Mariusz Arno-Jaworowski – wywiad na temat pracy w dubbingu

Mariusz Arno-Jaworowski rok 2015 (fot. Maciej Grochala)

Urodziłem się w roku 1959. Moi rodzice byli znanymi naukowcami, byłem jedynakiem. Rodzice chcieli bym poszedł w ich ślady i też zajął się pracą naukową, dlatego bardzo dbali o moje wykształcenie, co nie zawsze szło w parze z moim zapałem do pracy. Już w przedszkolu uczyłem się języka angielskiego a od trzeciej klasy francuskiego. Każde wakacje spędzałem w którymś z krajów anglosaskich. Wyjechałem tam po raz pierwszy w roku 1968. W drugiej klasie liceum, kiedy miałem problemy z nauką wysłano mnie na trzy miesiące do Ameryki. Tak więc od najmłodszych lat posługiwałem się biegle trzema językami.

Po ukończeniu liceum stanąłem przed problemem wyboru mojej dalszej drogi życiowej. Nie chciałem iść w ślady rodziców. Wtedy poznałem panią Elżbietę Łopatniukową, naczelnego redaktora w Studio Opracowań Filmów w Warszawie. I pani Elżbieta dostrzegła coś we mnie, spodobał się jej język jakim się posługiwałem i zaprosiła mnie do studia. Zobaczyłem jak tam się pracuje i spodobało mi się to. Już wiedziałem, co będę robił w życiu.

Elżbieta Łopatniukowa, jak sama wspominała, kiedy przyszła pod koniec lat 50-tych do studia była wraz z Janem Moesem najmłodszym pokoleniem dialogistów. Ludzie, którzy tam pracowali byli z pokolenia przedwojennego i posługiwali się językiem literackim, dosyć sztywnym , którego nie używało się w życiu codziennym. Jej ambicją było wprowadzanie do dubbingu żywego języka kolokwialnego, języka jakim posługiwano się na co dzień. Minęły lata, Elżbieta Łopatniukowa została redaktorem naczelnym w SOF i ciągle szukała nowych, młodych ludzi którzy nadawali się do tej pracy.

Jednak przede mną była jeszcze długa droga. Skończyłem anglistykę w Poznaniu, w trakcie przerwy w studiach w Poznaniu wylądowałem na Uniwersytecie w Berkeley. Już na pierwszym roku studiów tłumaczyłem teksty dla „Literatury na świecie”. Co roku jeździłem na wakacje do USA i z myślą o późniejszym tłumaczeniu filmów przywoziłem mnóstwo słowników. Po skończeniu studiów w 1983 roku, okazało się, że w SOF nie ma dla mnie wolnego etatu więc zacząłem pracę w szkole, jednocześnie – jako nauczyciel miałem sporo wolnego – robiłem jako „wolny strzelec” tzw. szeptanki, czyli listy dialogowe do filmów wyświetlanych w TV i na kasety video.

Kiedy w 1985 roku na emeryturę odeszła Krystyna Albrecht, zwolnił się etat w SOF i wtedy przyjęto mnie do pracy. W tym okresie byłem tam jedyną osobą która doskonale znała język angielski. Moim głównym celem było wprowadzenie do tłumaczeń języka kolokwialnego, języka jakiego używali ludzie młodzi. Z pomocą Elżbiety Łopatniukowej, która uczyła mnie jak podchodzi się do tłumaczenia dialogów i robienia układki, powoli wchodziłem do zawodu.

Współpracowałem w pisaniu dialogów z Krystyną Subocz i Elżbietą Łopatniukową, która miała do mnie ogromne zaufanie. W tamtych latach sposób pisania dialogów był inny, wynikało to z tego, że była inna technika nagrywania dialogów. Przy nagraniu danej sceny w studio musieli być obecni wszyscy aktorzy, biorący udział w tej konkretnej scenie, więc najważniejszy był synchron. Teraz gdy każdy aktor nagrywa osobno – nie jest to takie ważne i autor tekstu może pozwolić sobie na pewną dowolność, również ze względu na nowoczesne metody montażu dźwięku. Jedno jednak u mnie się nie zmieniło: zawsze pisałem szybko.

[Czytaj całość wywiadu w Historii Polskiego Dubbingu autorstwa Zbigniewa Dolnego]

Odpowiedz