Arszenik i stare dubbingi: „Piotr Wielki”

PRL-owskie dubbingi do produkcji aktorskich mają jedną poważną wadę – zasadniczo są nieobecne w powszechnym obiegu. Nie przesadzę zbytnio mówiąc, że oficjalnie i legalnie dostępne stare „dublaże” (ta archaiczna forma bardzo tu pasuje) można zliczyć na palcach jednej ręki. Seriale Ja, Klaudiusz, Arabela i Siedemnaście mgnień wiosny, emitowane w takiej wersji przez TVP Historia, TVP Kultura i Kino Polska w ciągu ostatniej dekady, radziecko-włoski film Waterloo pokazywany przez ostatnią z wymienionych telewizji… Koprodukcji polsko-zagranicznych typu C.K. Dezerterzy czy Wielka miłość Balzaka nie liczę, bo wydają się bardzo oczywiste. Z dubbingami dostępnymi na nośnikach wszelkich jest jeszcze gorzej – bodaj jedyny znany mi przypadek to Krzyż i sztylet, gdzie przy okazji wydania tego filmu na DVD niektórzy z nas w ogóle dowiedzieli się, że miał on takie opracowanie…

Powyższy wstęp wynika z faktu, że aby móc zapoznać się z dubbingiem do serialu Piotr Wielki, musiałam okrężną drogą zdobyć jego kopię. I to w dodatku na raty, bo pierwsze pięć z ośmiu odcinków emitowanej u nas wersji miałam z jednego źródła, a pozostałe trzy – z innego. Szczęśliwie więc mogłam obejrzeć całość, co nie jest regułą przy starszych opracowaniach w ogóle. Mimo wszystko wzbraniam się przed nazwaniem tego tekstu recenzją. Bo choć jestem w stanie ocenić ten dubbing w całej jego okazałości, starannie wyliczając zalety i wady, to mam poczucie, że trochę… nie wypada mi spoglądać zbyt krytycznym okiem na coś jedynego w swoim rodzaju, co bez kozery możemy nazwać dziś „klasyką”. Poza tym – typowe, trzymające się sztywnych ram recenzje są zwyczajnie nudne. A napisać o Piotrze Wielkim chcę koniecznie, bo uważam, że warto.

Na początek rzecz, zdaje się, bardzo typowa dla dubbingów z czasów PRL-u – w czołówce oldschoolowy w brzmieniu lektor (w tym wypadku Lucjan Szołajski, zdaje się?) czyta z odpowiednim akcentem obcojęzyczne nazwiska twórców. Mówcie, co chcecie, ale ja to uwielbiam. Nic nie wprowadza w klimat tamtych opracowań równie mocno.

Kopia o stosunkowo małej rozdzielczości nagrania. Obraz przebarwiony, czasem za ciemny, nie zawsze ostry. Pełen różnych „brudów”. Raz czy dwa zdarza mu się skakać, o wiele częściej – trząść. Odcinek 6 ma urwane napisy końcowe. Dźwięk monofoniczny, w dodatku dość cichy; trzeba „podkręcić” głośniki. Ale gdy już to się zrobi, wszystkie niedogodności schodzą na dalszy plan. Owszem, nadal upokarzającym pozostaje fakt, że aby móc podziwiać dzieła „polskiej szkoły dubbingu”, trzeba posuwać się do działań bądź co bądź nie do końca legalnych i zadowalać się nagraniami o jakości niekiedy urągającej godności człowieka. Ale… Kurczę. Oto oglądam prawdziwy polski „dublaż” sprzed lat! Najprawdziwszy! Z czasów, kiedy pełnowartościowe opracowania językowe w telewizji były bardziej normą niż wyjątkiem.
Potem okazało się, że na YouTube krąży wersja z lekko poprawionym dźwiękiem podłożonym pod obraz dobrej jakości, chyba z wydania DVD. Wprawdzie z momentami kompletnie innym podziałem czasowym odcinków i materiałem ogólnie skróconym o kilka (ważnych) minut, ale jednak. To nie zmienia zasadności powyższego akapitu – bo taka kopia powinna być owocem oficjalnej dystrybucji, a nie efektem dobrej woli jakiegoś zdolnego amatora.

Piotr Wielki sam w sobie jest serialem na świetnym poziomie i z klimatem, którego ze świecą szukać wśród dzisiejszych produkcji telewizyjnych. Ma filmowy, niebywały rozmach: w kostiumach, scenografii, scenach batalistycznych. Nie przesłania on jednak fabuły, bardzo zgrabnie opowiadającej o dziejach Piotra Aleksiejewicza Romanowa zarówno jako władcy pragnącego zmienić oblicze Rosji, jak i targanego rozmaitymi emocjami człowieka. Złożone charakterystyki mają również bohaterowie z jego otoczenia. Pojawia się też pewna doza brutalności – jednak znacznie bardziej wyważonej, niż we współczesnych serialach o podobnej tematyce. A do tego, niczym wisienka na torcie, trochę humoru. Jego obecność jest tyleż zaskakująca, co potrzebna dla przełamania nielekkiego w końcu klimatu.
Summa summarum… Nie powinnam może tego pisać na stronie promującej dubbing filmów aktorskich, ale śmiem twierdzić, że ta konkretna produkcja broni się i bez takiej formy tłumaczenia. Co nie zmienia faktu, że to świetnie, iż ją posiada.

Choć niektórzy uznają koniec lat 80. za schyłek „polskiej szkoły dubbingu”, zwłaszcza pod kątem aktorskim, w Piotrze Wielkim głosy brzmią dobrze. Czasami nawet bardzo. Trudno się dziwić – obsada pełna jest aktorów niemniej zdolnych, co ich zagraniczni, obecni na ekranie koledzy. Młodsza wersja tytułowego bohatera, brawurowo zagrana przez Jana Niklasa, przemawia głosem Krzysztofa Kolbergera, który potrafi doskonale oddać wdzięk kreacji swojego niemieckiego kolegi, a z każdym kolejnym odcinkiem jest coraz lepszy. Omara Sharifa, grającego księcia Romodanowskiego, swoim głosem ze staroświeckim, tylnojęzykowym „ł”, okrasza Piotr Pawłowski. Eudoksję Łopuchinę, pierwszą żonę cara, dubbinguje Anna Romantowska, generała Gordona – Wiesław Machowski (kolejny posiadacz staroszkolnej wymowy), Suchorukowa – Bogusz Bilewski, zaś patriarchę Adriana – zmarły niedawno Maciej Maciejewski, najdłużej żyjący polski aktor w historii.

Niektóre dopasowania potrafią dać po głowie! Moja pierwsza myśl, gdy ujrzałam na ekranie Vanessę Redgrave jako Zofię Romanową? „O mój Boże, ona wygląda zupełnie jak Teresa Budzisz-Krzyżanowska, padnę, jeśli to ona ją dubbinguje”. Jak się chwilę potem okazało, powinnam była paść. I to jak długa. Takich trafionych przez panią reżyser „sobowtórów” jest jeszcze paru, choć już nie aż tak nieprawdopodobnie przypominających zagranicznych odpowiedników. Geoffrey Whitehead w charakteryzacji na Wasilija Golicyna podobny jest trochę do Mariana Kociniaka jako Murgrabiego z Janosika? Dostał Mariana Kociniaka jako swój głos. Algis Arlauskas (ojciec Teodozjusz) ma w sobie coś z Andrzeja Precigsa – przynajmniej póki Arlauskasa nie charakteryzują na starca? Niechże Andrzej Precigs za niego przemawia! Że już nie wspomnę o doborze Kaliny Jędrusik pod Ursulę Andress (Athalie) – wszak, że tak pozwolę sobie złośliwie to skomentować, obie zrobiły karierę świecąc ciałem… Przy serialowym Aleksandrze Mienszykowie, pierwszorzędnie granym przez Helmuta Griema, już powyższa zasada nie zadziałała. Bo choć z urody – przynajmniej w mojej opinii – mocno przypominał Janusza Bukowskiego (obecnego zresztą w tym dubbingu w roli Szeremietiewa), głosu użyczył mu świetny, a momentami wręcz znakomity, Krzysztof Kołbasiuk. Aczkolwiek chyba nie byłam w tym skojarzeniu odosobniona, a co się odwlecze, to nie uciecze: siedem lat później w serialu – nomen omenKarol Wielki postać graną przez Griema zdubbingował właśnie Bukowski. Ale to temat na całkiem inną opowieść.

Dalsza część serii (od odcinka 5 wzwyż) to nowe twarze, nie tylko u nowych bohaterów. Ja wiem, że Maximilian Schell wielkim aktorem był. Ale tutaj, jako starszy Piotr Wielki, w pierwszym skojarzeniu przypominał mi trochę skrzyżowanie Tadeusza Rossa z Janem Kobuszewskim, co początkowo utrudniało mi potraktowanie go poważnie. Niesłusznie zresztą, bo każdy kolejny odcinek udowadniał, że był równie dobrym odtwórcą roli cara, co jego młodszy „zastępca” Niklas (a ja coraz bardziej zastanawiałam się, gdzie ja, u licha, na początku miałam oczy). Na szczęście dubbingujący Schella Piotr Fronczewski od początku odwala kawał dobrej roboty, co niewątpliwie przyśpieszyło i ułatwiło weryfikację moich przekonań co do jego austriackiego kolegi po fachu. Zresztą to ogólna tendencja, że w dalszej części serii dubbingowy kalejdoskop uzupełniają kolejne wspaniałe nazwiska. Artur Barciś jako król szwedzki Karol XII. Jak zwykle pełen klasy Edmund Fetting w roli Fryderyka I Pruskiego. Niezawodny aktorsko (choć troszkę liberalnie traktujący kłapy) Zdzisław Tobiasz jako Wilhelm III Orański. Można by zażartować, że mamy tu do czynienia z królami nie tylko z nazwy. Do tego jeszcze Jerzy Kamas w roli Isaaca Newtona. Przewrotnie uroczy Piotr Bajor, użyczający głosu dorosłemu carewiczowi Aleksemu. Pełna wdzięku Ewa Kania jako Zofia Charlotta Hanowerska, żona Fryderyka I. Czy jeżeli rzucę hasłem, że „dla każdego coś miłego”, to bardzo przesadzę?

Honorowy akapit należy się dwóm słyszanym w głośnikach paniom, które z racji przepaści pokoleniowej lub ulotnych karier są mi kompletnie obce – co nie zmieniło faktu, że przypadły mi do gustu w swoich rolach. Krystyna Mikołajewska jako caryca Natalia, matka Piotra i (zwłaszcza!) Ewa Żukowska, znakomicie odwzorowująca charakterystyczny sposób mówienia Hanny Schygulli w roli Katarzyny, drugiej żony cara.

Oto i nasza wspaniała obsada, można by rzec: sól tego dubbingu. Że już nie wspomnę o masie innych aktorek i aktorów, którzy w ogromie nazwisk gdzieś mi się zagubili – co nie znaczy, że wypadli w jakimkolwiek stopniu gorzej. Bo przecież na tej imprezie nie ma byle kogo. Legendarna Zofia Dybowska-Aleksandrowicz zebrała mocny skład, nie ma co!

Choć schyłek lat 80. to zupełnie inne czasy również pod kątem techniki, w tym względzie Piotr Wielki także się broni. Nawet teraz, w erze możliwości przewinięcia i przeklatkowania wszystkiego, co da się oglądać, nie jest łatwo przyłapać twórców polskiej wersji językowej na rażących zaniedbaniach. Chociażby w kwestii tego, co nazywamy kłapami. Pierwsze trzy odcinki z dialogami Marii Etienne w tym względzie są bardzo udane. Oczywiście poza tymi nielicznymi, krytycznymi momentami, kiedy po prostu nie da się zsynchronizować ze sobą przekazów w dwóch różnych językach. Nie oszukujmy się, takie zawsze istnieją. Przy pozostałych epizodach, „dialogowanych” przez Krystynę Skibińską-Subocz, jest już deczko (i widocznie) gorzej, acz nadal na poziomie. Do aspektu językowego nie mam zastrzeżeń do żadnej z pań – bohaterowie mówią zgrabną, poprawną polszczyzną. W dodatku adekwatną do czasu akcji serialu. Ale bez żadnych sztucznych archaizmów czy innych podobnych wynalazków. I bardzo dobrze, bo brzmiałoby to koszmarnie, a obie panie dialogistki zapewne zdawały sobie z tego sprawę.

To nie jest tak, że wszystkie dubbingi zrobione przed 1989 rokiem są wybitne, idealne i ogólnie cacane (bo nie są), ale w wypadku Piotra Wielkiego trudno jest znaleźć coś, do czego można się naprawdę przyczepić. No dobra. Można cichutko parsknąć śmiechem, słysząc któryś już raz Leopolda Matuszczaka w gwarach czy kolejną postać epizodyczną podkładaną przez Andrzeja Gawrońskiego. Ale przy tak udanej całości to tylko detale, które nie psują przyjemności z oglądania. A poza tym, panów Matuszczaka i Gawrońskiego lubimy przecież bardzo, co nie? Mimo wszystko, polski dubbing Piotra Wielkiego to doskonały przykład na to, że wykonana na wysokim poziomie wersja językowa może stać się wartością dodaną do już udanej produkcji zagranicznej. Co więcej – że „dublaż” może się tak dobrze do oryginału „przykleić”, że nie sposób będzie ocenić je osobno. Da się tak? Nie tracić wiele z emocji i ekspresji aktorów, jak ma to miejsce przy zagłuszającym wszystko lektorze czy odwracających wzrok napisach? Jak widać po tym serialu, owszem. Szach mat, domorośli przeciwnicy dubbingu!

Grafiki wykorzystane w tekście: © National Broadcasting Company (NBC).

Odpowiedz