„Siostra Marta jest szpiegiem” – przedwojenna recenzja dubbingu

Szanowni czytelnicy!

Chcielibyśmy zaprezentować Wam dwa wyjątkowe teksty opublikowane pierwotnie na łamach gazety codziennej „ABC” w numerach 16 (z 15 stycznia 1935 r.) i 23 (z 21 stycznia 1935 r.). Ich autorem jest Zdzisław Broncel (1909-1998), wówczas młody jeszcze, bo 26-letni dziennikarz, a późniejszy poeta, publicysta i krytyk literacki oraz powojenny działacz emigracyjny, opracowujący min. słuchowiska dla polskiej sekcji BBC. Pierwszy z przytaczanych tekstów to recenzja filmu „Siostra Marta jest szpiegiem”. Choć sam film to raczej zapomniana ramotka, już w czasach premiery uważana za dzieło przeciętne, to jednak zajmuje on szczególne miejsce w historii naszego rodzimego dubbingu. Jest to bowiem pierwszy aktorski film anglojęzyczny do którego opracowano polską wersję językową. Rzecz była wówczas na tyle wyjątkowa, że w kampanii reklamowej tego filmu to właśnie dubbing miał stanowić główny wabik na widzów. Recenzja Zdzisława Broncela jest więc de facto pierwszą polską recenzją dubbingu.

Drugi przytaczany przez nas tekst to wywiad z twórcą dubbingu „Siostry Marty” – Tadeuszem Frenkielem (1896-1943), aktorem i reżyserem teatralnym, dający nam wgląd za kulisy pracy nad pierwszym polskim dubbingiem.

Warto przy okazji nadmienić, że w zbiorach Filmoteki Narodowej zachowało się ok. 2/3 taśmy z tym dubbingiem.

Zapraszamy i życzymy miłej lektury [zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję obu tekstów].


PIERWSZY POLSKI DUBBING

Filmowi granemu obecnie w kinie „Atlantic” należy się obszerniejsze omówienie, gdyż jest dość poważnem wydarzeniem w rozwoju polskiej kinematografji. Mianowicie film ”Siostra Marta jest szpiegiem”, nakręcony przez”Universal Pictures Corporation” został w Polsce „zdubbingowany”, to znaczy otrzymał polskie dialogi, odpowiednio podłożone pod akcję rozgrywającą się na ekranie.

„ABC” przeprowadziło w swoim czasie ankietę na temat dubbingu1. W ankiecie wzięli udział przedstawiciele świata literackiego, artystycznego, specjaliści branży filmowej – część odpowiedzi padła przeciw dubbingowi, większość wypowiedziała się za dubbingiem, ale zdaje się najwłaściwsza była ta odpowiedź która zadecydowała tak: najpierw nam ten dubbing pokażcie, a potem będziemy o nim mówić. I właśnie dubbing nam pokazano. W filmie „Siostra Marta jest szpiegiem” komendant miasta, Conrad Veidt, dawno zresztą nie widziany na naszych ekranach, mówi po polsku. Madeline Carrol (siostra Marta) mówi głosem suchym, głuchym, ale również bądźcobądź – po polsku.

Dubbing walczy z dwiema trudnościami. Przemówić tak, żeby wypowiadane słowa zgadzały się z ruchem ust widzianych na ekranie. W pierwszym naszym dubbingu mniej więcej udało się to zrobić. Niekiedy polski aktor dublujący Veidta, musiał przeciągać słowa, ażeby skończyć zdanie równocześnie z Veidtem, ale zrobił to w ten sposób, że zawsze do zaakcentowania wybrał słowa ważne, znaczące i niemal mieliśmy wrażenie, że sam Veidt chciał na tem słowie położyć szczególny nacisk. Starano się w ten sposób o zasadniczy cel dubbingu: dać złudzenie, że artysta, grający w filmie mówi po polsku.

Zbyt jednak dobrze znamy i pamiętamy Veidta, żeby poddać się temu złudzeniu. Na Sali słychać było uwagi: dla Veidta dobrano dobry głos. Uwaga słuszna, ale od razu z niej wynika, że dubbing polski będzie musiał wytworzyć jakby głosowych sobowtórów szeregu popularnych kinowych gwiazd. Nie można przecież dopuścić do takiej sytuacji, ażeby równocześnie w dwóch różnych kinach warszawskich Veidt mówił dwoma różnemi głosami.

Podłożony po dialog Veidta harmonizował z indywidualnością artysty. Gorzej było z dubbingiem roli Madeleine Carrol – tu głos nie odpowiadał ani typowi artystki, ani wymaganiom mikrofonu.

Po tych wszystkich zastrzeżeniach, niewątpliwy plus dubbingu – ekran wolny od przykrych napisów, zaprzeczających samej istocie filmu dźwiękowego. Jest to bardzo ważne dla wszystkich filmów obfitujących w dialogi i mocno steatralizowanych. „Siostra Marta jest szpiegiem” należy do właśnie takich filmów i gdyby nie dubbing, ocena filmu musiałaby wypaść znacznie gorzej. Dzięki dubbingowi nie nużyła nas akcja rozwijająca się dość wolno i to głównie w dialogach.

Dubbing ułatwia nam kontakt z zagranicznym filmem mówionym, ale ta sprawa ma dwie strony. Do tej pory trudność zrozumienia dialogu czyniła nas bardziej czułymi na wartości czysto filmowe, teraz łatwizna dubbingu będzie sprzyjać powodzeniu filmu, realizowanego w czterech ścianach atelier i będącego raczej filmowym teatrem, niż filmem. Dubbing powiększa jeszcze przewrót wywołany zdobyciem głosu przez „wielkiego niemowę” i zawiera poważne niebezpieczeństwa dla tych wszystkich walorów artystycznych, które tworzyły z filmu sztukę odrębną i nadawały mu prawo od powiększania liczby muz o dziesiątą muzę – Filmję.

Dla szerokich mas dubbing udostępni wiele filmów i może wpłynąć na podniesienie frekwencji w kinach. Dla prawdziwych kinomanów dubbing zawsze będzie sprawiał wrażenie jakiejś namiastki, jakiegoś hokus-pokus, okradającego aktorów z ich indywidualności i zastępującego tę indywidualność techniczną sztuczką.

To wszystko nie znaczy, że dubbing „Siostry Marty” wypadł źle. Przeciwnie, raczej spodziewałem się znacznie słabszych rezultatów. Inna rzecz, że to jeszcze nie jest poziom, jaki należy osiągnąć. Ale gdyby nawet doszło się niemal do kwintesencji doskonałości, sto razy wolę słuchać prawdziwego głosu Franciszki Gaal w świetnie zagranej scenie przed sądem w filmie „Piotruś”2, mimo, że nie wszystko z dialogu rozumiem, niż najlepszego nawet dubbingu.

A teraz – stop z dubbingiem. Trzeba i powiedzieć i o samum filmie. „Siostra Marta jest szpiegiem” jest dość zręcznie zrobioną historią szpiegowską, unika efektów taniej sensacji i wydobywa bohaterstwo żołnierza. Można przyjemnie spędzić wieczór na obejrzeniu tego filmu i zarazem przekonać, że widzieliśmy już lepsze próbki z gatunku „X-27” o „Mata Hari”.

Reklama prasowa filmu „Siostra Marta jest szpiegiem” zamieszczona w „Expresie Zagłębia” nr 148, z 31 maja 1935 r.


ARTYŚCI CAŁEGO ŚWIATA MÓWIĄ PO POLSKU.

Dla szerokiej publiczności odwiedzającej kina najciekawszą i najaktualniejszą sprawą jest tzw. „dubbing”, to znaczy podłożenie w filmie dźwiękowym polskiego dialogu zamiast angielskiego. „Zdubbingować” można w zasadzie każdy film i w ten sposób aktorzy filmowi całego świata będą na naszych ekranach mówić po polsku. Maurice Chevalier pożyczy sobie głosu od polskiego aktora i odezwie się do swej partnerki „Serwus kochanie!”, Marlena Dietrich powie nam z ekranu „Dzień dobry” a nawet Greta Dietrich przemówi po polsku, a Franciszka Gaal w roli jakiegoś nowego urwisa będzie używać warszawskiego dialektu Powiśla.

Nowa tajemnica ekranu

O artystycznej stronie dubbingu i zastrzeżeniach, jakie musi budzić dubbingowanie filmów, pisaliśmy już przy sposobności recenzji z pierwszego zagranicznego filmu z polskim dialogiem p.t. „Siostra Marta jest szpiegiem”. A teraz kolej na techniczną tajemnice dubbingu. Czy dubbing jest pożyteczny, czy niewłaściwy, to nic nie przeszkadza temu, że bardzo interesująca jest kwestja: w jaki sposób np. Konrad Veidt potrafi na filmie wypowiedzieć zdanie „panie burmistrzu, kładę szpadę”, choć przy nagrywaniu filmu naprawdę mówił po angielsku.

Tadeusz Frenkiel mówi

O tem opowie nam popularny aktor Tadeusz Frenkiel, który tym razem przedzierzgnął się z aktora w kinowego „speca” i zrobił pierwszy polski dubbing. On to właśnie był kierownikiem artystycznym w wytwórni, która dała polski dialog do obrazu „Siostra Marta jest szpiegiem”.

Kierownik artystyczny, czyli – jak go Warszawa nazywa – Tadzio Frenkiel, popija pół czarnej przy marmurowym stoliku w cukierni i mówi o swej wyprawie do Włoch.

– Pojechałem do Włoch, ażeby przyjrzeć się, jak tam przeprowadzają dubbing. Ponieważ we Włoszech dopuszczane są tylko filmy z włoskim dubbingiem, a więc dubbing jest przymusowy, wytwórnie nie dbają o poziom artystyczny i załatwiają cały dubbing hurtownie. Potem dopiero na ekranie wychodzą cuda: aktor otwiera usta tak, jakby mówił „a”, a sala słyszy jakiś wyraz z przedłużonem dźwięcznem, warkoczącem „rrrr…”

Jak powstaje dubbing

– Właśnie ta sama obawa była jeśli chodzi o polski dubbing. Filmy nagrywane są przeważnie w języku angielskim, która ma w wymowie charakterystyczny zgryz zębów przy dźwięku „the”, zupełnie niespotykany w polskim języku. Jak pan poradził sobie z tą trudnością?

-cała praca, w konsekwentnie ułożonych etapach – odpowiada Frenkiel – zmierza do tego, żeby usunąć różnicę między, że tak powiem, obrazem głosowym, a wzrokowym, t. j. między tem, co widz w kinie widzi i słyszy. Robota rozpoczyna się od przekładu sylabowego, to znaczy: tłumacz notuje wszystkie dialogi filmu i przekłada je po polsku. Z jednej strony możliwe dosłownie, a z drugiej tak, żeby wyraz polski odpowiadający w tekście Angelikiem miał tyle sylab, co i tamten.

Zabawa w łamigłówkę.

-Naprzykład?

Naprzykład aktor mówi: Good Day!, oczywiście w podłożonym polskim dialogu nie można tego przetłumaczyć przez „dzień dobry”, bo wtedy na filmie artysta zamknąłby już usta, a w dialogu jeszczeby powiedziano „bry”. Dlatego „good – day” zastąpiliśmy przez „wi-taj!” Zwracam uwagę na wyjątkowo szczęśliwy dobór słowa. Druga sylaba polskiego wyrazu „-taj” jest w brzmieniu bardzo bliska angielskiej sylabie „-day”. W ten sposób osiągamy wielką zgodność ruchu ust, widzianego na ekranie ze słyszanym głosem.

-Ale to chyba nie jest łatwa rzecz?

-Piekielnie trudna! Istna lamigłówka. Można czasem natrafić na takie miejsce, że ani w prawo ani w lewo, w żaden sposób rozgryźć nie można. Wtedy rodzi się film dalej, w nadziei, że przyjdzie jakieś szczęśliwie natchnienie i usunie się trudność.

-Przy dubbingu „Siostry Marty” zdarzyło się panu coś takiego?

-Ach, ileż razy! Bardzo ciężka była scena końcowa, gdy siostra Marta mówi przed sądem wojennym, że Belgia zwycięży. Zdanie, mówione przez siostrę Martę kończyło się na „both”, co znaczy „razem”. I dopiero przyszedł mi do głowy dobry pomysł, żeby zdania nie tłumaczyć, tylko zastąpić je dobrze sylabowo odpowiadającem „tak mi dopomóż Bóg”. Widzi pan jak się zgadza? „Both” angielskie i polskie „Bóg”. W ruchu ust prawie to samo.

 „Fotogeniczne” głosy

Od czego zależy „fotogeniczność” głosu? Jak pan dobrał aktorów dublujących Veidta, siostrę Martę?

-Veidta mówił Bonecki, siostrę Martę – Wysocka, uczennica szkoły dramatycznej. Ale dobór głosów, to jest zupełna niespodzianka. Wypróbowałem 72 osoby, wybrałem tylko 6. Aktor, znany, doskonały aktor o pięknym głosie, do mikrofonu może się zupełnie nie nadawać. Mikrofon ogromnie zmienia – w rezultacie w „Siostrze Marcie” mówili przeważnie aktorzy drugorzędni, mało znani z wyjątkiem jednego Boneckiego. Zato jakie sztuczki można urządzać z mikrofonem, gdy go się dobrze pozna, proszę osądzić z tego, że ja mówiłem, zmieniając tylko głos kilkanaście ról w tym filmie. Były to oczywiście drobne epizody, ale np. byłem kaznodzieją, byłem chłopem, który ma dopomóc jeńcom w ucieczce, a w scenie na rynku grałem równocześnie staruszkę sprzedającą główki kapusty  sałaty i wszystkich kupujących, którzy do niej podchodzili.

3 tygodnie prób, 18 i pół dnia gry

– Jak odbywa się samo nagrywanie polskiego dialogu?

-Najpierw oglądam film ze sto razy chyba, potem dzielę go na sceny i tnę. Teraz przystępuje się do opracowania każdej sceny oddzielnie. Gdy już wybrałem do niej wykonawców, gdy teksty są wyuczone, wtedy puszczam daną scenę przed aktorami mówiącemi dialogi, ale zamykam „głos”. Nie słychać nic, widać tylko, jak np. Veidy porusza ustami. Aktorzy „dubbingujący” muszą teraz mówić zamiast Veidta i to tak, żeby razem z nim zacząć, razem z nim skończyć. Teraz dopiero następuje moment najtrudniejszy: film puszczony jest bez głosu, a głos dany dubbingującym na słuchawki. Siedzą wszyscy ze słuchawkami na uszach i mówią po polsku zgodnie z rytmem słów angielskich. Jest to ćwiczenie, żeby doprowadzić do idealnej zgodności poszczególnych sylab. I – gdyby już osiągnęliśmy maksimum dokładności, przenosimy się do studia, otwieramy mikrofon, i… zaczynamy!

– A jak się robi z odgłosami zanotowanemi na taśmie filmu. Np. huk armat, gwar uliczny, marsz wojska przez miasto itd.

Jeżeli niema dialogu, to się zostawia, jeżeli jest dialog, wycina się kawałek taśmy i wstawia naszą taśmę z dubbingiem, Tło zaś dźwiękowe dorabiamy sobie zapomocą tricków. Np. tłum robią doskonale trzy osoby i silny amplifikator, głuchy głos rozmowy w podziemnym lochu – postawienie mówiącego aktora za kotarą, hałas uliczny – po prostu połączenie studia z mikrofonem wystawionym na Aleje Jerozolimskie.

-Długo trwała praca?

3 miesiące przygotowań, 3 tygodnie prób, 10 i pół dnia samo nagrywanie.

– Całość bardzo była męcząca?

– Wyjeżdżam na odpoczynek, na tydzień do Wisły na Śląsku Cieszyńskim. A przy robocie – ludzie dosłownie słaniali się. Mówienie z huczącemi p angielsku słuchawkami na uszach jest strasznie męczące. I wymaga tak szybkiej reakcji, jak na jakiś badaniach psychotechnicznych. Mieliśmy nerwy naprężone do ostateczności. 10 dni żyłem jak w gorączce. I dopiero teraz – spokój. No i cieszę się, że film wypadł dobrze.

1 Ankieta ta, zatytułowana „Język polski czy obcy?” była przeprowadzona pod koniec 1934 roku. Zainicjował ja artykuł Andrzeja Ruszkowskiego „Chcemy słuchać polskiej mowy z ekranu!” opublikowany na łamach 321 numeru gazety „ABC” z 17 listopada 1934 r. Ankieta miała formułę polemiki, gdzie różne osoby związane z ówczesnym światem filmu, teatru, literatury i krytyki artystycznej a także oświaty i życia społecznego, prezentowały w krótkich felietonach swoją opinię na temat dubbingu. W ankiecie tej wypowiedzieli się min: Leon Brun (za), Ferdynad Goetel (przeciw), Stefan Jaracz (za), Kornel Makuszyński (za), Jan Maklakiewicz (za), Stanisław Miłaszewski (za), Karol Ford (przeciw) Kazimiera Iłłakowiczówna (przeciw) i wielu innych.

2 Popularna w tym czasie austryjacko-węgierska komedia muzyczna wykorzystująca motyw młodej dziewczyny, która chcą zdobyć intratną pracę dzięki której wyprowadziłaby swoją rodzinę z kłopotów finansowych, przebiera się za mężczyznę. Film wyświetlany był w naszych kinach w wersji oryginalnej z napisami.

Grafika wykorzystana w nagłówku: © Gaumont British Picture Corporation.

Odpowiedz