„Avengers: Wojna bez granic” – recenzja dubbingu

Waldemar Modestowicz, chociaż zdarzyło mu się kilka słabszych opracowań, od pewnego czasu jest niemalże gwarancją udanego polskiego dubbingu. Od sześciu lat misternie tkał obsadę Marvel Cinematic Universe, a wszystko to sprowadzało się do tego momentu. Do Avengers: Wojny bez granic i jej kontynuacji, gdzie stężenie postaci na centymetr sześcienny kliszy filmowej osiąga niebezpieczne wartości. Czy i tym razem Modestowiczowi udało się stanąć na wysokości zadania, czy może jednak jest to kolejna wpadka pokroju Ant-Mana?

Trudno jest napisać coś odkrywczego o dubbingu do filmu, którego zdecydowana większość obsady wcielała się już wcześniej w swoje postacie i z reguły wychodziło im to świetnie. Nie zmienia się to w Wojnie bez granic. Szczerze wątpię, żeby osoby, które wcześniej któregoś aktora polubiły, a innego nie, teraz zmieniły o nich opinię. Ale z drugiej strony… Michał Żebrowski ani trochę mi już tutaj nie wadził. Z jednej strony po Doktorze Strange’u i Thorze: Ragnaroku aktor wszedł już w postać, a z drugiej – po dwóch filmach po prostu przyzwyczaiłem się już do Benedicta Cumberbatcha przemawiającego jego głosem.

Nie przyzwyczaiłem się za to do Grzegorza Kwietnia jako Paula Bettany’ego – z tego samego powodu, dla którego razi mnie on jako Superman w konkurencyjnym uniwersum. Jest zbyt delikatny, a dodatkowo jako jedyny wybija z klimatu, przypominając, że to tylko dubbing. Przez większość czasu Bettany był w tej serii tylko głosem JARVIS-a, później obrabianym cyfrowo Visionem, a mimo to brzmiał słabo. W Wojnie bez granic przez chwilę pojawia się jednak w ludzkiej formie i dopiero wtedy z całą mocą uderzyło mnie, jak bardzo niedopasowana jest to rola. Kwiecień to bez wątpienia genialny głosowy kameleon, czego dobitnie dowodzi Miasteczko South Park, ale w MCU Modestowicz poprowadził go bardzo źle. Jeżeli Disney nakaże zachowanie go w Hanie Solo, gdzie Bettany wcieli się w głównego złego i pojawi się w swojej „ludzkiej formie”, a reżyser postanowi, żeby zagrał go tak samo jak Visiona, to będzie wtopa.

Jedno z najważniejszych pytań, jakie zadawaliśmy sobie na forum, dotyczyło głosu Thanosa. W poprzednich filmach, gdzie pojawiał się tylko w scenach po napisach, dubbingowany był przez Marka Barbasiewicza. Zastanawialiśmy się, czy Barbasiewicz – rekordzista w ilości ważniejszych ról w tym uniwersum – pozostanie nim i tutaj. Ostatecznie jednak Thanos przemówił głosem Jana Frycza, a efekt jest naprawdę dobry. Podrasowany komputerowo Frycz brzmi dokładnie tak, jak powinien brzmieć kosmiczny tyran, ale niebędący postacią jednoznacznie złą i miewający momenty słabości. Po Zemście Salazara to kolejna bardzo udana rola Frycza.

Jedną z nowych postaci wprowadzonych w Wojnie bez granic jest Eitir, grany przez Petera Dinklage’a. Modestowicz zdecydował się na zachowanie Jarosława Boberka z X-Men: Przeszłości, która nadejdzie, gdzie brzmiał dość słabo. Tutaj jednak aktor został poprowadzony inaczej, a dodatkowo komputerowo obniżono mu głos. Z jednej strony Boberek brzmi dzięki temu lepiej niż w X-Men, z drugiej jednak cała ta rola była przez to lekko sztuczna. Potwierdza to jedynie, że Boberek na pewno nie jest głosem, którym mógłby przemawiać Tyrion Lannister w Grze o tron.

Co ciekawe, jest to pierwszy kinowy film z uniwersum, pod którym podpisano dwóch dialogistów – Jana Wecsilego (większość filmów z MCU) i Marcina Bartkiewicza (Spider-Man: Homecoming). Na szczęście duetowi udało się zachować umiar. Kiedy ma być zabawnie, to widzowie się śmieją, kiedy ma być poważnie, to nic nie odwraca uwagi widza – chyba że tak było w oryginale. Na szczęście bohaterowie nie przerzucają się powiedzonkami młodzieżowymi czy ze Świata według Kiepskich. Co prawda, o ile pamięć mnie nie myli, raz czy dwa zdarzyło się jakieś nawiązanie podchodzące pod lokalizację, ale były na tyle subtelne, że po seansie nawet już ich nie pamiętam. Ponieważ nie oglądałem jeszcze wersji z napisami, trudno jest mi ocenić, jak tłumaczenie sprawdza się pod innymi względami, w tym przede wszystkim przeinaczeń, ale znając poprzednie dokonania Wecsilego, prawdopodobnie trochę ich jest, a niektóre mogą wypaczać sens oryginalnych wypowiedzi. Bez tego porównania, które większości widzów i tak nie obchodzi, dialogi prezentują odpowiednio wysoki poziom. Są spójne, bawią kiedy mają bawić i nie powodują dezorientacji.

Pod względem technicznym Wojna bez granic również zrealizowana jest poprawnie. Dialogi są dobrze słyszalne, nic ich nie zagłusza, aktorzy nie bełkoczą. Jedynym minusem jest, jak zwykle w przypadku Disneya, niezastosowanie spolszczonych taśm. Wydawałoby się, że jedną z najbogatszych korporacji na świecie będzie stać na to, żeby zlokalizować napisy ekranowe, ale Disney woli stosować tę metodę tylko w Gwiezdnych wojnach. W trzeciej części Avengers wszelkie napisy ponownie lokalizowane są za pomocą pojawiającego się u dołu ekranu białego Ariala.

Polska wersja Wojny bez granic nie zaskakuje. Spodziewałem się udanego dubbingu, z kolejnymi świetnymi rolami takich aktorów jak Mariusz Bonaszewski czy Lidia Sadowa, i dokładnie to dostałem. Nie obyło się co prawda bez wpadek, ale mimo wszystko da się je przełknąć i czerpać przyjemność z oglądania filmu w polskiej wersji.

Grafika wykorzystana w nagłówku: © The Walt Disney Company.

6 komentarzy - Dodaj komentarz

Odpowiedz