Adam Wieluński – wywiad z kierownikiem produkcji

Adam Wieluński, foto: Maciej Grochala.

Urodziłem się 19 czerwca 1951 roku w Otwocku pod Warszawą. Tam chodziłem do szkoły podstawowej i liceum. Studiowałem na SGPIS, dzisiejszej Szkole Głównej Handlowej, którą ukończyłem w roku 1975. Do Studia Opracowań Filmowych trafiłem w czerwcu 1975 roku, jeszcze w trakcie ostatnie roku studiów. Tadeusz Simiński, który był w nim jednym z najbardziej cenionych kierowników produkcji, zarekomendował mnie do pracy. Przez pierwsze dwa lata byłem tam Głównym Dysponentem, czyli zarządzałem wszystkimi studiami nagraniowymi w Warszawie jak i po części w Łodzi. Po dwóch latach dopadło mnie wojsko, gdzie trafiłem na rok do szkoły oficerów rezerwy.

W 1978 roku po powrocie z wojska zająłem się organizacją produkcji, nie tylko dubbingowej ale i wersjami lektorskimi i opracowywaniem polskich filmów na zagranicę. Mogłem więc popracować nad wszystkimi dziedzinami działalności Studia.

Jednak najważniejsza była praca nad dubbingiem. Dzięki Tadeuszowi trafiłem do grupy Zosi Dybowskiej-Aleksandrowicz. Pracowałem też z paniami: Henryką Biedrzycką, Izą Falewiczową i Myszką Olejniczakową – więc praktycznie współpracowałem ze wszystkimi reżyserami pracującymi wówczas w Warszawie.

Moim mistrzem i nauczycielem zawodu był Tadeusz Simiński – mało kto tak zasługuje na pamięć. To on mnie wprowadzał w arkana sztuki zawodowej. Był nadzwyczajną postacią. Niesamowicie sumienny, pracowity, świetnie zorganizowany z dużą kulturą osobistą i sposobem bycia, posiadał niesamowitą łatwość nawiązywania kontaktów. Nie ma osoby, która współpracując z nim mogłaby o nim powiedzieć złe słowo. U niego wszystko było zapięte na ostatni guzik: porządek na biurku, plany nagrań, umówieni aktorzy, przygotowanie wypłat itd. Byłem z nim związany nie tylko zawodowo, znałem go też prywatnie. Do dziś przyjaźnię się z jego synem. Zawodowo był to chyba jeden z najlepszych kierowników produkcji z którymi miałem okazję się zetknąć. Drugą osobą, która była dla mnie wzorem to Misia Kucharska. Większość nas – kierowników produkcji – była zwyczajowo przypisanych do jakiegoś reżysera. To było naturalne, reżyser musiał mieć kierownika produkcji z którym mu się dobrze pracowało i z którym miał dobry kontakt. Zosia Dybowska-Aleksandrowicz była szalenie wymagająca. Trochę to trwało, zanim znaleźliśmy wspólny język, ale z filmu na film szło mi coraz lepiej, by w końcu zbliżyć się do tego, co osiągnął Tadeusz. Misia chętnie pracowała z panią Henryka Biedrzycką, świetnie się dogadywały. Janek Szatkowski, pracował z Myszką Olejniczak i Henryką Biedrzycką.

Najważniejsze były relacje nie tylko zawodowe ale i osobiste. To one najczęściej decydowały z kim dany reżyser współpracował. Z Izą Falewiczową dogadywało się łatwo choć była bardzo wymagająca i nie łatwa we współpracy. Nie ukrywam, że praca z nią była dużym wyzwaniem, to nadzwyczajna osoba o wielkiej wiedzy, wielkiej wrażliwości.

Robiłem z nią kilka seriali, które potem zapisały się w historii. Mój był „Ja, Klaudiusz” i on był moją najtrudniejszą zawodową pracą, nie tylko dlatego, że jego ranga na światowym rynku telewizyjnym była nieprawdopodobna, ale i to, że aktorzy, którzy nad nim pracowali, nastręczali ogromnych problemów jeśli chodzi o organizację produkcji. Wymagania Izy w połączeniu ze stopniem trudności, przekładały się na niekończące sesje nagraniowe. Ale efekt widzieliśmy wszyscy. Dostaliśmy nagrodę od ministra kultury za ten serial. Dziś, gdy oglądam któryś z tych odcinków, mam łzy w oczach. Nagrania dialogów do 13 odcinków zajęły nam ponad 6 miesięcy, byłem strzępkiem nerwów – ale nic za darmo, są takie prace które musza być okupione dużym wysiłkiem. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć – to była wspaniała produkcja, najważniejsza praca w moim życiu jako kierownika produkcji.

Z Izą zrobiłem też „Fawlty Towers” czyli „Hotel Zacisze” – kolejna z moich ukochanych, wspaniałych produkcji, nie tylko ze względu na sam serial i główne postacie w wersji oryginalnej, ale i też polskich aktorów których mieliśmy. Teksty które pisała Pani Ela Łopatniukowa były perełką z punktu widzenia zawodowego. Te dwie produkcje, zrobione z Izą Falewiczową, szczególnie zapisały się w mojej pamięci. Romek Wilhelmi w serialu o „Klaudiuszu” miał tylko pięć odcinków, trudności jakich nam przysparzał w organizacji nagrań, było moc. Ale teatr, TV, serial „Kariera Nikodema Dyzmy” i jeszcze my z naszym serialem…. Jednak frajda współpracy z nim wynagradzała wszystko.

Panią Zofię Mrozowską nie łatwo było namówić do współpracy, ale się udało. Wcześniej mieliśmy okazję się spotkać przy filmie Zosi Dybowskiej-Aleksandrowicz. Livię zagrała genialnie.

Wracając do Zosi. To ona była tą, która obok Tadeusza ukształtowała mnie zawodowo. Zawsze będę o tym pamiętać, praca z nią była wspaniałym doświadczeniem zawodowym. Była to pewnego rodzaju zawodowa nobilitacja.

Zosia była wyjątkowo charyzmatyczną osobą, może dość apodyktyczną ale wybitną i niezwykle utalentowaną. Miała ogromny dar obsadzania aktorów. Nigdy się nie myliła. W codziennej współpracy była impulsywna, szybko się irytowała, ale też i kochana, zawsze pamiętała, sprawić mi radość drobiazgiem z okazji imienin czy Gwiazdki. Nikt nigdy nie odmówił współpracy z nią – porównując to do stosunków panujących w kinematografii – to tak jak nikt nie odmówił Andrzejowi Wajdzie. Tak też było z Zosią. Jej pozycja była tak niekwestionowana i była taką indywidualnością, że nie było takiej osoby która by nie chciała z nią pracować.

Z Zosią robiłem serial BBC „Annę Kareninę” – jedną z głównych ról grał ukochany aktor Zosi – Zdzisław Tobiasz oraz Anna Seniuk, Anna Romantowska, Halina Chrobak, Ewa Kania, Krzysztof Kołbasiuk, Krzysztof Kolberger i Andrzej Seweryn. Pamiętam jak Andrzej wyjeżdżał do Paryża. Prosto ze studia jechał na lotnisko, skończył nagrania i wsiadał do taksówki gdy nagle wybiegła Zosia z rozwianym włosem i zawołała: -„ Andrzej nie nagrał jednej kwestii!”, Wyciągałem go z ruszającej taksówki.

Uwielbiałem też pracować z Anną Seniuk. To jedna z najwspanialszych aktorek z którymi dane mi było współpracować. Pamiętam jak kiedyś przyszła do mnie i mówi: – Słuchaj, najwyższa już pora by przejść na Ty, wypiliśmy brudzia w kubkach po herbacie. Tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwa do tej pory. Później, po latach robiliśmy „Tetryków” gdzie dubbingowała Sophię Loren.

Stoją – od lewej: Joanna Klimkiewicz – dialogistka, Adam Wieluński – kierownik produkcji, Krystyna Subocz-Skibińska – dialogistka, Maria Etienne – dialogistka. Siedzą, od lewej – Iza Falewicz – reżyser i Elżbieta Łopatniukowa – redaktor naczelny. Foto: Maciej Grochala.

Kierownik produkcji to taka osoba, która odpowiada od początku do końca za całe opracowanie filmu – od momentu skierowania go do produkcji, czyli od fazy przyjęcia materiałów filmowych, potem przeglądu redakcyjnego, opracowania na etapie tłumaczenia i pisania dialogów aż po fazę nagrań z aktorami, montaż i zgranie.

W Warszawie mieliśmy dwie siedziby SOF, główne studio i dyrekcja mieściły się w Alejach Niepodległości, druga mieściła się na Nabielaka gdzie był dział napisów i redakcja dialogistów. Technologia wykonania listy dialogowej była wtedy taka, że panie redaktorki zakładały materiał filmowy na stół montażowy, przeglądały film i układały dialogi. Tak więc materiały filmowe kursowały bez przerwy pomiędzy Alejami Niepodległości i Nabielaka. Sprawdzaniem jakości napisanych dialogów i ewentualnym nanoszeniem poprawek zajmowały się panie: redaktor naczelna Elżbieta Łopatniukowa i jej zastępczynie Janka Grafowa i Maria Rutkowska.

Jeszcze przed pisaniem dialogów film był dzielony pod nadzorem montażystki na tzw. sklejki. Następnie trafiały do techników, którzy zgodnie z planem kierownika produkcji przygotowywali materiały do nagrań. Kierownik produkcji na każdym etapie pracy nad filmem dysponował tymi materiałami, zamawiał studio, montażownie aż do momentu zgrania filmu. W końcu musiał zrobić całą dokumentację produkcji. Później odbywała się kolaudacja na którą był zapraszany zleceniodawca, najczęściej Telewizja Polska, gdyż wtedy to ona była głównym klientem SOF.

Na zdjęciu: Krystyna Subocz-Skibińska, Adam Wieluński i Zbigniew Dolny. Foto: Maciej Grochala.

Do moich obowiązków należało układanie grafików aktorów i organizacja samego nagrania – to była najważniejsza część mojej pracy. Wszystko to co działo się przed nagraniami to była dość rutynowa praca, która toczyła się swoim rytmem. Dopiero po napisaniu dialogów i zadiustowaniu ich przez redaktor naczelną, trafiały one do reżysera. Wtedy reżyser wraz z montażystką przeglądał ponownie film obsadzając go aktorami polskiej wersji. Zanim jednak reżyser zajął się obsadą ról aktorskich, kierownik produkcji musiał wypisać wszystkie postacie występujące w filmie i przeliczyć ich dialogi. Dopiero wtedy można było zacząć dobierać obsadę wypisując obok danej postaci nazwisko proponowanego aktora lub kilku aktorów w wypadku gdyby okazało się, że ten pierwszy nie będzie mógł zagrać tej roli w tym czasie. Później taką listę otrzymywał kierownik produkcji, który siadał do telefonu i obdzwaniał wszystkich aktorów informując ich – jaki to jest film, kto będzie reżyserem i w jakim terminie będą nagrania, ile na to potrzeba czasu i jakie będzie honorarium. W zależności czy aktor był w stanie dopasować się do terminów i zaakceptował warunki – tak go planowałem w produkcji.

Były to czasy w których nie zgrywało się aktorów tak jak dziś, mając do dyspozycji komputer i możliwości nagrywania nawet po sylabie, tylko zgrywało się całymi scenami. Wszyscy występujący w danej scenie musieli być razem w studiu. Aktorzy chętnie do nas przychodzili. Studia dubbingowe stwarzały możliwością dorobienia, poza pracą w Teatrze, Telewizji czy Radio. Najczęściej nagrania odbywały się między porannymi próbami w teatrze a wieczornymi spektaklami, gdyż większość aktorów była zaangażowana na pełnych etatach w teatrze. Próby kończyły się o 14 a już o 14.30 aktorzy wpadali do Studia, pracowali do 17.30 i na 18.00 jechali do teatru. Oczywiście ci co nagrywali w Radio czy mieli w tym czasie próby w teatrze TV nie byli dostępni. To kierownik produkcji musiał rozwiązać tę łamigłówkę i zgromadzić wszystkich aktorów w studio na czas nagrań.

W 1981 roku na stanowiskach kierowników produkcji byli: szykujący się na emeryturę Tadzio Simiński, Misia Kucharska, mój protegowany, kolega ze studiów – Wojtek Rakowski, Janek Szatkowski, Waldemar Szczepański i ja. Po moim odejściu na moje miejsce przyszedł Andrzej Staśkiel, ale na krótko, bo wybrał pracę w Telewizji, zajmując się redakcją a nie organizacją.

Ze Studia odszedłem we wrześniu 1982 roku po siedmiu latach pracy. Pierwsze dwa lata byłem zastępcą szefa produkcji, potem rok wojska, później byłem przez cztery lata kierownikiem produkcji. Cztery bardzo intensywne lata, wspaniałej pracy.

W 1982 roku dostałem propozycję pracy w spółce zagranicznej – zostałem dyrektorem i tam pracowałem przez pięć lat. Potem ogromna zmiana, spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy na 10 lat na Mazury. Nie były to łatwe lata, choć w fantastycznej scenerii – mieliśmy dom nad samym jeziorem, w środku lasu, w przepięknej okolicy niedaleko Olsztyna. Jak w raju.

Jednak zawodowo nie było łatwo, mimo że mieliśmy dobre kwalifikacje. Oboje kończyliśmy tę samą uczelnię i mieliśmy spore doświadczenie. Budził się wtedy kapitalizm, mieliśmy już po kilka lat pracy w takich spółkach spore doświadczenie, więc teoretycznie wszędzie powinni przyjąć nas z otwartymi rękoma, … jednak na taką pracę można było liczyć w dużych, przemysłowych miastach – Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu czy Krakowie, ale już Olsztyn takim miejscem nie był. Silny był tam patriotyzm lokalny, niechętnie widziano obcych. Przez te 10 lat pracowałem w wielu różnych firmach w których wiele się nauczyłem. Byłem dyrektorem ubojni, dyrektorem agencji reklamowej, drukarni, dyrektorem handlowym w mleczarni i tak dalej,… czego ja tam nie robiłem.

Pan Adam jest zapalonym taternikiem. Foto: Izabela Żeńca.

Do dubbingu wróciłem przez przypadek. Przyjechałem do Warszawy, umówiłem się z Misią Aleksandrowicz w Master Filmie. Siedząc w bufecie i rozmawiając z Misią, otworzyły się drzwi i wszedł prezes Master Filmu, Rafał Maria Kowalski – aktor, z którym pracowałem w SOF i zaproponował mi pracę jako szefa produkcji.
To był bardzo trudny i burzliwy okres w moim życiu. Nastąpił dubbingowy boom, pracy było wiele i czasami, nawet dla mnie – doświadczonego organizatora produkcji dubbingowej, były takie chwile, że wysiadałem. Koniec lat 90-tych – początek lat 2000 nastąpiła kumulacja. W bufecie siedziało około 50 aktorów a 7 kierowników produkcji pracowało na okrągło. Z tego ci najbardziej doświadczeni robili po 3 – 4 produkcje na raz. Był to czas, w którym Master opracowywał około 5 tysięcy aktów filmów w dubbingu w rok. To było coś nieprawdopodobnego. Moje telefon dzwoniły od świtu do nocy. To był chyba najbardziej wymagający okres mojej pracy zawodowej. Musimy też sobie zdawać sprawę, że na rynku warszawskim nie byliśmy jedynym studiem dubbingowym. Była Sonica, był Start, powstał Publishing, był Eurocom. Ale Master Film był największym studiem dubbingowym, jeśli chodzi o możliwości produkcyjne. Tu dubbingowało się filmy dla Disneya, dla Warnera, dla Wizji 1, dla C+, dla TVN i dla publicznej TV.

W końcu przyszedł taki moment, że postanowiłem odejść. Z Andrzejem Kowalem, naczelnym inżynierem w Master Filmu, doszliśmy do porozumienia, skonsolidowaliśmy swoje siły i otworzyliśmy własne Studio. Andrzej zajął się stroną techniczną a ja organizacją produkcji. Wykorzystałem tu swoje doświadczenie i wieloletnie kontakty. Nie było łatwo. W końcu udało nam się to jakoś zorganizować. I tak powstał DubbFilm.

Na początku reżyserem była Dobrusia Bałazy, później Gosia Lalowska, która u nas uczyła się reżyserki. Aktualnie zajmujemy się opracowaniami dla niepełnosprawnych, czyli audiodeskrypcją i napisami dla niesłyszących. Dubbing jednak jest stale obecny w naszej pracy.

Grafika wykorzystana w tekście: © Maciej Grochala, Izabela Żeńca.

Odpowiedz