„Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” – (spóźniona) kontrrecenzja dubbingu

W kwestiach dubbingowych nowości jest ze mną bardziej niż średnio. Nadmiar zainteresowań wszelkich i nie najlepsza organizacja czasu rzadko pozwalają mi być na bieżąco. Sytuacja, kiedy jakąś świeżą produkcję oglądam dopiero po roku czy dwóch latach od premiery, kiedy łaskawie pokaże ją któraś z telewizji, jest u mnie normą. Toteż dopiero niedawno trafiłam na zdubbingowaną wersję filmu Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Podobała mi się. Ba! Jestem skłonna stwierdzić, że momentami nawet zachwyciła mnie. I to mimo faktu, że daleko mi do bycia fanem uniwersum związanego z Harrym Potterem. Tuż po seansie ciekawość nakazała mi sprawdzić, czy na naszej stronie mamy jakąś recenzję tego dubbingu. Owszem, mamy. Ale lektura tekstu autorstwa mojego redakcyjnego kolegi Pottera momentami wręcz zjeżyła mi włosy na głowie. Tak bardzo, że zdecydowałam się na napisanie niniejszej kontrrecenzji – po niemal dwóch latach od publikacji oryginalnego artykułu. Bo choć nie zgadzamy się z Potterem tylko w paru kwestiach dotyczących obsady (na nich zamierzam się skupić), rozbieżność opinii jest dość poważna. Pomyślałam sobie: czy my na pewno oglądaliśmy ten sam film i słuchaliśmy tej samej wersji polskiej?

Najpoważniejszym zarzutem, jaki wobec dubbingu Fantastycznych zwierząt ma Pottero, jest to, że do udziału w nim zaangażowano aktorów zbyt znanych. Ich obecność jest w jego opinii nie wolą pani reżyser, ale wizją dystrybutora, który rozpoznawalnymi nazwiskami chciał promować całość. Ten wyrzut jest o tyle zabawny, że stosunkowo niewiele wcześniej, gdy na ekranach kin pojawiały się filmy z dubbingami reżyserowanymi przez Elżbietę Kopocińską w studiu Start International Polska, mój przesympatyczny kolega redaktor narzekał na nadmierną obecność aktorów typowo głosowych, najczęściej pracujących głównie nad kreskówkami. Więc jak w końcu powinno być? Czy chcemy jeść ciastko, czy mieć ciastko? A pomijając tę niekonsekwencję – co jest złego w promowaniu dubbingu, zwłaszcza w kraju, w którym cierpimy na swoistą wersję analfabetyzmu wtórnego w tej kwestii?

Obecność dobrych aktorów, znanych ze sceny, kina, czy telewizji, zazwyczaj gwarantuje jedną ważną rzecz – aktorstwo na co najmniej solidnym poziomie. Tak też jest w wypadku dubbingu Fantastycznych zwierząt. Z Potterem zgadzam się w kwestii kilkorga aktorów. Jeśli chodzi o Macieja Zakościelnego, podkładającego Eddiego Redmayne’a w roli Newta Scamandera, jestem kompletnie urzeczona (żeby nie powiedzieć, he he, oczarowana). Śmiem twierdzić, że ten dubbing dał temu aktorowi lepszą okazję do wykazania się, niż niejedna regularna rola w filmie czy serialu – zwłaszcza, że niestety najczęściej jest obsadzany po warunkach w słabych produkcjach. Solidny jest również Arkadiusz Jakubik jako Jacob Kowalski; potrafi dobrze oddać „kanciastą” osobowość sympatycznego mugola (czy, jak kto woli, niemaga) o polskich korzeniach. Anna Dereszowska, dubbingująca Seraphinę Picquery, jak zwykle pokazuje klasę – brzmi świetnie właśnie w rolach takich postaci, mających pewien „posmak” bycia czarnym charakterem. Świetnie sprawia się też Lidia Sadowa jako Tina Goldstein. Chociaż fanką tej aktorki nie jestem, po jej udanym występie w dubbingu filmu Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów wychodzę z założenia, że przy odpowiednim prowadzeniu zagra wszystko, jak trzeba. Tak też dzieje się w Fantastycznych zwierzętach – miło się jej słucha, pomimo tego, że jej bohaterka sama w sobie jest dosyć denerwująca.

W tym miejscu moje i Pottera opinie o głównej obsadzie przestają być zbieżne. Kolega redaktor ze szczególną lubością pastwi się nad Marcinem Dorocińskim, który nie dość, że w jego opinii nie pasuje głosowo pod Colina Farella, to jeszcze „koncertowo zarżnął” główną rolę w grze Mass Effect i śmiał nie umieć zdubbingować samego siebie w serialu Szpiedzy w Warszawie. Najpierw odniosę się do dwóch ostatnich zarzutów. Dubbing gier – gdzie często aktor w ogóle nie zna kontekstu swoich kwestii – a dubbing filmu to dwie różne bajki. Zaś podkładanie głosu samemu sobie wcale nie jest takim łatwym zadaniem. Na pewno nie w dzisiejszych czasach, gdy instytucja postsynchronu w polskim kinie zasadniczo umarła. A jeśli chodzi o zgodność głosową z Farrellem… Po pierwsze, to kwestia gustu. A po drugie, czy to naprawdę powinien być priorytet przy obsadzaniu ról w dubbingu? Dlaczego nie dopasowanie do osobowości postaci? Nie umiejętności aktorskie? Tych Dorocińskiemu tu nie brakuje. Może i niektóre kwestie brzmią lekko sztywno, ale czy czasem to nie wpisuje się w osobowość jego postaci? Tyrada, którą podkładany przez Dorocińskiego Percival Graves wygłasza po kulminacyjnej scenie filmu, w metrze, moim zdaniem nie pozostawia złudzeń. Zwłaszcza, że kolejne głosowe role tego aktora, w produkcjach, które trafiły do kin już po premierze Fantastycznych zwierząt, udowodniły, że Dorociński jest całkiem niezłą dawką świeżej krwi dla krajowej branży dubbingowej.

Drugą osobą, której w recenzji Pottera oberwało się mocno, jest Marieta Żukowska w roli Queenie Goldstein. Z jednej strony mój redakcyjny kolega przyznaje, że ta bohaterka jest raczej przerysowana, z drugiej jednak narzeka, że u dubbingującej ją aktorki tego przejaskrawienia jest za dużo. Otóż nie jest, a porównywanie gry Żukowskiej do tego, co spotykamy w kreskówkach albo słyszeliśmy w polskich wersjach językowych prawie dwie dekady temu, jest trochę na wyrost. Queenie (przynajmniej na pozór) to taka laleczka z głową w chmurach, tak zwana słodka idiotka. Poza tym niemal od początku nieustannie próbuje poderwać Kowalskiego, więc wciąż zachowuje się zalotnie. Te bodaj najważniejsze dla filmu rysy jej osobowości Żukowska oddała bardzo udanie, co więcej – z dużym wdziękiem, koniecznym przy tego typu bohaterkach. Wszak inaczej stają się one bardzo irytujące. Żukowskiej udało się tego uniknąć.

Na pewno nie nazwałabym dubbingu Fantastycznych zwierząt „rzemieślniczą robotą”. Agnieszka Matysiak zebrała mocną aktorską ekipę nawet do pomniejszych ról i poprowadziła ją na poziomie sporo przewyższającym przeciętną. Nie czuje się przy oglądaniu dyskomfortu z tytułu faktu, że jest to wersja dubbingowana. Nawet, gdy komuś jakiś drobiazg gorzej się zagra albo gdzieś w epizodzie przewinie się znany z kreskówek głos. Lwia część obsady zasługuje na choć najmniejszą pochwałę. Nadzwyczaj dobrze dobrani Marek Lewandowski i Waldemar Barwiński jako Henry Shaw i Henry Shaw junior. Wyjątkowo stonowany Krzysztof Szczepaniak w roli najmłodszego z Shawów, Langdona. Zabawnie wyniosły Przemysław Stippa jako Abernathy. Idealnie wyrazisty Jan Szurmiej, dubbingujący Gnarlaka, goblina-gangstera. Katarzyna Kwiatkowska i Józef Pawłowski w rolach Mary Lou i Crendence’a Barebone’ów, odpowiednio podkreślający… hm… specyficzność swoich postaci. Nawet – tu opinia trochę kontrowersyjna – Piotr Bajor, który ledwie dwiema linijkami jako Gellert Grindelwald moim zdaniem udowodnił, że byłby bodaj najbliższym ideałowi odpowiednikiem Johnny’ego Deppa w dotychczasowej historii dubbingowania tego aktora. Czy zostanie zachowany w tej roli w sequelu, Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda? Czas pokaże.

Nie jestem zwolenniczką dubbingowego hurraoptymizmu i uważam, że słabsze elementy takich opracowań należy punktować. Ale w tym przypadku wady polskiej wersji Fantastycznych zwierząt, wymieniane przez Pottera w jego recenzji, zdają się bardziej kwestią osobistych preferencji niż obiektywnymi zastrzeżeniami. Zarzuty są tym bardziej krzywdzące, że to konkretne opracowanie w kontekście naszego rynku wypada na podobnym poziomie, co dubbingi reżyserowane przez Waldemara Modestowicza czy ostatnio Artura Tyszkiewicza w studiu SDI Media Polska. Czyli wpisuje się w nurt polskich wersji językowych zrealizowanych co najmniej starannie, z udziałem wykonawców z najwyższej półki i stanowiących godną reprezentację całej instytucji dubbingu w kraju, gdzie na skutek wszechobecności szeptanki wielu widzów wciąż jest wobec „dublażu” sceptycznych. Mimo że Film Factory Studio dostaje obecnie stosunkowo niewiele zleceń, takimi opracowaniami udowadnia, dlaczego jest w czołówce krajowych studiów.

Odpowiedz