„Więzień labiryntu: Lek na śmierć” – recenzja dubbingu

Więzień labiryntu: Lek na śmierć to pierwsza dubbingowa niespodzianka 2018 roku. Większa tym bardziej, że stanowi finał trylogii, której poprzednie odsłony dystrybuowane były tylko z napisami. Film zaliczył w Polsce najlepsze otwarcie spośród wszystkich części i można się zastanawiać, czy jest w tym jakaś zasługa dubbingu. A jeśli jest, to warto się zastanowić: jak wypadła wyreżyserowana przez Jarosława Boberka polska wersja?

Przede wszystkim: reżysera należy pochwalić za stosunkowo „świeże” podejście do castingu i ograniczenie do minimum „osłuchańców” w głównych rolach. Lek na śmierć jest dość ważnym pod względem dubbingu filmem, ponieważ po raz pierwszy przemawia w nim po polsku kilku znanych zagranicznych aktorów. Zacznijmy jednak od Kayi Scodelario, w ubiegłym roku dubbingowanej przez Oliwię Nazimek w Piratach z Karaibów: Zemście Salazara. Przypomnę tylko, że rola ta przyniosła jej wyróżnienie dla najlepszej aktorki głosowej w naszym plebiscycie, więc wielu redaktorów i czytelników liczyło na to, że usłyszymy ją również w trzecim Więźniu labiryntu. Tak się jednak nie stało – nie będę wnikał w to, czy się nie dało, czy nie chciało, czy może Nazimek nie wygrała castingu. Jakkolwiek by nie było, Karolina Kalina-Bulcewicz, która „przejęła” rolę Scodelario, sprawdza się nieźle. Może nie tak dobrze, jak poprzedniczka, bo czasami brzmi jednak trochę zbyt „słodko”, ale na pewno nie jest to rola zła. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie, którą aktorkę wolałbym na stałe przypisać jako głos Scodelario, bez wahania wskazałbym Nazimek.

I tak naprawdę „sprawdza się nieźle”, które padło w poprzednim akapicie, można odnieść do większości aktorów. Odświeżając sobie na dwa dni przed pójściem do kina poprzednie części, osłuchałem się oryginalnych głosów, miałem więc dość niezłe i świeże porównanie. Jarosławowi Boberkowi większość aktorów udało się dobrać tak, że nawet jeżeli nie są oni jakoś superbliscy oryginałowi, to mimo wszystko pasują do swoich amerykańskich odpowiedników i da się ich „kupić”, przyzwyczaić do nich – w niektórych przypadkach niemal od razu, w innych (w tym m.in. do Przemysława Wyszyńskiego jako Dylana O’Briena) po pewnej chwili. Nie znaczy to jednak, że któryś z nich chciałbym zachować na przyszłość – wyjątkiem jest Maria Pakulnis, która nie dość, że po raz kolejny stworzyła świetną rolę, to jeszcze naprawdę dobrze „kleiła” się z sylwetką Patricii Clarkson.

Nie obyło się jednak bez wpadek. Pomijam Jacka Króla czy samego Jarosława Boberka, którzy zaliczają „cameo” jako żołnierze DRESZCZ-u i wypadają po prostu słabo, bo były to role w zasadzie bez znaczenia i ograniczały się do może trzech zdań. Nieco gorzej ma się sytuacja z rolami może i nieprzesadnie dużymi, ale ważnymi dla fabuły. Mowa tutaj o Pawle Ciołkoszu w roli Vince’a i Ireneuszu Czopie jako Lawrensie. Spośród aktorów ważniejszych, były to zdecydowanie najsłabsze kreacje. Nie tragiczne, ale jednak zauważalnie gorsze od pozostałych – w przypadku Czopa słychać to wyraźnie zwłaszcza podczas jego „wielkiej przemowy”. Gdyby Forum Film Poland jakimś cudem zdecydowało się na dubbing do Tomb Raider, gdzie Walton Goggins gra głównego złego, a polska wersja trafiła do Soniki, tak jak przed laty Hobbity, to jednak dobrze by było, żeby Czopa nie zachowywać. Sporym rozczarowaniem okazał się też Przemysław Bluszcz jako Janos, czyli Aidan Gillen – zupełnie nie tak wyobrażałem sobie polski głos Littlefingera.

Tłumaczenie jest stosunkowo niezłe, chociaż dość często zdarza się, że Michał Wojnarowski stosuje mało składny szyk zdania, brzmiący po prostu mało naturalnie. Nie przytoczę żadnego dosłownego przykładu, ponieważ te – podobnie jak sam film – wyleciały mi już z głowy, ale działa to na takiej zasadzie, że postać może powiedzieć np. „Co wy robicie tutaj?” zamiast „Co wy tutaj robicie?” I trudno usprawiedliwić to kłapami, bo takie zdania trafiają się nawet w sytuacjach, kiedy ust bohaterów akurat nie widać. Ponieważ z książką i poprzednimi filmami zaznajamiałem się w wersji angielskiej, nie mogę wypowiedzieć się na temat tego, na ile dialogi są wierne książkowemu tłumaczeniu.

Największą bolączką polskiej wersji Leku na śmierć jest dźwięk. Ponad wszelką wątpliwość nie ma tutaj znaczenia jakość aparatury w kinie, bo tydzień wcześniej w tej samej sali oglądałem Cudownego chłopca, przy którym nie było żadnych problemów. W Więźniu labiryntu nad wyraz często nie da się jednak zrozumieć – albo częściowo, albo w ogóle – co bohaterowie właśnie powiedzieli albo wykrzyczeli. Już pierwsza scena, obracająca się wokół pędzącego pociągu, to festiwal niezrozumiałego pszt, pszt, pszt. I tak niestety jest również przez resztę filmu – jeżeli na ekranie akurat dzieje się coś widowiskowego (czyli przez jakieś 60% seansu), czemu towarzyszy sporo efektów dźwiękowych, to możliwość zrozumienia postaci drastycznie spada. Dotyczy to również części innych scen, np. tej, w której bohaterowie przebrani w kombinezony DRESZCZ-u rozmawiają ze sobą, mając na głowie hełmy, a na ich głosy nałożono filtr „przez radio”. Absolutnym hitem na moim seansie był jednak Newt, którego imię wymawiane albo wykrzykiwane przez bohaterów, a zagłuszane przez efekty dźwiękowe, dla mnie (i części pozostałych widzów również) brzmiało jak… „miód”. Pokaż spoiler

Dubbing Leku na śmierć to całkiem solidna rzemieślnicza robota. Gdybym miał oceniać go tylko za dobór głosów i za to, jak poradzili sobie aktorzy, dostałby solidną siódemkę. Jednak ze względu na pozostawiającą wiele do życzenia jakość dźwięku, jak również – ale już w niewielkim stopniu – niegramatyczne, niczym nieuzasadnione konstrukcje zdań, ostateczna ocena to naciągane 6/10.

Grafika wykorzystana w nagłówku: © 20th Century Fox / Imperial CinePix.

Jedna odpowiedź - Dodaj komentarz

Odpowiedz