„Co wiecie o swoich dziadkach?” – recenzja dubbingu


Co wiecie o swoich dziadkach? to dubbing z kategorii dość niespodziewanych, bo ani to ekranizacja superbohaterskiego komiksu, ani wielomilionowa produkcja science-fiction, ani film familijny. W teorii mamy do czynienia z komedią z kategorią PG-13, a takich jak dotąd nie dubbingowano na potrzeby kin. Ale jeszcze przed seansem w głowie mojej i kilku redakcyjnych kolegów zapaliła się ostrzegawcza lampka: czy dubbing ten nie powstał aby po to, żeby przerobić oryginał na świąteczną komedię, którą od biedy można by obejrzeć w kinie z dzieckiem?

Zacznijmy może od dwójki głównych bohaterów, w których wcielają się Mark WahlbergWill Ferrell – aktorzy dubbingowani wcześniej na nasz język, ale którym reżyser, Łukasz Lewandowski, postanowił dobrać nowe głosy. Sytuację można podsumować tak: są to najlepsze jak dotąd próby dobrania im polskich odpowiedników, ale mimo to ani w jednym, ani w drugim przypadku nie mamy do czynienia z materiałem na głos, który można by do amerykańskiego aktora przypisać na stałe. Rafał Rutkowski przebija wszystkie wcześniejsze polskie głosy Ferrella (Tomasz Sapryk, Wojciech PaszkowskiJanusz Wituch), nie można jednak powiedzieć, żeby jego kreacja była idealna. Nie wiem, czy była to inwencja samego aktora, czy może wizja reżysera polskiej wersji, ale mam wrażenie, że Rutkowski zagrał tak, żeby maksymalnie „podkręcić” dupowatość postaci Brada, przez co przeszarżował i jego rola momentami ocierała się o parodię, co dawało dość kiepski efekt. To chyba znakomity przykład na to, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Z drugiej strony mamy Wahlberga mówiącego głosem Piotra Grabowskiego. Bardzo cieszy mnie, że nie zdecydowano się na zachowanie Jacka Kopczyńskiego, którego nie kupiłem jako odpowiednik Marky’ego Marka przez dwie części Transformers, bo okropnie drażnił niedopasowaniem. Komizm Tata kontra tataCo wiecie o swoich dziadkach? polega w dużej mierze na starciu dwóch odmiennych osobowości, ciamajdowatego Brada i samca alfa Dusty’ego. Gdyby Wahlberg mówił głosem Kopczyńskiego, cały ten komizm wziąłby w łeb, ponieważ Kopczyński ma jednak zbyt delikatny głos. Grabowski na szczęście nie szarżował – może i brzmiał delikatniej niż jako Thor, ale mimo to twardziej niż Kopczyński i nie starał się na siłę oddać męskości swojej postaci, więc na szczęście nie ocierał się o groteskę. Jak wspomniałem wcześniej, Grabowski nie jest materiałem do zachowania pod Wahlberga na stałe, ale gdyby przejął rolę Cade’a Yeagera w Transformers, polskim wersjom filmów o wielkich robotach na pewno wyszłoby to na dobre.

Dość karkołomną decyzją było obsadzenie Piotra Fronczewskiego jako Liama Neesona – przed obejrzeniem filmu miałem ogromne obawy co do tej decyzji, ale po seansie chyba rozumiem zamysł Łukasza Lewandowskiego. Rola Neesona ogranicza się do może czterech zdań, aktora jednak nie widać na ekranie, a jedynie słychać jego głos, kiedy bohaterowie oglądają w kinie film z nim w roli głównej. Amerykanie dość dobrze znają głos Neesona, więc reżyser polskiej wersji prawdopodobnie poszedł podobnym tropem – zdecydował się powierzyć tę rolę komuś, kogo głos Polacy od razu rozpoznają. A ile jest bardziej rozpoznawalnych głosów niż ten, którym może pochwalić się Piotr Fronczewski? Jeżeli jednak Liam Neeson pojawi się w trzeciej części, czego chciałby Mark Wahlberg, a United International Pictures Polska zdecyduje się ją zdubbingować, to będzie zgrzyt, bo w tej sytuacji Pan Fronczewski zupełnie nie będzie pasował.

Krzysztof Stelmaszyk jako Mel GibsonPaweł Wawrzecki jako John Lithgow również ponad wszelką wątpliwość nie posiadają głosów, które można by przypisać tym aktorom na stałe, tym niemniej zagrali oni dość przyjemnie. W ramach przygotowywanego chyba na szybko dubbingu, tworzonego tylko po to, żeby film zgromadził w kinach więcej widzów, sprawdzają się nawet nieźle i niespecjalnie drażnią. Ale i tak najbardziej w całej polskiej wersji podobała mi się reszta patchworkowej rodziny Whitakerów-Mayronów, czyli dzieciaki i partnerki głównych bohaterów. Role te obsadzono nie najgorzej i zostały nawet dość fajnie zagrane, więc całkiem miło się ich słuchało. Powiem więcej: myślałem, że charakterystycznego głosu Moniki Dryl nie da się pomylić ani nie rozpoznać, no ale proszę – nie pamiętając całej obsady dubbingu udostępnionej przed premierą przez dystrybutora, w kinie ani przez moment nie wpadłem na to, że Dryl dubbinguje Karen. Chociaż może jest to wina tego, że jej postać miała niewiele do powiedzenia. Najgorzej w całym dubbingu wypadł Jacek Król jako John Cena – nie dość, że głos bardzo mocno przerysowany, jakby reżyser wybrał pierwszego aktora o głosie nadającym się do dubbingowania góry mięśni, który przyszedł mu na myśl, to jeszcze rola zagrana słabiej niż pozostałe. Głosy tła, stosunkowo nieliczne, na szczęście nie drażnią i wypadają całkiem nieźle.

Truizmem będzie powiedzieć, że dialogi w filmie komediowym to rzecz niezwykle ważna, która może go bezpowrotnie zniszczyć albo nadać mu nową jakość. Zofia Jaworowska starała się, żeby jej dialogi nie były płaskie i bez polotu, ale chyba nie do końca jej się to udało. Są poprawne, może nawet nieco aż za bardzo – zastanawiam się na przykład, czy nie lepiej by było zachować anglojęzyczny friendzone, słowo przecież doskonale znane młodym Polakom, zamiast na siłę robić z tego „strefę przyjaźni”. Takie podejmowane przez tłumaczy próby „wymyślenia koła na nowo” i stworzenia polskich odpowiedników powszechnie stosowanych terminów slangowych pochodzących z angielskiego z reguły kończą się klapą. Czy nie lepiej jest zaufać w inteligencję widza? Ale wracając do sedna – nie jestem do końca przekonany, czy dialogistce udało się napisać dialogi, które spełniają swoją podstawową funkcję: rozbawianie widza. Na moim seansie dialogi wzbudziły śmiech tylko w jednej scenie – kiedy mała Megan (dubbingowana przez Sarę Lewandowską) chwali się w szpitalu, że strzelała do swojego dziadka. Trudno jednak powiedzieć, czy śmiech był zasługą samego tłumaczenia, czy raczej komizmu sytuacji, plus miny i zachowania bohaterki, kiedy to mówiła. Druga scena, podczas której zaśmiano się po tym, kiedy ktoś coś powiedział, również jest z udziałem Lewandowskiej. Ponad wszelką wątpliwość widzowie śmiali się z tego, że mała Megan zaczęła bełkotać, bo upiła się ponczem z rumem, kiedy rodzice nie patrzeli, ale znów: trudno ocenić, czy to zasługa aktorki głosowej, aktorki wcielającej się w postać w oryginale i jej gry, czy może po prostu samej sytuacji. Nie licząc tych dwóch momentów, widzowie śmiali się tylko z żartów sytuacyjnych, a nie z dialogów. Redakcyjny kolega Kwasibor donosi jednak, że na jego seansie śmiali się z dialogów kilka razy więcej, więc najwidoczniej wszystko zależy od poczucia humoru oglądających – widać, że nie do każdego one trafią.

Będąc przy dialogach, nie można nie wspomnieć o tym, że są one bardzo wygładzone. Przykładowo, w oryginale Mel Gibson, widząc, jak jego wnuki szaleją za drugim dziadkiem, chce im pokazać, że też jest zabawny i zaczyna żart o „dwóch martwych dziwkach”, wobec czego natychmiast zostaje spacyfikowany przez rodziców dzieci. W polskiej wersji Krzysztof Stelmaszyk mówi o „dwóch gołych syrenach” – kontekst całej sceny został zachowany, postać jest pacyfikowana za próbę opowiedzenia małolatom nieodpowiedniego dla nich żartu, tyle że w polskiej wersji znacznie łagodniejszego. Chociaż film otrzymał w Stanach kategorię PG-13, w niektórych krajach przyznano mu odpowiednik naszego „7”. I rzeczywiście, na polską wersję można by pójść z siedmioletnim dzieckiem, bo bodaj najbardziej nieodpowiednie dla najmłodszych są sceny z Gibsonem, w których podrywa on kobiety i chwali się swoimi licznymi podbojami miłosnymi. Mając to na uwadze, dodawszy do tego fakt, że film dystrybuowany jest tylko z dubbingiem, zastanawiam się, czy to dystrybutor nie zażyczył sobie, żeby dialogi wyczyścić z pojawiających się sporadycznie w oryginale słów typu „dziwka”, „gówno”, „pieprzyć” czy „dupa”, dzięki czemu stał się on odpowiedni dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, co z kolei przyciągnie do kin więcej widzów.

W filmie pojawia się kilka piosenek, które zachowano w oryginale, co pozwala na własne uszy przekonać się, jak bardzo polskie głosy różnią się od oryginalnych. Raz zdarza się dialog po hiszpańsku, opatrzony napisami. Co do samych napisów zaś, towarzyszą one tytułowi i zastosowano je też do przekazywania informacji typu „6 dni do świąt”. Dystrybutor ponad wszelką wątpliwość otrzymał kopię, na którą można było nanieść te napisy na ekran, zamiast tego jednak pojawiają się one u dołu w formie zwykłego Ariala. Z kronikarskiego obowiązku warto wspomnieć również o tym, że kiedy w jednej ze scen bohaterowie oglądają SpongeBoba Kanciastoportego, fragment serialu nie jest dubbingowany. Zakładam, że rozchodzi się tutaj albo o względy licencyjne, albo o ton międzynarodowy, bo w Monster Trucks z początku tego roku, również dystrybuowanych przez United International Pictures, dubbingowanych w SDI i zawierających scenę z tego serialu, była ona po polsku, chociaż z dubbingiem stworzonym specjalnie na potrzeby filmu, z „niekanonicznymi” aktorami.

Dubbing do Co wiecie o swoich dziadkach? z całą pewnością nie jest opracowaniem, które zapamiętamy na długo. W ogólnym rozrachunku jest to pozycja na wskroś przeciętna, zrobiona chyba na szybko, bo dystrybutor dość późno wpadł na pomysł: „Wiecie co? Weźmy to zdubbingujmy i puśćmy jako komedię świąteczną, to więcej zarobimy”. I jako opracowanie do takiego świątecznego filmu, który obejrzy się raz i zapomni zaraz po wyjściu z kina, dubbing się sprawdza – daleko mu do ideału, ale nie jest to też jakaś wielka wtopa. Spełnia swoje podstawowe zadanie i utrzymuje poziom filmu. Mogło być gorzej, ale z drugiej strony – mogło też być o wiele lepiej.

Wszystkie recenzje zamieszczane na stronie polski-dubbing.pl oraz użyte w nich sformułowania są prywatnymi, subiektywnymi opiniami ich autorów.

Jedna odpowiedź - Dodaj komentarz

Odpowiedz