„Player One” – recenzja dubbingu

Uwaga: tekst zawiera spoilery.

Przez pewien czas, głównie przed przełomowym dla dubbingu rokiem 2012, Film Factory Studio znane było z tego, że ich kinowe dubbingi (w tym te robione jeszcze pod szyldem Genetix Film Factory) były najlepsze i zdecydowanie zawyżały średni poziom aktorskich polskich opracowań. W ostatnich latach jednak ta średnia bardzo się podniosła. Leszek Zduń zaliczył szybki wzrost formy, Elżbieta Kopocińska odeszła od powtarzalnych, składających się głównie z mainstreamowych aktorów obsad, z których była znana. Inni reżyserzy kinówek, w tym m.in. Jerzy Dominik, Jarosław Boberek, Wojciech Paszkowski czy Artur Tyszkiewicz, zaskoczyli wysokiej jakości produkcjami. No i wciąż mamy tych reżyserów, którzy po prostu nie zawodzą – Waldemara Modestowicza i Annę Apostolakis. Skoro więc ogólny poziom się podniósł, Film Factory Studio miało trudne zadanie, chcąc pokazać, że wciąż potrafią go zawyżyć. Czy im się to udało? No cóż…

Oceniając obsadę, zacznę od tego, co zagrało najmniej – od Grzegorza Pawlaka. Choć nie mam co do niego aż takich obiekcji, jak redakcyjny kolega Pottero (który często podkreśla, że jego obecność w obsadzie zawsze grubą kreską odcina się od naturalności dubbingu), to jednak miałem pewne obawy, które niestety spełniły się – i to ze sporą nadwyżką. Częścią tego problemu jest sam jego dobór. Postać Jamesa Hallidaya pojawia się w filmie w różnych formach – w aktualnym wieku aktora, w wersji odmłodzonej, gdy widzimy wspomnienia bohatera, oraz jako jego awatar, brodaty stary mistrz. Niestety, Pawlak wydaje się pasować tylko do tego ostatniego wariantu. W roli Hallidaya w „aktualnym” wieku, jego głos tylko częściowo klei się z twarzą, ale kiedy gra jego odmłodzoną wersję, nie pasuje ani trochę. Oczywiście wiem, że to było odmłodzenie komputerowe i głos musiał zostać ten sam, więc pewnie oglądając w oryginale widz ma podobny dysonans, ale  sam nie wiem – może lepiej byłoby postawić na jakiegoś aktora o głosie bardziej „neutralnym” wiekowo? Może Paweł Wawrzecki, dubbingujący tego aktora w filmie BFG: Bardzo Fajny Gigant, byłby jednak lepszy?

Niestety, większym problemem Pawlaka jest jego gra. Halliday mówi w pewnym momencie filmu, że w prawdziwym świecie „zawsze czuł się nieswojo” i można odnieść wrażenie, że Pawlak tak samo czuł się dubbingując tego bohatera. Cała postać została zagrana niepewnym, zakłopotanym głosem. Rozumiem, że miało to podkreślić jej aspołeczność i pewną „geekowatość”, ale moim zdaniem przesadzono z tym, a efekt jest zbyt przerysowany i karykaturalny. Oglądając zwiastun w wersji oryginalnej nie miałem wrażenia, że James Halliday tak brzmi. Nawet jako jego awatar, Pawlak brzmi nie do końca pewnie, choć i tak lepiej niż jako żywy człowiek.

Drugie, jednak już znacznie mniejsze „ale”, jakie mam wobec obsady, to Jędrzej Hycnar jako Wade Watts. Jego głos został dobrany do postaci bardzo dobrze, jednak w niektórych momentach minimalnie słabowała gra aktorska. Dało się to odczuć głównie na początku – zwłaszcza słyszana z offu narracja bohatera była, według mnie, nie do końca właściwie zinterpretowana przez aktora. Jednak z biegiem czasu takich momentów jest już znacznie mniej.

W sumie niewiele mam do dodania o reszcie obsady, bo każda spośród pozostałych głównych ról została dobrana i odegrana na poziomie dobrym bądź bardzo dobrym. Począwszy od Marty Wągrockiej, która spisała się zarówno jako wojownicza, zadziorna Art3mis, jak i wycofana Samantha. Piotr Polak również bardzo dobrze wywiązał się ze swojego zadania (które było o tyle prostsze, że jego postać pojawia się wyłącznie w wirtualnym świecie). Nie mam również zastrzeżeń do Marka Lewandowskiego w roli Ogdena Morrowa. Co więcej, chociaż jego postać, tak jak James Halliday, pojawia się w filmie w różnych wariantach wiekowych, to słuchając młodej wersji Ogdena nie miałem aż takiego dysonansu, jak przy słuchaniu Pawlaka – i to pomimo tego, że mamy tu znacznie starszego polskiego aktora, dubbingującego znacznie młodszego aktora oryginalnego!

Niewiele można powiedzieć o roli Anny Szymańczyk (Helen / Aech). Przez większość filmu jej postać występuje jedynie jako awatar w grze, a ponieważ tenże awatar jest mężczyzną, głos został przefiltrowany tak, żeby widz nie mógł odgadnąć płci aż do chwili, gdy na ekranie pojawia się sama Helen. Nie zagrzewa ona na długo miejsca na ekranie, jednak jest go wystarczająco, żeby móc stwierdzić, że to kolejny pasujący polski głos. Na koniec Szymon Kuśmider jako Nolan Sorrento. Porównując głos polskiego aktora z oryginalnym, ten wybór mógł wydawać się lekko karkołomny i wbrew warunkom, ale podczas seansu nie ma się wrażenia, że coś zgrzyta albo że głos nie pasuje. Jest to po prostu kolejny dobry dobór i dobre odegranie roli, bez wybijania się in plus na tle innych (tak licznych) ról Kuśmidera w kinowych dubbingach. Jest to jednak zdecydowanie lepszy dobór głosu pod Bena Mendelsohna niż Mariusz Bonaszewski w Łotrze 1.

Niewiele mogę zarzucić gwarom i głosom tła. Mimo obecności w nich pewnych dobrze znanych z telewizyjnych dubbingów nazwisk (m.in. Grzegorz Drojewski czy Mikołaj Klimek), tło nie razi sztucznością i kreskówkowością, jak również przesadną powtarzalnością.

Kilka dni temu na czacie naszego forum podlinkowano artykuł chwalący polskie napisy do Player One za tłumaczenie skierowane głównie do geeków, zawierające liczne anglicyzmy i inne zwroty, które są bliższe polskim graczom niż właściwe tłumaczenia ich angielskich odpowiedników. Podobnie jest w przypadku dialogów w dubbingu tego filmu. Postacie używają growego żargonu, mówiąc o wypadających z postaci „dropach” czy o „expieniu”, a „easter egg” nazywany jest na zmianę albo tak, albo „jajem” (którym ostatecznie okazuje się być). Poza tym, dialogi są stylizowane na młodzieżowy slang i w wielu miejscach ocierają się o lekką żenadę, ale na szczęście tylko w paru dialogista tę granicę przekracza. A może to ja jestem już za stary i dlatego „sztos” i „siara” gryzą mnie w uszy?

Podsumowując, o większości tego dubbingu mogę powiedzieć, że jest „dobry”, łamane na „bardzo dobry”. Może i żadna rola nie zapada szczególnie w pamięć, ale i sam film niespecjalnie na to pozwala. Największym, i niestety – negatywnym – wyjątkiem jest Grzegorz Pawlak, u którego nie podpasował mi ani dobór, ani sposób grania postaci, a rola nie była na tyle mała, żebym mógł przymknąć na to oko. Z tego względu nie potrafię dać temu dubbingowi więcej niż 7/10 – czyli w granicach średniej obecnych dubbingów kinowych. Szkoda, że nie wyżej, ale na szczęście w tym roku czekają nas jeszcze Zbrodnie Grindelwalda.

4 komentarze - Dodaj komentarz

Odpowiedz