Polski-Dubbing.pl • Zobacz wątek - Zofia i Miriam Aleksandrowicz - reżyserki

Strona główna forum Tworzenie dubbingu Twórcy dubbingu

Forum poświęcone twórcom dubbingu: reżyserom, dialogistom, dźwiękowcom, montażystom itd.

Zofia i Miriam Aleksandrowicz - reżyserki

Postprzez Zbigniew Dolny » 29 gru 2013, o 21:32

Zofia Dybowska-Aleksandrowicz i Miriam Aleksandrowicz

Mama urodziła się w Kaliszu 17 maja 1928 roku.
W Kaliszu mieszkała do pierwszej klasy szkoły podstawowej, którą ukończyła wiosną 1939 roku.
Kiedy wybuchła wojna, babcia która samotnie wychowywała mamę z bratem, przekazała ją przez zieloną granicę do Krakowa, do swojej siostry. Podróż była długa i emocjonująca - oddano mamę pewnej kobiecie która przerzuciła ją przez granicę i wróciła na drugi brzeg po kogoś tam jeszcze. Niestety, już nie wróciła, zostawiając mamę w jakimś gospodarstwie u chłopów. Pozostawiona sama, uczyła przez miesiąc dzieci gospodarzy czytać i pisać by zebrać pieniądze na dalszą podróż do Krakowa. Jakoś do Krakowa dotarła i przetrwała tam całą wojnę. Po wojnie ukończyła liceum Urszulanek i zdała na Historię Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kiedy była na trzecim roku studiów, któregoś dnia zobaczyła kilku studentów łódzkiej Filmówki nakręcających jakąś scenę do filmu pod Hotelem Francuskim. Wśród nich był Tadeusz Aleksandrowicz, miłość mojej mamy od pierwszego spojrzenia.
Mama postanowiła zdawać do Filmówki by być bliżej swego ukochanego. Ale jak to zrobić? Była już na czwartym roku studiów, na roku dyplomowym, a wtedy nie było możliwości studiowania na dwóch kierunkach i to w dodatku w dwu różnych miastach. Mama udała się po ratunek do mojego dziadka - jej ojciec, Stefan był znanym działaczem i ministrem kultury w latach 1947 - 1952. Pod warunkiem, że ukończy Historię Sztuki dziadek zgodził się jej pomóc i wystarał się jej o pozwolenie na studiowanie w Łodzi. Wtedy w Filmówce był taki system naboru na studia - jednego roku przyjmowani byli ludzie po maturze a drugiego po studiach wyższych. Tego roku nabór był dla tych po maturze. Uradzono więc, że mamę przyjmą od razu na drugi rok - zaliczy tylko kilka egzaminów specjalistycznych. Więc mama przez najbliższy rok kursowała pociągami pomiędzy Krakowem gdzie kończyła Historię Sztuki a Łodzią gdzie nadganiała pierwszy i studiowała drugi rok Filmówki. Ponoć konduktorzy w pociągu którym kursowała, dobrze ją poznali i zawsze serdecznie rozmawiali pytając: "...Pani Zosiu, a co dzisiaj?..."
W końcu udało się, ukończyła Jagiellonkę i pozostała w Filmówce. Pobrali się z ojcem i na trzecim roku Filmówki, w 1954 r. urodziła się moja siostra Małgorzata. Mama kończyła studia z dzieckiem na ręku. W szkole zrealizowała dwie etiudy szkolne: "Przygoda Lucynki"(1953) i "Dzień z "Groteską" " w 1955 roku. Szkołę ukończyła w 1955 a film dyplomowy "Cena barykady" zrobiła w 1959. Kończąc szkołę z małym dzieckiem podjęcie pracy reżysera nie za bardzo było możliwe. Mama musiała być na miejscu, nie mogła wyjeżdżać na plan filmowy na dłuższy czas - więc zaproponowano jej pracę w Studio Opracowań Filmowych w Warszawie.

.Obrazek.Obrazek
Reżyser Zofia Dybowska-Aleksandrowicz przy pracy w Studio Opracowań Filmowych, za nią siedzi operator dźwięku Zdzisław Siwecki. Po prawej stronie, z jednym ze swoich ulubionych aktorów - Andrzejem Sewerynem (Prowansja 1985 r.)

Mama nie bardzo lubiła dubbing, przecież to taka praca odtwórcza a nie twórcza - zastanawiała się co by tu zrobić, żeby to jakoś brzmiało fajnie i by angażować jak najlepszych aktorów by poziom artystyczny dubbingu był jak najwyższy. Kiedy już, już wydawało się, że rzuci dubbing i odejdzie do fabuły - urodziłam się ja - 1 września 1957 roku. To mamę już na stałe ustawiło w życiu jako reżysera dubbingu. Oczywiście jeszcze próbowała wyrywać
się do kinematografii - zrealizowała kilka filmów dokumentalnych: "Ziemia zabrana morzu", "Wołga, Wołga", "Teatry Rzymu", "Spotkania z Kazaniem", "Miasto wyrosłe z pałacu", "Kawior i celuloza" - wszystkie w 1965 roku. Rok później bardzo fajny film z Anną German i Kazimierzem Brusikiewiczem : "Marynarka to męska przygoda". W tym samym 1966 roku - "Hotel w obłokach", i "Dar oceanu". Później "Stolica nad Szprewą"(1967), "Ballada z Via Margutta" (1967), "Ambasadorowie w granatowych garniturach" 1968 i w roku 1971 - "Z niedzieli na niedzielę". Była też asystentką reżysera - Janusza Nasfetera przy filmie "Abel twój brat" w 1970. Stwierdziła jednak, że być "młodym, zdolnym dobrze zapowiadającym się reżyserem" w wieku lat czterdziestu chyba jednak nie wypada i pozostała przy dubbingu. Chyba dla dubbingu z nie najgorszym skutkiem.

Zawsze kochała aktorów i oni odwzajemniali to uczucie, nigdy nie odmawiając jej pracy nad filmem który dubbingowała. Zawsze starała się jak najlepiej wykonać swoją pracę. To jej był pomysł by polski dubbing nazwać "polską wersją językową" - czymś co nie jest zwykłym dubbingiem ale polską, aktorską interpretacja dialogów.
Już w roku 1959 zrobiła samodzielnie "Przygodę w Bamsdorf" a w roku 1961 wyreżyserowała trzy dubbingowe przeboje kasowe: "Alicję w krainie czarów", "Anatomię morderstwa" i piękny film dla dzieci "Latawiec z końca świata". W filmie tym obok młodego Piotra Fronczewskiego zagrała moja siostra Małgorzata. Ja debiutowałam chwilę później, w 1962 roku, w jakimś filmie o słoniu. Nie pamiętam już jego tytułu, natomiast pamiętam jak podpowiadano mi dialogi gdyż nie umiałam jeszcze czytać.
Jeśli dla mojej siostry dubbing w "Latawcu" był jednorazową przygodą, później została technikiem kreślarzem, to ja połknęłam bakcyla dubbingu. Grałam często, bo przecież reżyserowi łatwiej było krzyczeć na własne dziecko niż cudze. Mam ogromną satysfakcję, że grałam u boku takich sław jak Jan Kreczmar, Andrzej Seweryn, Marian Kociniak czy Mariusz Dmochowski z którym pracowałam nad serialem "Sześć żon Henryka VIII". Grałam tam jego młodziutką córkę, późniejszą Krwawą Mary.
Pracując u boku takich ludzi, słuchając ich uwag - a wtedy pracowało się zespołowo, to była nauka od najlepszych. Mogę więc śmiało powiedzieć, że wychowałam się w studio dubbingowym. Rosłam tam przy tym słynnym bufecie który miał za ladą półkę na której stały ciastka. Jako dziecko marzyłam by by na tyle dużą by zajrzeć na tą półkę i zobaczyć jakie tam ciastka stoją. Jak dorosłam, to akurat bufet zlikwidowali.

Lata 60-te to był szczęśliwy okres dla dubbingu - w 1963 roku mama wraz ze swoją asystentką - Izą Falewicz zdubbingowała wielki kinowy przebój "Julio jesteś czarująca" z Lili Palmer której głosu użyczała Danuta Szaflarska. To była wielka kreacja aktorska pani Danuty i wielki sukces. Później były takie przeboje dubbingowe jak "Ciotki na rowerach" rosyjska komedia dla młodzieży, "Bajka o zmarnowanym czasie", "Piotruś partyzant", amerykański film sf "Wehikuł czasu", "Wizyta starszej pani"; bardzo trudny w nagraniach "Wyrok w Norymberdze" Stanleya Kramera, rosyjska "Anna Karenina" z Ludmiłą Samojłową i wielką rolą Aleksandry Śląskiej. Świetna komedia węgierska "Byłam głupią dziewczyną" gdzie u mamy znowu wielką kreację stworzyła Danuta Szaflarska, była i rosyjska "Zbrodnia i kara" i amerykański thriller "Próba terroru".

Lata 70-te i 80-te to czas wielkich seriali telewizyjnych. Niektóre na zawsze zapadły w pamięć telewidzom: "Belphegor, czyli upiór Luwru", "Saga rodu Forsyte'ów" z wielkimi rolami Zdzisława Tobiasza i Anny Seniuk, "Elżbieta, królowa Anglii" z Glendą Jackson i Aleksandrą Śląską, "Pogoda dla bogaczy" z Krzysztofem Kolbergerem i Krzysztofem Kołbasiukiem, "Anna Karenina" BBC z Ewą Kanią, "Rodzina Boussardelle'ów", "Tamte lata, tamta dolina" BBC, "Na wschód od Edenu" czy wspaniały serial rysunkowy "Między nami jaskiniowcami" z Mirosławą Dubrawską, Barbarą Marszel, Cezarym Julskim i niezapomnianym Kazimierzem Brusikiewiczem.

W latach 80-tych natomiast najważniejszymi i najbardziej prestiżowymi dubbingami były spektakle Teatru Telewizji na Świecie. Moja mama zrealizowała m. in. z cyklu "Szekspira dzieła wszystkie" - "Romea i Julię", "Burzę", "Hamleta", "Poskromienie złośnicy" i "Otella". Kiedy śmierć ją zastała szykowała się do nagrywania „Koriolana”.

.Obrazek.Obrazek
Zofia Dybowska-Aleksandrowicz z obiema córkami - Małgorzatą i Miriam. Po prawej stronie: unikalne zdjęcie, rok 1976 od lewej: Małgorzata Aleksandrowicz, Tadeusz Aleksandrowicz i Zofia Dybowska-Aleksandrowicz.

To, że u Zofii Dybowskiej-Aleksandrowicz występowali najwięksi polscy aktorzy dramatyczni, było zasługą jej charakteru. Była człowiekiem szalenie otwartym, bardzo towarzyskim, zawsze poszukującym. Chodziła na premiery, obracała się w świecie aktorów i uwielbiała ich. Aktor był dla niej najważniejszy w dubbingu i ja staram się kultywować tą tradycję. Też uważam, że to aktor musi wykonać to wszystko co nałożymy mu na grzbiet, więc musimy mu zapewnić na tyle, na ile to możliwe, komfortowe warunki pracy.

Na przestrzeni lat zmieniała się technika nagrań: w latach 80-tych zamiast ekranów wstawiono do studia monitory na których mogliśmy obserwować obraz lecącej w kółko, zapętlonej sklejce. To był bardzo niewygodny system pracy. Nie odpowiadał prawie nikomu w związku z czym bardzo szybko z niego zrezygnowano. Później metodę tą przejęły Telewizyjne Studia Dźwięku - u nich to pojawiało się: "3; 2; 1; sklejka " - i na takich sklejkach usiłowano pracować. Później Master Film który wyrósł na bazie Telewizyjnych Studiów Dźwięku usiłował pracować tą metodą. Wtedy już pracowałam w Masterze i to ja zaczęłam wprowadzać nowe metody pracy - wcześniej to montażyści mieli obowiązek dzielenia filmu na sklejki, natomiast ja uważałam, że to bez sensu. Nie zawsze było to wygodne i logiczne dla danego aktora. Na przykład początek sceny z danym aktorem zaczynał się na sklejce która się właśnie kończyła i aktor nie mógł nabrać oddechu do następnego kawałka. Zlikwidowałam więc te sklejki. Teraz już nikt w ten sposób nie pracuje.
Zarzuciliśmy monitory i powróciliśmy do ekranów i do tego, że to reżyser wyznaczał długość sceny nad którą się pracowało. Wszystko zależało od sceny, od temperatury i od aktorów którzy pracowali wtedy razem. Była to metoda bardzo przydatna młodym aktorom, którzy byli bardzo stremowani - przecież pracowali razem ze swoimi mistrzami, największymi aktorami dramatycznymi. Z drugiej strony - oni się od nich uczyli. Dzisiaj to ja muszę mówi
młodym ludziom co to jest reakcja kiedy tak stoją speszeni przed mikrofonem i mają chrząkać lub wydawać jakieś dziwne dźwięki co we wspólnej pracy z drugim aktorem było zupełnie naturalne. Oni się wtedy szybciej uczyli a uczyli się od najlepszych. Bardziej się starali, teraz też się starają, ale nie mają z kogo brać przykładu. Zostają sami w ciemnej sali i nauka ich trwa dłużej i mozolniej niż wtedy kiedy można było coś podpatrzeć u kolegi czy partnera. Muszę im tłumaczyć jak się przewraca kartki, co oznaczają znaczki które są naszą partyturą.

.Obrazek.Obrazek
Na planie filmu "Abel twój brat" - Janusz Nasfeter (reżyser, z lewej strony) i Zofia Dybowska-Aleksandrowicz (drugi reżyser). Po prawej stronie: Miriam Aleksandrowicz w tym filmie zagrała koleżankę na szkolnej wycieczce.

Wychowałam się w domu otwartym. Mama nigdy nie zamykała drzwi po południu gdyż inaczej tylko by się je otwierało i zamykało. Zawsze u nas byli goście. Chodziłam z mamą na spektakle do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej a ponieważ mieliśmy jeden z pierwszych kolorowych telewizorów zawsze pełno u nas było studentów z tej szkoły. Przychodzili do nas na przedstawienia Teatru Telewizji które na bieżąco analizowaliśmy i dyskutowaliśmy o nich. Organizowaliśmy mnóstwo spotkań towarzyskich, wyprawiało się Andrzejki, losowaliśmy losy w Mikołajki - dom nasz tętnił życiem. Ciągle coś się działo. Jeszcze jako studenci przychodzili do nas: Krzysio Kolberger, Anna Romantowska jego ówczesna narzeczona, ona przyprowadziła Krzysia Kołbasiuka. On zaś przyprowadził swoich kolegów. Stałymi bywalcami byli u nas Mirek Konarowski i Jacek Czyż. Żartowaliśmy, że obiady czwartkowe były u Stasia a zupy poniedziałkowe u Zosi.
Wzrastając w takim domu musiałam zostać aktorką. Decyzję taką podjęłam dosyć wcześnie, gorzej było z jej realizacją. Byłam święcie przekonana, że kto jak kto, ale ja dostanę się do Szkoły Teatralnej za pierwszym podejściem. Jednak oblałam. Oczywiście nie uruchamialiśmy żadnych protekcji, pewno przyczyniła tu się jakaś moja niezdolność ale i animozje w środowisku. Panie oburzone, że nie grały u mojej mamy w dubbingu i panowie obrażeni na mego ojca, który był dość kategoryczny w tym co robił - a robił wtedy te wszystkie akademie "ku czci" - i były to występy za dobre pieniądze.
Nie dostałam się wtedy na wymarzone studia, ale na egzaminach wypatrzył mnie pan Henryk Mozer - reżyser teatralny. W tym czasie pracował nad "Panem Jowialskim" w Teatrze w Gnieźnie. Zaproponował mi w nim rolę Helenki. I już w czerwcu jako młoda adeptka sztuki aktorskiej wywędrowałam tam na próby a od września przeniosłam się do Gniezna gdzie przepracowałam półtora roku.
Po pierwszym sezonie próbowałam jeszcze raz zdawać do Szkoły Teatralnej - niestety z podobnym skutkiem. W dniu kiedy się nie dostałam, mama starała się by było mi jak najmniej przykro - zabrała mnie najpierw na nagrania a później zafundowała kolację w Spatifie. Nie bywałam tam często, to była nobilitacja, że mogłam pójść tam na kolację razem z Krzysiem Kołbasiukiem, Dorotą Stalińską i moją mamą. Razem z Dorotą wyruszyłyśmy wcześniej by zająć stolik a mama z Krzysiem jeszcze pracowali w Studio. Niestety w Spatifie nie było wolnego stolika,, ale przy jednym ze stolików siedział samotnie Jonasz Kofta, zauważył Dorotę i zaprosił nas do siebie. Wieczór skończył się tym, że mama wspólnie z Jonaszem zaplanowali mi życie na najbliższych kilka lat. Miałam natychmiast wyjechać za granicę, uczyć się, kształcić język, miałam zobaczyć jak wygląda świat.
I rzeczywiście, kilka miesięcy później wyjechałam na pół roku do Paryża. Byłam tam femme de menage - taką panią do dziecka, czyli osobą do wszystkiego - sprzątałam, opiekowałam się dzieckiem itd. itp.
W tym czasie mama wyjechała na wycieczkę do Leningradu gdzie spotkała Ewę Złotowską, która studiowała tam na reżyserii estrady. Mama z moim ojcem stwierdzili, że to świetny pomysł na moje przyszłe studia. Zapisali mnie tam. Wtedy było tak, że za granicą można było studiować tylko wtedy kiedy w kraju nie było takiego kierunku studiów - a w Polsce estrady nie było. Wróciłam z Paryża, zdałam egzaminy na reżyserię estrady planując, że po pierwszym roku przeniosę się na reżyserię teatralną - co było jak najbardziej możliwe, gdyż u nas i u nich w szkolnictwie był jednakowy bałagan więc nie zauważyliby, że reżyseria teatralna jest w Polsce. Na miejscu w Leningradzie okazało się, że studia na reżyserii estrady dla studentów obcokrajowców są co dwa lata i tego roku nie było naboru, ale mogłam tam rozpocząć rok na wydziale dramatu u słynnego Towstonogowa. Musiałam tylko zdać jeszcze jeden egzamin i zaczęłam swoją rosyjską przygodę. Był rok 1978.
Po roku studiów z powodów zdrowotnych i z powodu nieumiejętności dogadania się z Arkadiuszem Katzmanem, prawą ręką Towstonogowa (sam Towstonogow nie pokazywał się na zajęciach pierwszego roku, wtedy zajęcia prowadzili jego asystenci) który zakomunikował mi, że dostanę zaliczenie jedynie pod warunkiem, że odejdę z jego roku - przeniosłam się do Kijowa gdzie w wieku 24 lat skończyłam studia. Wcześniej, bo na drugim roku studiów, urodziłam syna - Jana.

Na spektakl dyplomowy w Rosji wybrałam sztukę białoruskiego pisarza nowej fali - "Próg" Dudajewa. Po raz pierwszy w sztuce rosyjskiej bohaterem był tu antybohater, czyli alkoholik. Później sztukę tą przetłumaczyłam i wystawiłam w Polsce.
Ponieważ nie chciałam by do Polski przyjechał "kot w worku" - czyli reżyser, to dyplom zrobiłam w Toruniu w Teatrze im. Wilama Horzycy, którego dyrektorem był wówczas wspaniały człowiek Marek Okopiński. Pan Okopiński mi zaufał i wyreżyserowałam sztukę węgierskiego pisarza Istvana Csurki "Deficyt".
Miałam to szczęście, że poznałam obu twórców osobiście. To ogromna odpowiedzialność wystawić sztukę którą ktoś napisał, czy utrafi się w myśl autora, czy odda się jego ideę - ale podobno byli zadowoleni. Premiery zawsze są sukcesem, tylko... co potem?
Mój ojciec był dyrektorem Teatru w Białymstoku więc poszłam do niego.
Musiałam mieć etat i mieszkanie służbowe by gdzieś zamieszkać z synem.
Tak zaczęłam swoją drogę teatralną.
Najpierw pracowałam w Białymstoku, po czym wyjechałam na chwilę, na stypendium do Francji, do teatru St. Etienne. Niestety, ze względu na ciężką chorobę serca mojej mamy, wyjechałam na to stypendium dość późno. Teatr skończył właśnie sezon i rozpoczynała się przerwa letnia. Więc zostałam obserwatorem na dwóch wielkich festiwalach teatralnych: na Wielkim Festiwalu Teatralnym w Amiens i Festiwalu Teatralnym Młodych Widzów w Lyonie.
Po dwóch miesiącach spędzonych we Francji wracam do Polski a tu mój ojciec przestał być już dyrektorem Teatru. Następny dyrektor, jak łatwo się domyślić, nie chciał mnie córki poprzednika u siebie w teatrze. Wpierw chciał mnie zwolnić dyscyplinarnie ale jakoś się dogadaliśmy i przeniosłam się do Teatru w Płocku, do Tomka Grochoczyńskiego. W następnym sezonie przeniosłam się do Teatru "Maszkaron" Brunona Rajcy w Krakowie. Zaczęłam pracować w Piwnicy pod Baranami i myślałam zagnieździć się tu na dłużej. Niestety, śmierć mojej mamy przekreśliła wszystko.
Jeszcze rok po jej śmierci byłam w Krakowie - nie mogłam myśleć o Warszawie.
Przed śmiercią mama pracowała nad "Koriolanem" Szekspira do którego już zrobiła obsadę. Po jej śmierci spektakl ten przejęła Maria Piotrowska, częściowo zmieniła obsadę na swoją, ale zostawiła Krzysztofa Kolbergera. Krzysztof oznajmił, że nie wejdzie na salę nagrań beze mnie. Wszyscy mieliśmy wtedy mocno napięte nerwy, wszystko było dosyć emocjonalne.
Dziś po latach widzę to lepiej - byłam wtedy bezrobotna i wszyscy bardzo się starali żebym cokolwiek robiła. Żebym się jakoś pozbierała i zaczęła zarabiać pieniądze. Miałam dziewięcioletnie dziecko na utrzymaniu. Zrobiłam tego "Koriolana" po czym jeszcze przez rok próbowałam mieszkać w Krakowie. Z Warszawy jednak przyszła propozycja pracy w dubbingu w SOF.

.Obrazek.Obrazek
Miriam Aleksandrowicz z Wiesławem Michnikowskim podczas nagrań do Smerfów. Obok: nagrania wyjazdowe w Budapeszcie do filmu "Horton słyszy ktosia" - Magdalena Stużyńska,, Miriam Aleksandrowicz i Michał Żebrowski.

W Krakowie nie za bardzo było co robić, zwłaszcza, że rozstałam się z Teatrem Brunona Rajcy, więc pojechałam do Warszawy.
W tamtych czasach nie zostawało się reżyserem dubbingu tak z dnia na dzień - zostałam asystentką pani Marii Piotrowskiej i pod jej kuratelą odbywałam staż reżyserski. Na początku roku 1991 zrobiłam swój film dyplomowy, amerykańską komedię "Bingo". Zebrała się komisja, film został oceniony i w ten sposób otrzymałam papiery reżysera dubbingu. Byłam jedną z ostatnich osób która zdobyła w ten sposób, przed komisja ministerialną, papiery reżysera dubbingu.
Równocześnie pracowałam jako aktorka dubbingowa.
U pani Marii Piotrowskiej zagrałam Dyzia w przygodach Kaczora Donalda. Nieskromnie powiem, że to ja nadałam imiona : Hyzio, Dyzio i Zyzio siostrzeńcom Donalda. Przedstawiciel Disney'a, pan Blake, chciał żeby to były imiona oryginalne, takie jak u nich. Ale zaoponowałam: "...więc gratuluję wszystkim polskim dzieciom które będą mówić: Huey, chodź, pójdziemy się pobawić...". Postawiłam na swoim.
Ponieważ wydaję dźwięki takie jak mówi kaczor Donald, chcieli bym to ja została polskim kaczorem. Niestety, ja nie mówię, ja tylko wydaję dźwięki a'la kaczor, więc rozpisano konkurs na kaczora. Wygrał go Mariusz Czajka i on był pierwszym polskim kaczorem Donaldem. Mówienie w ten sposób jest piekielnie trudną sztuką. Po nim przejął to Jarek Boberek i do dzisiaj użycza on jemu głosu.

Lata dziewięćdziesiąte to bardzo ciężki czas dla polskiego dubbingu - coraz mniej filmów przychodziło do opracowania, dubbing był za drogi, ceny - w tym wynagrodzenia, zmieniały się z dnia na dzień i wystarczyły trzy lata by ludzie zapomnieli o dubbingu. W tym czasie wmawiano nam, że dubbing jest do kitu, że to nie jest dobre, że lektor jest lepszy, bo .... jest po prostu tańszy. Na szczęście badania psychologiczne wykazały, że dzieci nie utożsamiają się z bohaterem którego czyta lektor - więc teraz dubbingujemy większość filmów dla dzieci - dzięki temu chyba jeszcze istniejemy.
Mama zrobiła w całym swoim życiu tylko kilka filmów rysunkowych - "Alicję w krainie czarów" Disney'a czy panią Łyżeczkę i oczywiście niezapomnianych Flintstonów a także Asteriksa i Kleopatrę; współpracowała ze Studiem Filmów Rysunkowych w Bielsko-Białej przy "Podróżach Bolka i Lolka dookoła świata" - jednak generalnie robiła filmy fabularne, aktorskie - w większości dla widzów dorosłych. Kiedyś robiło się 90% filmów dubbingowych dla dorosłych a 10% dla dzieci - teraz proporcje są dokładnie odwrotne.
W SOF zrobiłam piękny film Disney'a "Aryskotraci" ; później "Bernarda i Biankę w krainie kangurów" (film ten opracowywałam w SOF w wersji mono, wiec później opracował go ponownie Krzysiek Kołbasiuk w wersji stereo na potrzeby VHS i DVD). Filmy rysunkowe gra się trochę inaczej, inne są zasady, inny sposób gry aktorskiej, inne emocje i co innego trzeba akcentować. Aktor musi używać innych środków wyrazu niż w filmie aktorskim. Kiedyś takie dubbingi jak do "Belphegora, czyli upiora Luwru" czy do serialu "Ja, Klaudiusz" to były kamienie milowe polskiego dubbingu. Pracowali nad nimi tacy wspaniali reżyserzy jak Jerzy Twardowski, Maria Olejniczak, Maria Piotrowska, Iza Falewicz, Maria Horodecka czy moja mama. Teraz takim kamieniem milowym okazał się "Shrek" wyreżyserowany przez moja koleżankę - Asię Wizmur. Po "Shreku" zrobiła się moda na taki dubbing. Dystrybutorzy dawali nam różne filmy i zastrzegali by robić je tak jak "Shreka". Zbuntowałam się kiedy dostałam "Śniętego Mikołaja" i chciano bym dialogi robiła w nim shrekiem. To było kino familijne i nie można było tego zrobi shrekiem. Nie można było uśmieszniać tu dialogów na siłę. To był zupełnie inny gatunek filmu. Shrek wstrzelił się nową technologią, znakomitym, oczywiście, dubbingiem, nowym systemem animacji - Shrek zawojował świat przez swoją nowość. On u nas by wypalił nawet wtedy gdyby Stuhr nie zagrał osła - tak podejrzewam. Choć pan Jerzy zagrał go wspaniale i „nasz” osioł jest absolutnie niepowtarzalny.

Ze Studia Opracowań Filmów odeszłam gdzieś pod koniec roku 1995.
Ewa Borek (kierownik produkcji z TVP) i Andrzej Kowal zaprosili mnie do organizowania studia nagrań - Studia Kobart. Było to pierwsze w Polsce studio które pracowało tylko na komputerach. Później dopiero powstał Master Film który wyrósł na bazie Telewizyjnych Studiów Dźwięku.
Prywatne studia były tańsze, czyli bardziej konkurencyjne. Nie było tak jak w SOF gdzie dwie ekipy realizatorów - moja i Marii Piotrowskiej, utrzymywały z kilkadziesiąt osób zatrudnionych na etatach.
Chciałam pracować w SOF do końca, jednak dostawałam coraz mniej pracy. Poszłam na rozmowę do dyrektora mocno zdenerwowana, gdyż dostałam propozycję stałej współpracy z Master Filmem. Współpracy na cały etat, co było dla mnie bardzo ważne - miałam przecież nieletnie dziecko na utrzymaniu. Jakież było moje zaskoczenie i szok, kiedy pan Franciszek rozstał się ze mną błyskawicznie i bez bólu.
W roku 1995 na rynek polski wszedł C+ i zaczął się dobry okres dla dubbingu. Master Film otrzymywał mnóstwo świetnych filmów do roboty. Niestety, ja otrzymywałam głównie seriale. Dostawałam je dlatego, że ... pracowałam bardzo szybko (mam to po mamie). W związku z czym kiedy do studia przyszedł serial "Parker Lewis" i było wiadomo, że nie da rady się go zrobić w terminie - a terminy C+ wyznaczał zabójczo krótkie, dano go mnie. C+ już miał zaklepane terminy emisji, wiadomo było, że to musi się wyłożyć i tylko my mieliśmy sprawić by serial wyłożył się jak najpóźniej. Mieliśmy jak najdłużej pociągnąć prawie codzienną emisję serialu. Moja bardzo młoda, wtedy dopiero co zatrudniona kierownik produkcji Agnieszka Sobieraj ułożyła nam grafik - jak to zrobić by się nie wywaliło. Pracowaliśmy wtedy na okrągło. Mój montażysta prawie trzy doby nie wychodził ze studia, montował na bieżąco by z tym zdążyć. Kiedy już po takim maratonie, kiedy tylko godzinę zdrzemnął się pod swoim stołem montażowym, wyrzuciliśmy go z dzieckiem do parku. Kiedy stamtąd wrócił powiedział: "Wiesz co, Miśka? W parku kaczki kwaczą niesynchronicznie". Tak było. . Później jednak kiedy przyjrzałam się kaczkom okazało się, że rzeczywiście - kaczki najpierw otwierają dziób a później wydają dźwięk.
Nad tym serialem pracowaliśmy od 9 rano do 21-22 w nocy - a przecież był to serial z młodzieżą. Główne role grali aktorzy ale reszta to była młodzież. Później musiałam rozwozić ich po domach bo nie mogłam pozwolić by 14-15 latkowie wracali sami do domu po nocy. Jednak udało się nam ten serial zrobić. Nie wywalił się on nigdy, chociaż była to bardzo karkołomna praca.

.Obrazek
Impreza Andrzejkowa, ok 1974 r. - Małgorzata Aleksandrowicz, Miriam, córka Marka Sarta - Magda Szczerbińska i Krzysztof Kołbasiuk.

W Masterze pracowałam jakieś 4-5 lat i zostałam stamtąd wyrzucona prawie że dyscyplinarnie. Miałam z szefem Master Filmu, Rafałem Kowalskim taką umowę - kiedy mnie angażował i bardzo chciał bym do niego przyszła do pracy, zgodziłam się pod warunkiem, ze będę zatrudniona na etat ( w ramach etatu nigdy w życiu nie odmówię mu żadnego filmu) ale to co robię po pracy - jest wyłącznie moją sprawą.
- Ależ, tak. Oczywiście - usłyszałam.
I poszło o film "Babe, świnka w mieście". W Master Filmie wyreżyserowałam "Babe, świnkę z klasą" po czym druga część tego filmu przyszła do Start International z zaleceniem bym i tą część ja wyreżyserowała. Poszłam więc do Rafała i mówię jaką dostałam propozycję. Wtedy okazało się, że pan Rafał jest niezadowolony. By nie zaogniać sytuacji zrobiłam tą "Świnkę, w mieście" ale podpisała to moja koleżanka Asia Wizmur.
Później do Mastera, do wyceny i na próby głosy przyszedł serial "Blokersi". Była to taka plastelinkowa animacja zrobiona przez Eddiego Murphy. I niestety, nie wiem czy to cennik był za drogi, czy coś innego , ale nie dostaliśmy tego serialu. Otrzymało to Studio Kobart i Andrzej zaproponował mi bym to ja robiła. Zaczęłam robić próby głosu. Ponieważ w serialu tym pracowały też dzieci, któreś z nich podpytano kto to reżyseruje - bo robiłam to pod pseudonimem Marian Dunajski by nie prowokować dalszych konfliktów. No i za ten film zostałam prawie że dyscyplinarnie wyrzucona z pracy. Przeniosłam się wtedy do Andrzeja Kowala, do studia .Green. Niestety, studio to bardzo krótko funkcjonowało. Założył je Andrzej Kowal wraz z dźwiękowcem Wojtkiem Ślusarskim.
Później, byłam przez siedem miesięcy bezrobotna a potem wróciłam do Studia Sonica w którym pracuję do dziś.
Dwa lata temu wróciłam do Teatru w charakterze aktorki. Teraz mój Teatr w Siedlcach, 27 października 2013 r. wystawił swoją drugą premierę - "Iwonę, księżniczkę Burgunda". Gram tu męska rolę szambelana.
W Sonice obecnie pracuję nad dubbingiem do wspaniałego filmu 20-th Century Fox "Wędrówki z dinozaurami". Doprowadzono tu do takiej perfekcji animację komputerową, że mamy wrażenie, że jesteśmy w świecie w którym żyją dinozaury. W filmie tym nie ma kłapów, jest tylko narracja z offu - więc będzie to popisem aktorskim dwóch aktorów: Bartka Opanii i Bartosza Obuchowicza.
Oprócz tego robię takie trzy moje ulubione seriale: "Zwyczajny serial" czyli "Regular show" - dość zwariowana animacja z bardzo dziwnymi postaciami. Akcja serialu dzieje się w parku a bohaterami są częściowo ludzie, częściowo zwierzęta lub maszyna która ma gumę do żucia w sobie i która jest szefem parku. Oczywiście wszyscy oni są spersonifikowani i jest to bardzo zabawne.
Dwa pozostałe: "Little Pet Shop", niestety musieliśmy zachować taki tytuł ze względu na zabawki, które wypuszczono na nasz rynek - początkowo była to animacja rysowana dość toporną kreską, w tej chwili jednak serial wyszlachetniał i jest to pięknie rysowana animacja dla małych dzieci.
"Schronisko dla bezdomnych zwierząt" to trzeci z seriali które cyklicznie do mnie wracają i nad którymi pracuję z dużą przyjemnością.
Najchętniej do końca życia pracowałabym przy filmach Jima Hensona - kiedyś robiłam jego serial "Dog City, miasto piesprawia" gdzie Darek Dunowski napisał do niego rewelacyjne dialogi. Ten typ humoru do mnie najbardziej przemawia.
Dziś jestem też szczęśliwą babcią. Mój syn Jan pracuje też w dubbingu kultywując rodzinną tradycję a jego synek - Modest Aleksandrowicz ma obecnie 2,5 roku i już w wieku trzech tygodni zadebiutował w filmie polskim - wystąpił w serialu "Przepis na życie".

Wywiad z panią Miriam Aleksandrowicz przeprowadziłem w listopadzie 2013 r.
Wszystkie fotografie pochodzą z rodzinnego albumu pani Miriam Aleksandrowicz.
Ostatnio edytowano 16 sty 2014, o 12:12 przez Zbigniew Dolny, łącznie edytowano 1 raz
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
 
Posty: 383
Dołączył(a): 15 gru 2011, o 01:28

Re: Zofia i Miriam Aleksandrowicz - reżyserki

Postprzez Zbigniew Dolny » 12 sty 2014, o 11:21

Wczoraj, 11.01.2014 w Radiu dla ciebie został wyemitowany wywiad z Miriam Aleksandrowicz o dubbingu.
Gorąco polecam!
Wywiad można odsłuchać ze strony:
http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-przodkowie-i-ich-bajeczki-oraz-dubbing-w-polsce/

.Obrazek
Na zdjęciu: nagrania do Smerfów - od lewej, w głębi - Jerzy Januszewski, Miriam Aleksandrowicz, Halina Ryszowiecka, Zbigniew Suszyński i Halina Chrobak.
Zbigniew Dolny
Prawdziwy ekspert
 
Posty: 383
Dołączył(a): 15 gru 2011, o 01:28


Powrót do Twórcy dubbingu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość