„Jeszcze bardziej zgryźliwi tetrycy” – recenzja dubbingu


Kiedy Canal+ wchodził do Polski, zobowiązał się dubbingować część swojej ramówki. Skutkowało to zdubbingowaniem wielu produkcji – głównie seriali i animacji, ale również kilkudziesięciu filmów. Poziom ich realizacji był różny – na pewno trafiały się wśród nich dubbingi niemal wybitne. Jeżeli wierzyć dziennikarzom publikującym w tamtym okresie, bywały też polskie wersje, których jakość pozostawiała wiele do życzenia. Nie ulega jednak wątpliwości, że polska wersja Jeszcze bardziej zgryźliwych tetryków należy do tej pierwszej kategorii. Pozwólcie, że powspominamy dziś zaginiony dubbing wyreżyserowany w Master Filmie przez Elżbietę Jeżewską, którego premiera na antenie Canal+ miała miejsce 21 lat temu.

Pierwszym, co zauważa się podczas oglądania dubbingu, są w zasadzie idealnie dobrane głosy pod Jacka Lemmona i Waltera Matthaua, dubbingowanych, odpowiednio, przez Stanisława Brejdyganta i Edmunda Fettinga. Dwaj weterani polskiego dubbingu nie tylko świetnie „kleją” się z twarzami i sylwetkami tych uznanych amerykańskich aktorów komediowych, ale też swoje role zagrali niemal bezbłędnie. Mało tego, Fettingowi udało się też całkiem nieźle oddać wszelkie odgłosy wydawane przez Matthaua – a to niekoniecznie udaje się w dubbingu nawet doświadczonym aktorom (by wspomnieć tylko Artura Barcisia nieudolnie próbującego podrobić nieartykułowane dźwięki wydawane przez Louisa de Funèsa). Zaskakująco dobrze wypadają też Agnieszka Kotulanka jako Ann-Margret Olsson oraz Anna Seniuk dubbingująca Sophię Loren. Te cztery główne głosy są dobrane pierwszorzędnie i zagrane na naprawdę wysokim poziomie.

Pozostali ważniejsi bohaterowie również grają świetnie, chociaż moim zdaniem można było dobrać im odrobinę lepsze głosy. Nie znaczy to jednak wcale, że wypadają źle – raczej po prostu są przyćmiewani przez pierwszoplanowy kwartet. Postacie drugoplanowe brzmią już odrobinę gorzej, ale biorąc pod uwagę, że mają niewiele dialogów, w żaden sposób nie rzutuje to na odbiór dubbingu.

Jedną z większych bolączek polskiej wersji jest pewna niekonsekwencja. Edmund Fetting imię „swojego” syna konsekwentnie wymawia [dżekob], podczas gdy cała reszta obsady – [dżejkob]. Nie przemawia do mnie również przechrzczenie Malenie na Melanię, ale tutaj już przynajmniej zachowano konsekwencję. Chociaż przykro mi to mówić, w dubbingu trafiła się „partia” materiału, która brzmiała po prostu źle. Chodzi o wyświetlane podczas napisów końcowych wpadki z planu – o ile podkładanie głosu pod postacie udało się panom Brejdygantowi i Fettingowi fenomenalnie, to już pod samych Matthaua i Lemmona niekoniecznie.

Wersja polska, do której dialogi napisała Elżbieta Kowalska, jest odrobinę wulgarniejsza od oryginalnej. Przykładowo, jedną z podstawowych obelg, jakimi Max obrzuca Johna, jest „putz”, co w dubbingu przełożono na „fiuta” (podczas gdy w TVN-owskiej szeptance mamy „łajzę”). Kiedy w wersji angielskiej bohaterowie posługują się „crap”, w polskiej jest dosadniejsze „gówno” albo „srać”. Przez cały dubbing przewijają się tego typu łagodniejsze wulgaryzmy, jak „kutas”, „dziwka”, „pieprzyć” itd. Jest więc to plus polskich dialogów, mają one jednak również kilka słabszych momentów. Osobiście uważam, że zboczone gadki dziadka Gustafsona, takie jak np. wymyślane przez niego nazwy hawajskich wysp, dużo lepiej brzmiały w tłumaczeniu nieocenionej Magdaleny Balcerek. Aż szkoda, że tak dobre tłumaczenie wykorzystano w szeptance. Nie do końca przekonuje mnie też scena, w której Edmund Fetting nazywa Marię wulgarnie „lesbą”, podczas gdy w oryginale była to po prostu „lesbijka” – do których, notabene, Max miał słabość.

Szkoda również, że czasami Elżbieta Kowalska gubi jakiś żarcik, przykładowo w jednej ze scen Maria mówi: „Od bardzo dawna się nie kochałam”, na co Max odpowiada: „Ja też”. W oryginale odpowiedź Maksa jest taka sama, tyle że na stwierdzenie: „Od dawna nie byłam z mężczyzną”. Plusem dialogów, w odróżnieniu od dość poprawnej językowo wersji lektorskiej, jest dość swobodny język, jakim posługują się bohaterowie. W ramach archeologicznej ciekawostki można wspomnieć również o tym, że „trick or treat” w dubbingu do Tetryków to „fant albo psikus”. Nie jest to oczywiście błąd, bo zdaje się, że „cukierek albo psikus” utrwaliło się w polszczyźnie wraz z coraz częstszym adaptowaniem Halloween na nasz grunt.

Nad dźwiękiem do filmu czuwała Elżbieta Mikuś, a nad montażem Jan Graboś. Wymieniam ich tutaj niejako z „kronikarskiego obowiązku”, ponieważ ich pracy nie sposób niestety ocenić na podstawie nagrania ze starej, zużytej wideokasety, której jakość obrazu i dźwięku pozostawia wiele do życzenia.

Jeszcze bardziej zgryźliwi tetrycy to jeden z tych dubbingów, które Canal+ udały się wybitnie. Wielka szkoda, że od blisko dwudziestu lat nie był on nigdzie emitowany, a niewykluczone, że przepadł całkowicie, podzielając los wielu innych polskich wersji opracowanych w latach 90. na zlecenie stacji. Wiele bym dał, żeby zobaczyć ten film (i jego pierwszą część) w wersji niepochodzącej ze zdartej kasety. Bo ponad wszelką wątpliwość jest to rzecz, która spodoba się każdemu fanowi polskiego dubbingu.

Grafika wykorzystana w nagłówku: © Lancaster Gate / Warner Bros.

2 komentarze - Dodaj komentarz

Odpowiedz