„Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” – recenzja dubbingu

Powiedzmy sobie szczerze: ostatni gwiezdnowojenny film z dubbingiem w reżyserii Waldemara Modestowicza nie powalał. Poniżej oczekiwań była nie tylko sama produkcja, ale też jej polska wersja. Z opublikowanego jakiś czas temu na stronie dubbing.pl wywiadu z Panem Modestowiczem można dowiedzieć się, że kiedy studia nagraniowe na całym świecie pracowały już w pocie czoła nad dubbingami, Disney w dalszym ciągu przemontowywał Łotra 1. Wymuszało to nagrywanie na nowo wcześniej nagranych scen, zaangażowanie aktorów, którzy mogą przyjść do studia na zawołanie, żeby nagrać nową scenę, ogólnie: pracę w wariackich warunkach. Po jakości dubbingu do Ostatnich Jedi widać, że w przypadku tego filmu taki problem na szczęście nie występował. Ponownie otrzymaliśmy solidną polską wersję, do jakich przyzwyczaił nas już ten reżyser.

Ponieważ mamy do czynienia z kontynuacją, spora część obsady była już gotowa. „Starzy” aktorzy ponownie spisują się pierwszorzędnie – Dorocie Kolak-Michalskiej, Marcinowi Bosakowi, Sebastianowi Fabijańskiemu czy Weronice Humaj nie można niczego zarzucić. Nieco gorzej niż w Przebudzeniu Mocy wypadł Marcin Dorociński – tutaj czasami mniej lub bardziej drażnił pewną sztucznością, częściej też zwracało się uwagę na to, że jego głos po prostu średnio pasuje do Adama Drivera i Kylo Rena. Nie była to oczywiście rola fatalna, ale nadal stanowi najsłabszy punkt głównej obsady.

Najważniejsze pytanie, jakie zadawaliśmy sobie przed premierą filmu na naszym forum, brzmiało rzecz jasna: kto zdubbinguje Luke’a? Okazuje się, że nasza redaktorka, Daguchna, albo poprawnie odczytała klucz, według którego role obsadza Waldemar Modestowicz, albo idealnie nadaje się do przeprowadzania castingów, bo przewidziała, że będzie to Mariusz Benoit. Okazał się on być bardzo dobrym polskim Lukiem. Osoby, które kojarzą go przede wszystkim jako głos Snape’a z Harry’ego Pottera, mogą być spokojnie – Pan Benoit, jako utalentowany aktor, dodatkowo poprowadzony przez dobrego reżysera, ani trochę nie przypomina bodaj najtragiczniejszej postaci z siedmioksięgu J.K. Rowling. To świetnie zagrana rola, w zasadzie bez potknięć. Spośród nowych postaci mających znaczenie dla fabuły, a co za tym idzie – coś więcej do powiedzenia – wymienić trzeba Rose, wiceadmirał Holdo i DJ-a, dubbingowanych, odpowiednio, przez Justynę Kowalską, Agatę Kuleszę i Eryka Lubosa. Dwoje ostatnich z wymienionych aktorów poradziło sobie świetnie i, podobnie jak przy Mariuszu Benoit, trudno jest im coś zarzucić. Justyna Kowalska to przypadek podobny do Dorocińskiego – nie było fatalnie, ale była to jednak rola mniej udana niż pozostałe. W tym miejscu warto jeszcze pochwalić polski oddział Disneya, że chociaż ma w dubbingu kilka znanych nazwisk, to nie chwali się nimi na plakatach, Facebooku, w zwiastunach itd., jak zapewne zrobiliby to inni dystrybutorzy. Z drugiej strony – miło by było, gdyby Disney udostępniał obsady przed premierą.

Głosy drugoplanowe i tła są z reguły bardzo dobre. Największą bolączką były role powierzone Katarzynie Skolimowskiej i Aleksandrowi Mikołajczakowi – nieco zbyt charakterystyczne głosy w rolach mających trochę więcej do powiedzenia gryzły, sprawiając tym gorsze wrażenie, że mieszały się chociażby z niezłym i naturalnym Kamilem Kulą dubbingującym Armitage’a Huksa. Tyle dobrze, że owe postacie zniknęły z uniwersum permanentnie po pierwszych kilkunastu minutach filmu. Nie licząc tych dwóch gorszych ról, reszta tła i gwarów jest bez zarzutu.

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, był to kolejny dubbing, przy którym niekiedy miałem problemy ze zrozumieniem tego, co właśnie powiedziano. Dotyczyło to jednak scen, w których dialogom towarzyszyły różne efekty dźwiękowe, a na wypowiedzi nakładano odpowiednie filtry. Ot, chociażby rozmowy pilotów przez radio w scenie kosmicznej bitwy czy głos z interkomu informujący o stanie stacji – były one praktycznie niezrozumiałe, a w niektórych momentach nawet niesłyszalne, zagłuszane przez wybuchy czy ogień. Po kilkunastu dubbingowych seansach w dwóch sieciach multipleksów mam już jednak niemal stuprocentową pewność, że jest to wina nagłośnienia stosowanego w Multikinie. Kiedy oglądam tam film, część kwestii jest niezrozumiałych, ale kiedy oglądam go ponownie na DVD, problem ten się nie pojawia. W Cinema City również nigdy nie doświadczyłem takich niedogodności.

Nieźle udały się dialogi, chociaż zastanawiam się, czy Jan Wecsile nie zrobiłby lepiej, gdyby pewne zdania ubrał inaczej w słowa. Przykładowo, w jednej ze scen ktoś mówi o ślizgaczach, że są „przedpotopowe” – niech mnie poprawi jakiś fan serii, ale czy był tam jakiś potop? Czy nie lepsze by były, dajmy na to, „archaiczne” albo po prostu „stare”? To drobnostka, której pewnie większość widzów nie zauważy, fajnie by jednak było, gdyby dialogista pamiętał o tym, gdzie rozgrywa się akcja i postarał się znaleźć jakieś zamienniki nienasuwające skojarzeń ze światem rzeczywistym. Któryś z użytkowników naszego forum zwrócił również uwagę na to, że w Przebudzeniu Mocy Rey nazywa Kylo Rena „bestią”, podczas gdy w Ostatnich Jedi, kiedy się o tym wspomina, pada już słowo „potwór”, ale taką drobną niekonsekwencję raczej też mało kto zauważy.

Mówiąc bez ogródek: Ostatni Jedi to kolejny świetny dubbing w reżyserii Waldemara Modestowicza. Prawda, ma pewne niedociągnięcia, jednak są one na tyle niewielkie, że nie przeszkadzają w odbiorze. No chyba że wybierzecie się do Multikina – tam, ze względu na system nagłośnienia, część dialogów może być niezrozumiała. Ale abstrahując od tego, najnowsza odsłona Gwiezdnych wojen to solidny kandydat do dubbingu roku, a Mariusz Benoit jako Luke Skywalker – pretendent do najlepszej roli męskiej.

Wszystkie recenzje zamieszczane na stronie polski-dubbing.pl oraz użyte w nich sformułowania są prywatnymi, subiektywnymi opiniami ich autorów.

2 komentarze - Dodaj komentarz

Odpowiedz