę ją dublować, niech uszyją mi identyczny kostium, dorobią biust, założę blond perukę... I tak nie tylko byłem autorem sukcesu inscenizacyjnego (ja ustawiłem wszystkie sceny z motocyklami) ale i zagrałem (dublowałem) Goplanę.
W międzyczasie dwukrotnie zdawałem do PWST i dwukrotnie do PWSF,TV i T w Łodzi. A po oblanych egzaminach zdawałem zawsze na SGGW, aby nie być złapanym przez obowiązkowe wojsko (tam też doszedłem do końca III roku, kończąc na studiach zaocznych).
Wreszcie słynny „Miesiąc na Wsi”. I znów przypadek. Cudowna scenografia, wspaniali aktorzy, ale próby nie szły najlepiej.
To znów było bardzo istotne dla mojej kariery. Tydzień do premiery. Wychodzimy z teatru po spektaklu "Hamleta". Wielokrotnie w teatrze towarzyszyły mi psy. Zosia Kucówna bardzo je lubiła, więc miałem zielone światło aby wprowadzać je za kulisy. Psy wybiegają na trawnik przed teatrem i bawią się. Wychodzi Adam z Zosią. Na to stojący ze mną Marcin Sławiński (dziś reżyser) - Panie Adamie - mówi - a jak by te psy znakomicie wyglądały na trawie w Teatrze Małym?
Adam zastanowił się chwilkę - Krzysiu a za Zosią by poszły? Zrobiliśmy natychmiast próbę. Psy potulnie wykonały moje polecenie. Uszczęśliwiony Adam do mnie - jutro o 10,00 na próbie ... z psami !
I tak psy zostały sławne i zaczęły pomagać mi w mojej karierze.
Kiedyś po spektaklu "Miesiąca na Wsi" przyszedł za kulisy Jan Skotnicki (profesor warszawskiej PWST i świeżo upieczony dyrektor Teatru Płockiego). Dziękował aktorom i ku memu zdziwieniu podszedł na końcu do mnie. Pogratulował tresury psów i wyczynów na hondzie w Balladynie i spytał czy nie chciał bym przyjść do niego do teatru? Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba! Pamiętam, że zapytałem - jako treser czy kaskader? Tym go rozbawiłem - jako adept sztuki aktorskiej - śmiejąc się odparł . Okazało się, że Hanuszkiewicz opowiedział mu o mnie. I tak zostałem jedynym adeptem w profesjonalnym, zespole aktorskim nowo powstającego teatru. Dojeżdżałem odtąd na "Balladynę" z Płocka a psy do Małego prowadzała mama albo siostra. Tam też przyzwoicie przygotowywała mnie do szkoły Jadwiga Bryniarska (cudowna, ciepła z dużym doświadczeniem aktorka). Kiedy po roku pracy w Płocku, po raz piąty zdawałem do szkoły, dziekan łódzkiej filmówki Maria Kaniewska widząc moje psy na korytarzu szkolnym, po pierwszych eliminacjach, wezwała mnie do dziekanatu. Miałem już o rok przekroczony limit wieku, więc w papierach cofnąłem sobie o rok datę urodzenia. Z przerażeniem wchodzę sam do dziekanatu licząc, że moje oszustwo wyszło na jaw.. A Kaniewska całkiem serio - jak śmiesz tak męczyć te cudowne psy?! Proszę je tu natychmiast przyprowadzić!
Zawołałem Bajkę i Sarę. "Mańka" zaprosiła je do swojego gabinetu na dziekańską sofę. A do mnie - marsz dalej na egzaminy! Wiedziałem - dostanę się do szkoły ! (ha,ha)
I tak psy załatwiły mi egzamin. W życiu bym się do szkoły nie dostał bez takiej protekcji.(śmiech)


.Obrazek
"Miesiąc na wsi" w reż. Adama Hanuszkiewicza. Zofia Kucówna i psy które "załatwiły mi szkołę filmową" - Baja i Sara. (1974)

Na pierwszym roku starałem się niebywale, ale profesorowie przy każdym omówieniu egzaminów mówili - no nieźle, nieźle.... ale wiemy, że ty i tak będziesz dyrektorem w teatrze a nie aktorem. Troszkę mnie to wtedy bolało bo jednak skrycie marzyłem, że będę dobrym i sławnym aktorem. Ale oni mieli rację. Nic więc dziwnego, że po pierwszym roku kompletnie przestało interesować mnie aktorstwo.
W czasie szkoły, po pierwszym roku zagrałem u Jana Machulskiego - „Księcia Werony” w przedstawieniu plenerowym w Zamościu. Kiedy powierzył mi tę rolę (znaliśmy się jeszcze z Narodowego) natychmiast zaproponowałem mu - panie profesorze to ja zagram księcia na koniu! Bardzo mu się to spodobało, ale skąd weźmiesz konia - zapytał z niedowierzaniem?!
Pojechałem do stadniny pod Koszalin i kupiłem konia. Wydałem na niego wszystkie zaoszczędzone pieniądze, włącznie z tymi które przeznaczone były na transport. Wsiadłem więc i w dwa tygodnie przyjechałem (700 km) do Zamościa... wierzchem. Powtórzyłem tę rolę dziesięć lat później (też na koniu) już jako profesjonalny aktor na pożegnanie cyklu szekspirowskich spektakli na rynku zamojskim, w reżyserii Jana Machulskiego.
W szkole w kole naukowym zacząłem bawić się w reżyserię. Zrobiliśmy „Widok z mostu” A. Millera, którym to spektaklem wygraliśmy festiwal małych form w Szczecinie. I tu powrócę do moich młodzieńczych zamiłowań. Zorientowałem się, że tresura psów i koni - toż to nic innego jak... reżyseria. Wielokrotne powtarzanie, wymyślanie nowych "numerków" a przede wszystkim mozolna praca.


. Obrazek
Debiut aktorski Krzysztofa Szustera - " Krakowiacy i Górale " w Teatrze Płockim (1975). Od lewej Zdzisława Wilkówna i Jerzy Prażmowski.

Koniec szkoły, dyplomy, rozstanie z bardzo zżytym "rokiem" - Jola Buszko, Jadzia Andrzejewska, Grażynka Czapla, Marysia Mielnikow, Kasia Gałaj, Joasia Jaszczura - Chojnowska, Hanka Pląskowska, Baśka Szyszko, Dusia Trafankowska, Artur Barciś, Jurek Chojnowski - Florczak, Kazio Górecki, Adaś Gwara, Krzysio Leszczyński, Romek Lis, Tomek Mędrzak, Krzyś Kaczmarek, Jaś Konieczny, Tadzio Paradowicz, Boguś Semotiuk, Marian Wiśniewski . Nasze losy rozeszły się. Jednym się powiodło - innym mniej, ale w szkole przeżyliśmy z naszym opiekunem roku Janem Machulskim cztery najpiękniejsze lata!!!
Jeszcze studiując zagrałem w serialu "Polskie drogi", później przychodzą inne role których zwieńczeniem była praca nad serialem "Pan na Żuławach".

Angaż do Teatru Rozmaitości w Warszawie. Kilka nieistotnych teatralnych ról i wreszcie dobrnęliśmy... do dubbingu!
Kluczem mojego pojawienia się w Studio Opracowań Filmów - była Maria Kaniewska, uwielbiana pani dziekan i moja profesor od scen klasycznych z którą już w czasach szkolnych serdecznie się zaprzyjaźniłem. Matkowała moim psom... i studentom z naszej grupy. Broniła wszystkich jak lwica przed zakusami innych profesorów, którzy chcieli przekabacić nas na swoją modłę. Nasza przyjaźń trwała do ostatnich chwil tej wielkiej artystki. Lubiła przychodzić na moje premiery kiedy reżyserowałem.
Kiedyś zadzwoniła do mnie i oznajmiła: pan dyrektor Garbacz ze Studia Opracowań Filmów chce odmłodzić kadrę reżyserską. Poleciłam cię. Jutro masz być o 14,00 na rozmowie kwalifikacyjnej. I odłożyła słuchawkę.
Stawiłem się. I po trzech dniach siedziałem na sali jako asystent wielkiej Zofii Dybowskiej Aleksandrowicz!
Z mojego punktu widzenia był to znów przypadek. Pani Zofia miała w Studio pozycję pierwszej damy. Wiem, że to ona natychmiast zaproponowała dyrektorowi (nie znając mnie, że to ona będzie wprowadzała w arkana sztuki dubbingowej nowego adepta - bo któż by inny miał do tego większe od niej prawo?!). Bardzo byłem i jestem jej za to wdzięczny do dziś! Mańka Kaniewska zawsze nam powtarzała, że reżyseria to sztuka "okradania innych".
Podglądałem więc jej sposób pracy. Prowadziła nagrania niezwykle stanowczo, żeby nie powiedzieć - nieco szorstko. Uwielbiała swoich stałych aktorów a z rezerwą podchodziła do nowych.
To była prawdziwa gwiazda dubbingu, z ogromnym wyczuciem i znawstwem wszystkich jego zakamarków. Bardzo wymagająca. Niestety była przy tym dość kapryśnym człowiekiem. Żądającym absolutnej wierności i poddaństwa. Kiedy zobaczyła, że daję sobie radę przy kolejnej asystenturze, pozwalała mi samodzielnie prowadzić nagrania. Kilkakrotnie nawet dzwoniła do mnie - Krzysztof, zacznij nagranie a ja przyjadę później. Nie przyjeżdżała. (ha, ha) Byłem szczęśliwy, dumny i bardzo ważny - zdobywając samodzielnie szlify reżyserskie. Także kilkakrotnie Maria Piotrowska była moją profesorką. Bardzo wrażliwa, ciepła z wielkim taktem dająca dyskretne cenne uwagi. To tym paniom zawdzięczam znajomość warsztatu. Byłoby nieuczciwe gdybym dziś wymienił tylko te dwie wielkie osobowości z ówczesnego Studia Opracowań Filmów. Wśród osób szczególnie mi bliskich byli realizatorzy dźwięku panowie: Zdzisław Siwecki, Roman Błocki, Jerzy Januszewski, Stanisław Uszyński oraz panie: Anna Łukasik, Gabriela Turant, Alina Hojnacka, Jolanta Kuchler. (Specjalnie w tej kolejności wymieniłem najpierw panów, bo może to przeczytać moja żona... a w studio wiele godzin spędzało się przecież ..po ciemku.) Pamiętam jak zadawałem im "wynalazcze" pytania - Zdzisiu, Jurku, Gabrysiu... - czy da się to i to zrobić tak - i tu coś proponowałem? Oni zawsze cierpliwie odpowiadali. Nigdy nie zaponę, uroczych prywatnie i super zawodowo, koleżanek montażystek: Dorotki Bochenek, Halinki Ryszowieckiej, Gabrysi Turant, Anny Łukasik, Joli Nowaczewskiej. To one potrafiły w finale obróbki uratować każdą "wpadkę " reżyserską! Dziękuję dziewczyny!
Kierownicy produkcji: Jaś Szatkowski i Ania Źiółkowska. Mili "kabiniarze" - pracownicy techniczni, którzy cierpliwie przesiadywali z młodym męczącym reżyserem, który pracował "rzeźbiąc" znacznie dłużej niż starzy wyjadacze. To było cudowne Studio gdzie miałem wrażenie, że wszyscy chcą mi pomóc w zdobywaniu wiedzy a potem w osiągnięciu jak najlepszego efektu.
Osobną grupą zawodową z którą zetknąłem się w Studio to panie redaktorki: Krystyna Albrecht, Stanisława Dziedziczak, Krystyna Skibińska - Subocz, Krystyna Uniechowska, Grażyna Dyksińska, Elżbieta Kowalska, Maria Etienne, Joanna Klimkiewicz, Halina Wodiczko, pod wodzą pani Elżbiety Łopatniukowej. To była prawdziwa elita dubbingu. Dystyngowane panie, świetnie mówiące i piszące po polsku. Dbające o wartość słowa. Prawdziwe strażniczki polskiej mowy. A przy tym, nie wiem dlaczego bardzo dobrze się ubierające! Studio - piwnica a one zawsze "uszykowane" jak na specjalną okazję. Nie ukrywam, że bardzo to ich zachowanie (jako chłop) lubiłem! Kiedy otrzymywałem listę dialogową czy "szeptankę" wielokrotnie czytałem ją. Uwielbiałem wyszukiwać błędy językowe. Niestety bardzo rzadko mi się to udawało. Raczej znajdowałem "literówki" (teksty wtedy były przepisywane ręcznie na maszynie).


.Obrazek
"Casting na Krafftównę - Benefis Basi" - Teatr Polski. Barbara Krafftówna, Franciszek Pieczka i Krzysztof Szuster -scenariusz, reżyseria, produkcja (2013)

W 1986 roku reżyserowałem już pierwsze swoje samodzielne filmy. Bardzo dobrze nakręcone bajki dla dzieci: „Tajemnica starego strychu” i „Czarodziejski kogucik”. W pierwszym duże role grała młodzież, aktorzy niezawodowi. Nigdy nie dostałbym tych filmów do udźwiękowienia gdyby nie: dzieci i piosenki! Oprócz splendoru artystycznego, po zrealizowaniu jakiejś pozycji, ważny dla "starych" twórców Studia był .... czas. Płacone było od filmu. Im szybciej udźwiękowiło się jakiś film, można było przystąpić do następnego. A na dubbing z dziećmi czy z piosenkami trzeba było poświęcić trzy razy więcej pracy. Więc jak trafiał się film muzyczny lub z dziećmi zawsze dostawał go... Szuster.
Ale ja kochałem tę pracę i bardzo mi to odpowiadało. Miałem ksywkę - "dłubka". A poza tym kompletnie nie interesowały mnie pieniądze. Uwielbiałem współpracować z Wojtkiem Głuchem (którego znałem z Teatru Rozmaitości) - rewelacyjny muzyk. Z nim też zrobiłem później wiele spektakli teatralnych w Polsce i za granicą. A poza tym byłem... aktorem - "nie śpiewającym", ale słyszącym. W związku z tym bardzo imponowało mi, że mogę wymagać od dobrze śpiewających kolegów jeszcze więcej! Także i to, że sam byłem aktorem, rzutowało na współpracę z kolegami i pomagało w uzyskiwaniu odpowiednich efektów finalnych.
Jest takie powiedzenie: - kto to jest reżyser??? - To aktor.... któremu się nie powiodło.
Wtedy dubbing dawał szansę na zapraszanie najlepszych. Nie było niestety tak łatwo, bo ci najlepsi bardzo się szanowali i odmawiali przychodzenia do słabych reżyserów. Miałem jednak podwójne szczęście. Znałem jeszcze z Narodowego, Powszechnego i później Rozmaitości wspaniałych i popularnych aktorów.
Był taki zwyczaj w Studio, że aktorów "wydzwaniał" kierownik produkcji. Podpatrzyłem jednak jak robiła to Zofia Dybowska -Aleksandrowicz. Kiedy potrzebowała kogoś wielkiego do małej epizodycznej roli, ale ważnej - z charakterystycznym głosem, sama dzwoniła. Zawsze wtedy mówiła - np. Kaziu (Wichniarz) proszę cię przyjdź do mnie na krótkie nagranko. Mała rólka, ale bardzo widoczna na ekranie. W następnym filmie wyrównam ci to finansowo i z satysfakcją aktorską.
I ten sposób zacząłem sam stosować! Zawsze się sprawdzał. W moich filmach grały prawdziwe gwiazdy: Teresa Lipowska, Elżbieta Kępińska, Ewa Kania, Irena Malarczyk, Lidia Korssakówna,Wiesława Mazurkiewicz, Gustaw Lutkiewicz, Andrzej Gawroński, Kazimierz Brusikiewicz, Edmund Fetting, Marian Kociniak, Wiesław Michnikowski,Tomasz Marzecki, Krzysztof Kolberger, Marian Opania, Tadeusz Włudarski, Włodzimierz Bednarski, Marek Barbasiewicz, Eugeniusz Robaczewski, Tadeusz Pluciński, Maciej Damięcki, Jerzy Kamas, Jan Tesarz, Wiesław Drzewicz, Witold Sadowy, Lech Ordon, Mieczysław Gajda, Leszek Teleszyński, Andrzej Żarnecki i wielu innych. A z młodych: Joanna Trzepiecińska, Joanna Jeżewska, Barbara Szyszko, Ewa Kuryłło, Andrzej Ferenc, Mateusz Damięcki, Jarosław Domin, Krzysztof Krupiński,Piotr Pręgowski.
A także nieodżałowana Joasia Wizmur debiutowała w Teatrze Syrena w mojej reżyserii w farsie "Bez seksu proszę" a potem w dubbingu. Wdzięczna, wrażliwa, rewelacyjnie zdolna i pracowita aktorka, później wspaniała reżyser dubbingu. Jakże mi jej brakuje. Bardzo lubiłem też pracować z panem Jerzym Rosołowskim i z Krzysiem Świetochowskim (Muśkiem).

. Obrazek
Próba z aktorami, "Manewry jesienne" Teatr Syrena (2013) (Irena Kownas, Marek Barbasiewicz i Barbara Krafftówna)

Paradoksalnie łatwiej było pozyskać starych, wybitnych aktorów niż młodych „gniewnych”, którzy zagrali w jednym popularnym filmie lub sztuce i już uważali, że cały świat do nich należy.
Z.D - A czy pamięta pan jakieś zdarzenia - anegdoty ze studia?
K.Sz - Kiedy byłem asystentem Zofii Dybowskiej-Aleksandrowicz nie przyszedł na nagranie jeden z aktorów. Trzeba było partnerować panu Piotrowi Pawłowskiemu. Pani Zosia, kiedy dowiedziała się na sali od kierownika produkcji, że nie przyjdzie owa osoba zdenerwowała się i rzuciła do mnie - Krzysiek ty to zagrasz! Zdrętwiałem. Mimo, że wcześniej wiele razy uczestniczyłem jako aktor w nagraniach, zawsze miałem szansę wcześniej „naczytać” tekst. Teraz trzeba było zagrać natychmiast. Pawłowski niecierpliwił się, że nie ma czasu. Stanąłem za sitkiem i zacząłem dukać swoje kwestie. Zosia przerywa nagranie i ciepłym głosem mówi - jeszcze raz. Ja znów się mylę. Zanim coś powiedziała, mówię - przepraszam Pana ja pierwszy raz...
A na to pan Pawłowski - To widać!
Zrobiło mi się bardzo przykro. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałem się z takim podejściem do młodszych kolegów.
Kilkakrotnie zapraszałem Gustawa Lutkiewicza. Znałem go jeszcze z "Narodowego", obydwaj mieszkaliśmy na Saskiej Kępie i po spektaklach wracaliśmy razem do domów. Lubił mnie i ilekroć wchodził do studia zawsze raczył całą ekipę opowiadaniem jak to młodziutki chłopiec, który kochał teatr i pojawił się w Narodowym jako... statysta teraz jest reżyserem. Podobnie reagował Jurek Kamas. Byli wyraźnie dumni, że przeszedłem tak długą drogę aby zostać reżyserem. A i mnie było przyjemnie.

Zaprosiłem Andrzeja Żarneckiego. Był moim profesorem od piosenki w szkole filmowej. Było to w czasie stanu wojennego kiedy nie wszyscy aktorzy zarabiali w kościołach a praca w dubbingu była często jedynym źródłem utrzymania. Pan Andrzej jako aktor Dejmka nie był nigdzie zaangażowany. Wcześniej w latach 70 -tych nie wychodził ze studia.
Uchodził jednak za bardzo trudnego i wymagającego w pracy. Teraz powracał po 10 letniej przerwie. Powierzyłem mu główną rolę w pięcioodcinkowym serialu radzieckim o Mikłuchu Makłaju. Wszedł do studia. Przywitał się serdecznie z realizatorem dźwięku - Zdzisiu jak zwykle będziesz czuwać nad wszystkim. Równie serdecznie z montażystką: - Marysiu - jak będzie coś nie tak to mnie „podciągniesz” przy montażu.
I zwrócił się do mnie: - a ty Krzysiu siedzisz cicho i nie będziesz nam przeszkadzał! Zacisnąłem zęby.
Opowiedziałem film i kogo ma grać pan profesor. Zacząłem nagranie.
Pierwsze kwestie nagrywam bez uwag. Aż tu nagle przerywam - stop, jeszcze raz.
Pan Andrzej odwrócił się z dezaprobatą. A ja stanowczo: - powtarzamy. Ponownie było nieczysto. Ponownie stop - jeszcze raz. Pan Andrzej: - Czy panu się coś nie pomyliło? Nie wytrzymałem - panie Zdzisiu proszę puścić panu Andrzejowi jego ostatnią kwestię. Kiedy Żarnecki usłyszał, że rzeczywiście nagrał nieczysto przeprosił i do końca nagrań akceptował wszystkie moje uwagi! Profesjonalista. Zaczęło się kłopotliwie. Skończyło wspaniale.To był aktor o świetnym warsztacie z wielkim dorobkiem. Było mi miło, że w pełni zaakceptował mnie jako reżysera bo w szkole nie przepadaliśmy za sobą. I ciekawostka. Był to pierwszy film w powojennej historii dubbingu który został... skrócony i przemontowany!
ZD - Jak to ?
K.Sz. - Był to film biograficzny o wielkim rosyjskim podróżniku, nawet ciekawy i świetnie grany. Niestety radzieckim twórcom płacono (tak jak i nam w studio) od sklejki czy aktu. Nadużywali tego w sposób nieznośny. Przez trzy minuty na ekranie był - falujący step lub kolejne dwie minuty spokojne szumiące morze lub mijane lasy. I tak przez pięć odcinków! Poszedłem więc do dyrektora i opowiedziałem mu o moim pomyśle przemontowania (stan wojenny) radzieckiego filmu! Pan oszalał!!! - i wyrzucił mnie. Następnego dnia przyszedł jednak na nagrania. Sam zobaczył i zrozumiał. Po godzinie pojawił się znów - Panie Szuster, rozmawiałem z telewizją - zgodzili się. Ale Pan i ekipa straci na tym finansowo - dodał z udaną szczerością. Na szczęście nikt z kolegów w Studio nie zaprotestował. Andrzej Żarnecki stworzył kreację. A na kolaudacji dostaliśmy znakomitą ocenę - a więc nie straciliśmy a wręcz zyskaliśmy. Bo gdyby był to nudny, ciągnący się produkcyjniak to oceny zawsze były niskie bez względu na naszą włożoną pracę.
Pani Zofia nauczyła mnie by przed powierzeniem dużej roli aktorowi, z którym się do tej pory nie pracowało, zaprosić go do tak zwanych "gwarów" lub do niewielkiego epizodu. Zrobiłem tak, zapraszając moją młodszą koleżankę, która stała się nagle bardzo popularna. Nagrywaliśmy muzyczny „Gwiazdkowy Prezent”. Przyszła i od razu zaczęła ciosać kołki na głowie kierownikowi, że ma mało czasu. Zmieniliśmy harmonogram nagrań i zaprosiliśmy wszystkich do nagrania wspólnej piosenki. Nie było istotne kto gra jaką postać bo wszystkie "zabawki", kukiełki śpiewały razem. Koleżanka przy dziesięciu aktorach w studio, przerywa nagranie i ostro zwraca się do mnie - proszę mi pokazać którą dokładnie postać mam kreować?! Błyskawicznie wskazałem jej kukiełkę na ekranie, która potem miała powiedzieć ze dwie kwestie solo.
Po nagraniu piosenki wychodząc rzuciła do mnie i kierownika produkcji - proszę więcej do takich bzdetów mnie nie zapraszać! Nie została zaproszona do Studia Opracowań już nigdy. Niestety ten brak pokory wobec pracy spowodował, że i dziś nikt jej już nigdzie nie zaprasza. A szkoda to była rewelacyjnie zdolna aktorka.
Innym razem nagrywałem ilustrację muzyczną do gangsterskiego filmu. Była to piosenka której refren zawierał słowa : kocham cię.
Kierowniczka produkcji ściągnęła mi młodego tenora z operetki. Zaczynamy nagranie. Wszystko idzie dobrze do owego refrenu, kiedy śpiewak zakończył: kocham ciem!
Stop, jeszcze raz! Nagrywamy ponownie i znów - kocham ciem . I tak parokrotnie. Starałem się wytłumaczyć: - proszę pana, niech pan zaśpiewa albo: kocham "cieee" albo kocham "cięę"!!!
A na to ów śpiewak, już bardzo podirytowany - proszę bardzo, proszę bardzo, mogę tak zaśpiewać! Ale prawidłowo jest : kocham ciemm.
Od tego czasu w studio zawsze pozdrawiając się na dzień dobry mówiliśmy - kocham ciem.
W jednej z bajek, nomen omen czeskiej, powierzonych do udźwiękowienia grała gościnnie Giulietta Masina. Przypominam były to czasy stanu wojennego. Zaprosiłem do tej roli Elżbietę Kępińską. Wspaniałą aktorkę, prywatnie żonę premiera Mieczysława Rakowskiego. Byłem pierwszym reżyserem który zaprosił ją do Studia po wielu latach.Ta urocza osoba była niesłusznie "karana" przez środowisko za przekonania jej męża. Taki typowo polski paradoks! Pani Ela nie tylko, rewelacyjnie podłożyła swój ciepły charakterystyczny głos, ale stworzyła prawdziwą kreację aktorską i była lepsza od swojej słynnej włoskiej koleżanki (z ekranu). Po zagraniu u mnie natychmiast zaczęli ją zapraszać i inni reżyserzy!

Pewnego razu do pełnometrażowej, bardzo dobrej kreskówki zaprosiłem - Witolda Sadowego, mego przyjaciela z teatru, starszego ode mnie o 40 lat.
Wituś wrócił do studia po jakichś 25 latach. Wyraźnie podniecony już na korytarzu złapał mnie za rękaw: Krzysiu co ja gram ? A ja na to - Starego Grzyba! - i pędzę nie czekając na jego reakcję na nagranie. W swoim czasie Wituś wszedł na salę nagrań - wyczułem mały dystans. Witek ponownie zadał bardzo serio pytanie, nieco chłodnym tonem - panie reżyserze kogo mam grać ?!
Starego Grzyba - odpowiadam z uśmiechem. Witek usztywnił się. Zwróciłem się do realizatora -
Zdzisiu puść panu Witkowi jego postać. I na ekranie pojawia się gangster - stary grzyb muchomor, niezwykle barwna i ważna w filmie postać. Cała sala i sam Wituś - wybuchamy śmiechem.
Do dziś Witek pogodnie wspomina - Krzysiu obsadziłeś mnie po warunkach.



.Obrazek
Witold Sadowy i Krzysztof Szuster. Krzysztof Szuster jest też wydawcą książkowym - książka Witolda Sadowego "A życie toczy się dalej" jest jego piątą wydaną książką.

Zaprosiłem do nagrania dobranocki pana Wiesława Michnikowskiego. Straszny materiał jakiegoś chorego czeskiego twórcy, który trzeba było uratować, aby nie straszyć dzieci przed snem.
Wymyśliłem sobie, że pan Wiesław swoim cudownym głosem to uratuje. W oryginale pięć postaci grało pięciu aktorów. Pan Wiesław wchodzi do studia i pyta co mam grać ? Czy to wesołe czy smutne? Zaczynamy nagrywać pierwszą postać. Pan Wiesław pyta - Krzysiu to muszę nagrać sam bo to drugie zwierzątko zagra ktoś później? Tak - odpowiadam z szelmowskim uśmiechem. Kończymy wszystkie sklejki pierwszej postaci. Zanim Pan Wiesio zdążył się pożegnać mówię - Panie Wiesiu, pięć minut przerwy - sprawdzimy czy wszystko nagrało się dobrze? Wchodzi ponownie do studia - panie Wiesiu a gdyby spróbował pan jeszcze tego innego robaczka? Pan Wiesio zmienia głos i rewelacyjnie nagrywa postać robala. I tak dalej i tak dalej... Dochodzimy do nagrania tyłówki. I znów konsekwentnie przeczytanie powierzam Wiesławowi Michnikowskiemu, który przezabawnie i z humorem czyta obsadę pięciu postaci. Na kolaudacji komisja i koledzy ze studia przybiegli posłuchać jego zapowiedzi, bawiąc się do łez.


.Obrazek
Benefis Jerzego Hoffmana, Wilanów (2013) - Krzysztof Szuster na koźle powozi siódemką koni.

Z. D. - Rok 1987 to przede wszystkim dwie prawdziwe perełki dubbingowe: "Niekończąca się opowieść" i "Prezent gwiazdkowy". Tym co na pierwszy rzut oka możemy zauważyć to Pana praca z aktorem - odpowiedni dobór głosów, dopracowanie kreacji aktorskich i to co sprawia, że tylko słuchając ścieżki dźwiękowej słychać to co kiedyś żartobliwie określano - "prawda czasu, prawda ekranu"? Kwestie były wypowiadane z odpowiednią rytmiką, kadencją i czuło się, że panuje Pan nad odpowiednim stawianiem akcentu, płynności wymowy itp, że kwestie brzmią po prostu prawdziwie.
K. Sz. - Dziękuję bardzo za tę laurkę. Te dwa filmy to był dla mnie prawdziwy egzamin końcowy szkoły warsztatu jaki przeszedłem w studio. Choć w tyłówce występuje jako "opieka artystyczna " pani Zofia Dybowska -Aleksandrowicz to dziś zdradzę, że nie uczestniczyła na żadnym etapie tak przygotowań obsady jak i w czasie nagrań czy montażu. Wtedy miałem jej to za złe. Zwyczajnie potrzebowałem "uczepić się matczynego fartuszka". Po latach zrozumiałem jak mądrą była ta wielka dama polskiego dubbingu wypuszczając mnie samego na głęboką wodę.
Zanim obsadziłem - „ Nie kończącą „ - obejrzałem film z dziesięć razy. Z postaciami zagranymi przez profesjonalnych aktorów było znacznie łatwiej. Jeden tylko z kolegów nie oddał w pełni tego o co mi chodziło i ponownie, znakomicie nagrał ten głos Krzysztof Krupiński. Absolutnie całej ekipie zależało na tym filmie. To przedziwne, ale aktor wchodząc do studia szybko się orientuje czy bierze udział w artystycznym wydarzeniu czy podkłada głos pod ewidentny knot.
Z dziećmi w obydwu tych filmach było inaczej. Jako pierwszy w Studio przeprowadziłem serię próbnych nagrań zapraszając wielu młodych odtwórców. Najpierw odwiedziłem kilka mokotowskich szkół i poprosiłem polonistki, aby pozwoliły mi wejść na lekcję i powierzyć dzieciom kolejno czytanie listy dialogowej. Tak też wybrałem wstępnie główne, bardzo ważne postaci. A potem wielogodzinne nagrania. Wielokrotnie nagrywaliśmy bez obrazu kwestie, które dzieci intonacyjnie małpowały po mnie. Oj nagrałem się w tym filmie jak nigdy.( śmiech)
Po 28 latach dowiedziałem się, że na forum internetowym poświęconemu polskiemu dubbingowi film „Neverending Story” otrzymał tytuł „Dubbingu roku”, a także wyróżniono „Prezent gwiazdkowy”. Pamiętam, że tym dwóm filmom poświęciłem kilkukrotnie więcej czasu niż standardowej produkcji.
Z.D . - Słuchając dziś ścieżkę dźwiękową można usłyszeć jak dobrze i prawdziwie brzmią wypowiadane dialogi. To efekt prawie nie do uzyskania w filmach aktorskich jakie się opracowuje obecnie. Dziś taki efekt chyba jest nieosiągalny.
K.Sz. - Może to pośpiech? A może bezduszność komputerów, na których się pracuje. Z pewnością kłopotem dziś jest dyspozycyjność aktorów, a raczej ich „zajętość” i brak czasu. Gra się na osobne ścieżki, bez udziału partnerów, z którymi prowadzi się dialog. Najtrudniej mają ci, którzy pierwsi nagrywają z „duchem”. Nie wiem czy byłbym w stanie dziś tak pracować. Innym problemem jest to, że wielokrotnie reżyserują osoby, które same nie liznęły teatru. To poważne obciążenie.
Z.D . - A jak pan obsadzał?
K.Sz - Mój klucz do kompletowania obsady był i jest prosty - obsadzam tych, których lubię .
Z.D. Jak to ?
K.Sz. - Serio. Poza tym szukałem zawsze podobieństwa zewnętrznego. I tak - proszę popatrzeć na smoka Falcora z „Nie kończącej” . Czy nie jest on podobny do Edmunda Fettinga, który zagrał go rewelacyjnie? Czy rola właściciela księgarni? Toż to wykapany Gustaw Lutkiewicz!
Jeśli się znajdzie podobieństwo nie tylko w warunkach zewnętrznych ale i w temperamencie sposobu mówienia to proszę uwierzyć, że widzowie w pełni zaakceptują nasz wybór. Nigdy nie szukałem "podobieństwa głosu ". To można wydobyć od aktora w trakcie pracy - choćby w kreskówkach. Nie ukrywam, że lubiłem "odkrywać" nowych, niekoniecznie młodych. Zresztą pamiętam jak Pani Zofia kiedyś na samym początku mnie zrugała - Krzysiu, będziesz brał sobie nowych, młodych jak będziesz tu pracował kilkanaście lat ". Ale jeszcze jako asystent przemyciłem do obsad kilku nowych zdolnych aktorów.
Z.D. - Wielu reżyserów w wywiadach mówiło mi, że nie lubi przeszkadzać aktorom w czasie nagrań i że całkowicie zdają się na ich intuicję?
K.Sz. - no to po cholerę siedzą jeszcze w studiach? To jaka rola jest reżysera? Klikania w komputer? A może po prostu boją się zwrócić uwagę gwieździe? No to dajmy od razu zrobić wszystko komputerowi... Dawniej reżyser był nie tylko potrzebny aby czuwać nad właściwym akcentowaniem, czy wypowiadaniem tak zwanych końcówek. Na przykład, by słuchacze słyszeli słowo „jest”! A nie "jes " ! Z wyraźnym "t" na końcu.
Czuwało się nad stroną artystyczną wypowiadanych kwestii, by brzmiały prawdziwie i jednocześnie były przekonywujące.
Dziś jest z tym niestety znacznie gorzej. Słyszę często znakomitych aktorów, którzy niedopilnowani „pochylają” czyli mówią niezbyt czysto. No cóż, może to nowa moda?
Należę do tych którzy nawet po obsadzeniu samymi gwiazdami ,staram się "pilnować" aby nie wyszły poza swoje role, aby oddać mimo wszystko to co reżyser i aktor w (wypadku dubbingu) zawarł w oryginale filmu czy sztuce. Reżyser dla aktora powinien być jak lustro w którym może się w każdej chwili przejrzeć (czy dobrze gra?). Nie bałem się nigdy powiedzieć, no może nie wprost, że jest źle, ale... zróbmy to jeszcze raz. Tłumacząc jednocześnie co chciałbym przy powtórce osiągnąć. Często obserwuję a raczej słyszę w dzisiejszych dubbingach nadużywanie przez aktorów (tych z pierwszych stron gazet) tak zwanych "reakcji" . Myślą, że tym ubarwiają kreowaną postać a po prostu "brudzą". I gdyby właśnie wtedy czuwający reżyser wkroczył w trakcie nagrań lub przy montażu to efekt byłby znacznie lepszy. Ale nie należę do tych którzy mówią - a kiedyś to były dubbingi! Oglądałem w ostatnich latach kilka porywających realizacji - choćby tworzonych przez Joasię Wizmur czy Marka Robaczewskiego, niegdyś dobrego aktora. Syna rewelacyjnego aktora teatralnego, radiowego i dubbingowego - Eugeniusza Robaczewskiego. I to jest właśnie przykład reżyserów młodego pokolenia którzy mają przygotowanie zawodowe i nie trafili do dubbingu z przypadku. Mało kto wie, że Marek pisze też wspaniałe teksty piosenek. ("Wyginam śmiało ciało" - to jego!)
Z.D. - Ale porzucił pan SOF w można powiedzieć szczytowym momencie pańskiej kariery?
K.Sz. - O odejściu z pracy w dubbingu znów zadecydował przypadek. Zaproponowano mi dyrekcję teatru w Grudziądzu. Chciałem też wprawdzie startować w konkursie na stanowisko dyrektora SOF. Wtedy SOF i łódzka filia miały bardzo mało zamówień, sytuacja finansowa pracowników była kiepska. Rozwinęła się konkurencja w postaci studia opracowań w samej TVP. Pomyślałem sobie, że lepiej będzie spróbować czegoś nowego i nie użerać się ze starymi problemami. W SOF atmosfera stawała się nie do zniesienia. Brak filmów do opracowań powodował nieprzyjemną walkę o realizacje. Jako najmłodszy reżyser nie miałem w tym wyścigu dużych szans. Musiałbym się opowiedzieć po którejś ze stron kilku frakcji które powstały w tej instytucji. Ale po co?
A poza tym byłem niezależny finansowo co było też powodem wielu krzywych spojrzeń w moim kierunku. Przerwałem to i nie żałuję. Choć pracę, a przede wszystkim ludzi - współpracowników z SOF - wspominam z wielkim sentymentem. Szczególnie panie redaktorki, realizatorów nagrań, montażystki i pracowników technicznych. To byli wspaniali fachowcy i ludzie... cudowne lata.(westchnienie)


.Obrazek
.Obrazek
Wielką pasją Krzysztofa Szustera są konie. W powożeniu zabytkowymi pojazdami konnymi zdobył wiele cennych nagród w kraju i zagranicą. Zwycięski przejazd w Cuts we Francji można obejrzeć na stronie: http://www.konieszuster.pl/
Powyżej: Muzeum Powozów w Budziskach - własność Moniki i Krzysztofa Szusterów.

A teraz... wyjaśnienie. W Polsce już wtedy nie wolno było być niezależnym finansowo (śmiech).
Z.D. - A i dziś też nie jest to dobrze postrzegane (śmiech)
K.Sz, - To prawda, dziś mogę to opowiedzieć śmiało, bez konsekwencji. Na pierwszym roku szkoły filmowej napisałem trzy listy do trzech firm produkujących lunety w zachodniej Europie: do Zeiss, Swarovski Optc i Schmidt&Bender.
„Jestem młodym myśliwym, studentem aktorstwa chciałbym zakupić lunetę do mojego sztucera państwa firmy. Słyszałem, że towar zakupiony bezpośrednio u producenta będzie znacznie tańszy niż w sklepie. Ponieważ w Polsce żadna firma nie sprzedaje Państwa wyrobów może sprzedacie mi bezpośrednio wasz produkt ?”
Po trzech tygodniach od Swarovskiego otrzymałem odpowiedź - NEIN.
Od Zeissa nie otrzymałem odpowiedzi do dziś (ha,ha). Pomimo, że dziś jestem wyłącznym przedstawicielem na Polskę tej firmy.
A od Schmid& Bender dostałem uroczą odpowiedź - "Jeśli przyjedzie młody adept sztuki aktorskiej i łowieckiej do nas do firmy w Biebertal (RFN) to sprzedamy mu lunetę w cenie fabrycznej”.
Pierwsze wakacje. Jadę najpierw do Belgii pracować przy kopaniu rowów melioracyjnych a wracając zajeżdżam do Niemiec i kupuję upragniona lunetę.
Po powrocie do Polski, przypominam: to rok 1976, koledzy z koła łowieckiego proszą mnie o pomoc w zakupie podobnego sprzętu. Piszę więc kolejny list, że dwóch kolegów też by chciało kupić takie lunety. I znów - jeśli przyjedziesz to sprzedamy... I tak zacząłem brać udział w rozkładaniu ustroju socjalistycznego przemycając sprzęt optyczny.
W 1989 właściciel niemieckiej firmy wypowiedział znamienne słowa - Krzysztof w twoim kraju właśnie zmienia się ustrój - może nie zauważyłeś?! Może założysz nasze przedstawicielstwo w Polsce?
I tak się stało. Niestety, poważne prowadzenie interesu jest tak zazdrosne o każdą minutę, że musiałem wziąć sam sobie urlop od... sztuki. Ale po dwudziestu latach zarabiania pieniędzy przekazałem firmę synowi i znów wróciłem czynnie do uprawiania zawodu artysty. Nadal hoduję konie i psy. Mam pod Warszawą stadninę w której mieszkam. Zgromadziłem w niej 65 zabytkowych powozów, 14 sikawek konnych, 8 sań i niezliczoną ilość zabytkowych lamp powozowych, rzędów konnych, pomp strażackich.


.Obrazek
Pokaz polskiego zaprzęgu - powozi Krzysztof Szuster.
.Obrazek
Benefis I Damy Polskiego Ujeżdżenia Wandy Wąsowskiej (obok powożącego Krzysztofa Szustera).

Ale skłamałbym gdybym nie myślał czasem o ponownym wejściu do studia. Przy kiepskiej lampce... pochyleniu się nad tekstem i prowadzeniu nagrań...
Kiedyś nawet zaproponowałem żonie, że założymy własne studio dubbingowe...
Niestety bez odzewu z drugiej strony.

.Obrazek
Krzysztof Szuster, Barbara Krafftówna - Międzynarodowy Konkurs Tradycyjnego Powożenia, Książ 2015.

Z. D . - Dziękuję za rozmowę
K.Sz. - To ja dziękuję. Przepraszam, jestem gadułą. Niech pan poskraca. Tak jak przy... montażu w Studio.
Zawsze można poprzycinać...
Ale jeszcze jedno !!! To ma zostać !!!!
Z.D. - Dobrze. Ale co?
K.Sz. - Z wielką przyjemnością, prawdziwym szacunkiem i podziwem obserwuję to co robi pan i pańscy współpracownicy pielęgnując pamięć o polskiej szkole dubbingu!!!
Gdyby nie Wasza pasja i zamiłowanie i bez wątpienia szeroka wiedza o tej dziedzinie sztuki, niewiele dziś wiedzielibyśmy o ludziach, filmach i całych studiach które odeszły bezpowrotnie wraz z upływem czasu. I nikt tej historii by nie przywrócił. Bardzo ze szczerego serca panie Zbigniewie Dziękuję!


Krzysztof Szuster styczeń 2016
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
 
Posty: 383
Dołączył(a): 15 gru 2011, o 01:28

Powrót do Twórcy dubbingu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 2 gości