„Lwica Sirga” – recenzja dubbingu

Chociaż producentem Lwicy Sirgi (tytuł podawany w programie telewizyjnym z 1995 roku, chociaż w samym filmie lektor czyta tytuł Sirga) był Luc Besson, ten powstały na podstawie powieści Renégo Guillota film jest mało znany. Jeszcze mniej osób pamięta prawdopodobnie, że doczekał się on dubbingu opracowanego na zlecenie Canal+. Biorąc pod uwagę datę premiery tej wersji (30 czerwca 1995 r.), był to bodaj jeden z najwcześniejszych polskich dubbingów zleconych przez tę stację. Jak wypada opracowany w nieistniejącym już Paanfilm Studio Warszawa i wyreżyserowany przez Ewę Kopaczewską-Bilińską dubbing, o którym większość zapomniała?

Na dobrą sprawę recenzja polskiej wersji Lwicy Sirgi to recenzja jednej roli – Aleksandry Rojewskiej użyczającej głosu Lénie. Z jednej strony dlatego, że spora część dialogów to kwestie mówione najprawdopodobniej w języku mossi, ful, diula albo innym używanym w Burkina Faso, gdzie osadzona została akcja filmu. Z drugiej – większość postaci, które przemawiają już po francusku, ma niewiele do powiedzenia. Wyjątkiem jest wspomniana Léna, która wprowadza widza w historię bohaterów i zwyczaje swojej wioski, więc większość dubbingu to jej narracja z offu. Niestety, dość niefortunnie złożyło się, że najważniejszą rolę w filmie powierzono właśnie Aleksandrze Rojewskiej. Z jednej strony: dwudziestodziewięcioletnia wtedy Rojewska dubbingowała dziesięcio-, może jedenastoletnią dziewczynkę. Z drugiej: podobnie jak chociażby w Gwiezdnych wojnach, aktorka brzmiała bardzo sztucznie. Co prawda nie przez cały czas i miewała lepsze momenty, jednak większość jej kwestii jest po prostu słaba i zafałszowana.

Znacznie lepiej sprawdzają się pozostali aktorzy. Jest to o tyle ważne, że filmy, w których obsadach przeważają Murzyni, rzadko udaje się dobrze zdubbingować dobrze na język polski (by wspomnieć tylko 8. Milę). Mało tego, w latach 90. (a nawet jeszcze później) dość powszechne było obsadzanie postaci czarnoskórych pod jakiś niepisany klucz „jeśli Murzyn, to Jacek Wolszczak albo Cezary Kwieciński, jeśli groźny Murzyn – Marcin Troński” i bodaj dopiero w Czarnej Panterze udało się to zrobić naprawdę dobrze. Ale i Lwica Sirga pod tym względem brzmi całkiem nieźle. Drugim najważniejszym aktorem w dubbingu jest Mateusz Grydlik. Podłożył on głos pod Oulégo i była to rola zagrana znacznie lepiej niż dominująca – zaskakująco naturalna i przyjemna. Sprawdzili się również Joanna Wizmur i Krzysztof Kołbasiuk jako Tamani i Moko, czyli rodzice chłopaka. Nie licząc tych czterech postaci, pozostali bohaterowie mają w filmie często po jednym zdaniu i również nie brzmią źle.

Jeżeli chodzi o dialogi Krystyny Skibińskiej-Subocz, to trudno im cokolwiek zarzucić. Są po prostu poprawnie napisane i idealnie spełniają swoje podstawowe zadanie, dodatkowo dobrze przybliżając widzowi realia burkińskich wiosek. Podobnie jak w poprzednich recenzjach dubbingów Canal+, nie podejmuję się oceniania dźwięku i montażu. Ponownie ze względu na fakt, że po ponad dwudziestu latach jakość dźwięku na wideokasetach może pozostawiać to i owo do życzenia.

Polska wersja Lwicy Sirgi byłaby naprawdę świetna, gdyby nie jedna, ale za to poważna wada – złe obsadzenie postaci, która ma najwięcej do powiedzenia. Biorąc jednak pod uwagę, że przez większość filmu postacie i tak nie mówią nic albo posługują się którymś z języków burkińskich, wada ta nie jest aż tak dotkliwa, a polska wersja nie przeszkadza w oglądaniu tego skądinąd niezłego filmu.

Grafika wykorzystana w nagłówku: © Les Films du Dauphin / Canal+ / Odessa Films / RGP Productions / Skyline.

Odpowiedz