Jumanji: Przygoda w dżungli – recenzja dubbingu

Oto kolejny w ciągu zaledwie kilku tygodni film, który trafia do polskich kin tylko w wersji z dubbingiem. Co wiecie o swoich dziadkach?, mimo raczej słabej polskiej wersji, i tak przyciągnęło do kin niemal trzykrotnie więcej widzów od pierwszej części. Mając na uwadze to, że dwa pierwsze tegoroczne dubbingi reżyserowane przez Elżbietę KopocińskąPower Rangers i Azyl – prezentowały naprawdę wysoki poziom, będąc szczytowymi osiągnięciami tej reżyser, na Jumanji: Przygodę w dżungli szedłem z pozytywnym nastawieniem. Liczyłem na to, że tym razem film dostępny tylko w jednej wersji, stanowiący niejako „wizytówkę” polskiego dubbingu dla tych, którzy z reguły go unikają, będzie wykonany porządnie. Czy mój optymizm był zasadny?

Na początek przypomnijmy może, że jestem znacznie bardziej surowy w ocenie dubbingu od kolegów i koleżanek z forum i z redakcji. W przeciwieństwie do nich, nie wyznaję zasady „nie ważne, jak beznadziejny jest dubbing, ważne, że w ogóle jest”. Jeśli polska wersja jest zła, to nie katuję się, a po prostu wybieram oryginał albo napisy. Chociaż jestem miłośnikiem polskiego dubbingu, to nie należę do osób, które przyjmują go hurraoptymistycznie i bezkrytycznie, mam dużo większe wymagania i jestem znacznie ostrzejszy w ocenie. Dobrze widać to właśnie na przykładzie Jumanji, które koledzy-hurraoptymiści uznają za dubbing udany, ale moim zdaniem jest on na wskroś przeciętny.

Dlaczego przeciętny? Przede wszystkim dlatego, że ani na chwilę nie da się zapomnieć o tym, że mamy do czynienia z podłożonymi głosami. Przygoda w dżungli niestety cierpi na przypadłość właściwą dla dubbingów Pani Kopocińskiej, która – jak myślałem – już minęła, tj. nierzadko brzmi nie tak, jak powinna. Co prawda nie ma już w niej tej wyraźnie zauważalnej dziecinności, ale naprawdę często słychać sztuczność. Raz aktorzy są nadekspresywni, kiedy indziej ekspresji w ich głosach brakuje. Przemysław Glapiński, wcielający się w „tego złego”, gra tak, żeby głosem do przesady podkreślić „złolstwo” swojej postaci, postać Wojciecha Brzezińskiego też jest dość mocno przerysowana. Trudno może być się przyzwyczaić do Bartłomieja Kasprzykowskiego, który całą swoją postać zagrał w stylu stereotypowego – za przeproszeniem – homosia. Większość nastolatków wciągniętych do Jumanji zachowuje swoje osobowości, jednak Bethany, uwięziona w ciele granego przez Jacka Blacka Shally’ego Oberona, wyraźnie się zmienia. Na co dzień jest typem uzależnionej od Instagramu i rozpieszczonej księżniczki, nierozstającej się ze smartfonem i kijkiem do selfie, ale nie aż tak groteskową i przegiętą, jak chociażby Sharpay z High School Musical. Kiedy jednak zamienia się w Oberona, staje się mocno przegięta. Trudno powiedzieć, czy zniewieściały głos postaci, którą odtwarza w grze, to inwencja twórca realizatorów polskiej wersji, czy może było tak w oryginale i miało to podkreślić jej „genderyzm”. Jakkolwiek by nie było, Kasprzykowski momentami trochę z tym przesadzał. Cechą wspólną wszystkich postaci są słabiutko zagrane sceny wszelkich reakcji – wykrzyknień, westchnięć, jęków, zająknień itd.

Reszta głównych bohaterów również niespecjalnie porywa. Jak wspominałem podczas recenzowania Logana, uwielbiam Krzysztofa Banaszyka w słuchowiskach, grach i animacjach, ale w produkcjach aktorskich jego głos zawsze powoduje pewien zgrzyt – i nie inaczej było w tym przypadku. Trzeba jednak oddać Panu Banaszykowi sprawiedliwość i zaznaczyć, że świetnie gra głosem, odpowiednio go zmieniając, kiedy wymaga tego sytuacja. Mateusz Narloch jako Kevin Hart ani trochę mnie do siebie nie przekonał – niestety wyraźnie słychać, że aktora mającego prawie czterdzieści lat obsadzono dwudziestolatkiem. Plus takiego zabiegu jest jednak taki, że Narlochowi nieźle udało się oddać postać nieco stereotypowego Murzyna, mającego tendencję do krzyczenia i nadekspresji. Mając za sobą serial Kingdom, w którym jedną z głównych ról grał Nick Jonas, osłuchałem się jego głosu na tyle, żeby wiedzieć, że Patryk Czerniejewski na pewno nie jest najlepszym jego odpowiednikiem, chociaż należy przyznać, że mimo wszystko była to jedna z najmniej sztucznych ról w całym filmie. Na drugim miejscu postawiłbym Julię Łukowiak. Podobnie ma się sprawa z postaciami w świecie rzeczywistym – i tutaj, chociaż grają je inne osoby i mają inne głosy, nie obyło się bez sztuczności. Spośród prawdziwych wcieleń bohaterów najlepiej wypada bez wątpienia Weronika Humaj jako Bethany.

W przeciwieństwie do recenzowanego niedawno Co wiecie o swoich dziadkach?, podczas oglądania Jumanji widzowie bardzo często wybuchają gromkim śmiechem również dzięki dialogom, a nie tylko za sprawą gagów sytuacyjnych. Do odpowiedzialnej za polski tekst Alicji Roethel mam spore zaufanie, bo już wielokrotnie udowodniła, że potrafi napisać soczyste i żywe dialogi do komedii. W przypadku Jumanji brakowało im jednak nieco tego flow i naturalności, którymi charakteryzuje się chociażby polska wersja BoJacka Horsemana. Z jednej strony nie doświadczymy tutaj na szczęście syndromu „starego dialogisty próbującego być dżezi”, jak np. przy realizowanym dla Netfliksa Big Mouth czy wielu serialach, do których dialogi napisał Dariusz Dunowski. Bohaterowie posługują się kolokwialnym językiem, zamiast mówić „przepraszam” prześcigają się w używaniu „sorry” itd. Mam jednak wrażenie, że można było nieco lepiej. Ot, chociażby w jednej scenie Spencer, będący nerdem i fanem gier komputerowych, mówi o „cutscence” i tłumaczy innym, co to takiego. Dlaczego więc chwilę wcześniej posługuje się dość „encyklopedycznym” terminem „bohater niezależny”, a nie np. pochodzącym z żargonu graczy „enpecem”? Widz i tak dowiedziałby się, kim ów „enpec” jest, bo Spencer tłumaczy to pozostałym. To jednak drobnostki, które nie rzutują na jakość tłumaczenia – najważniejsze, że jest zabawne i mimo wszystko dość żywe. Bodaj najwulgarniejszym słowem, jakie pada w polskiej wersji, jest „gówno”, jednak rodzice, którzy chcieliby się wybrać na seans z młodszymi dziećmi, powinni być świadomi tego, że w filmie pojawia się trochę żartów dotyczących penisa (nie wyłączając wzwodu). Normalny widz będzie zadowolony, że nie zostały one złagodzone czy usunięte, dla rodzica mogą być one jednak nieco krępujące.

Od strony technicznej polskiej wersji niewiele można zarzucić, bo całość jest dobrze zmontowana i udźwiękowiona, nie ma więc żadnych problemów z niezrozumiałymi kwestiami. Tak naprawdę największa słabość technicznej strony dubbingu wynika prawdopodobnie z winy dystrybutora. Idąc na film z dubbingiem dystrybuowany przez Warner Bros., należy spodziewać się również spolszczonych napisów ekranowych, mejli, planszy tytułowej, SMS-ów, nagłówków gazet itd. United Inernational Pictures niestety takie rzeczy chyba wciąż uważa za fanaberię, więc w dystrybuowanych przez niego filmach nadal stosuje się lektora. Miłogost Reczek czyta tytuł, SMS-y i inne napisy. Prowadzi to do sytuacji, w której bohaterowie po odpaleniu Jumanji czytają napisy pojawiające się w grze na przemian z lektorem. Czy nie lepiej było wyrzucić w tym momencie lektora i dać te napisy do przeczytania Marcelowi Sabatowi albo Mikołajowi Jodlińskiemu, skoro ich postaci i tak nie widać na ekranie, więc nie trzeba było się martwić o kłapy? Kilkanaście minut później, kiedy bohaterowie odkrywają karty ze swoimi statystykami, wyświetlane w formie komunikatów tekstowych, część z nich czytają, a do tych, do których się nie odwołują w dialogach, znów wciśnięto lektora.

Jumanji niestety jest najsłabszym z tegorocznych dubbingów w reżyserii Elżbiety Kopocińskiej. Mimo niezłych dialogów, brakuje mu głosowej naturalności, którą charakteryzowały się Power Rangers i Azyl, przez co widz ani przez chwilę nie może zapomnieć o tym, że ma do czynienia z dubbingiem. Nie jest to co prawda dubbing okropny, ale w najlepszym razie przeciętny, rozczarowujący jednak tym bardziej, że na początku roku reżyser stworzyła polskie wersje, do których nawet ja, jeden z jej największych krytyków, nie mogłem się przyczepić. Biorąc jednak pod uwagę „kaliber” filmu, będącego komediowym widowiskiem jadącym na sentymencie, od biedy nadającym się na produkcję familijną, taka jakość dubbingu jest w ostateczności do zaakceptowania – większość widzów i tak wyjdzie z seansu zadowolona, a w jego trakcie będzie się świetnie bawiła. Jest to co prawda wyższy poziom od tego, który prezentował Transformers: Ostatni rycerz, ale jeśli przyszłoroczne Jurassic World: Upadłe królestwo będzie brzmiało podobnie, to wyjdzie potężna wtopa. Tym niemniej, Elżbieta Kopocińska udowodniła, że potrafi, tak więc: wierzę w Panią, proszę nas nie zawieść*!

Wszystkie recenzje zamieszczane na stronie polski-dubbing.pl oraz użyte w nich sformułowania są prywatnymi, subiektywnymi opiniami ich autorów.

* Tj.: proszę pamiętać o Pawle Małaszyńskim pod Chrisa Pratta.

Jedna odpowiedź - Dodaj komentarz

Odpowiedz