„Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”

Kiedy w przełomowym roku 2012 przedstawiciel Disneya w jednym z wywiadów stwierdził, że firma zamierza dystrybuować z dubbingiem wszystkie ważne filmy, w tym również kolejnych Piratów z Karaibów, miłośnicy polskiego dubbingu rozmarzyli się i zaczęli zastanawiać, jak wyglądałyby przygody kapitana Jacka Sparrowa mówiącego naszym językiem. Nieco ponad pięć lat później mamy w końcu okazję się przekonać. Czy Waldemar Modestowicz ponownie dostarczył nam wysokiej jakości polskie opracowanie i zaskoczył wprawnym reżyserskim uchem, czy może jednak wielkie oczekiwania były zbyt rozdmuchane?

Zacznijmy może od tego, co ponad wszelką wątpliwość się udało: dwie nowe postacie, Carina Smyth i Henry Turner, grane przez Kayę Scodelario i Brentona Thwaitesa. Reżyserowi udało się świetnie dobrać pod nie głosy (Oliwia Nazimek i Józef Pawłowski), jak również poprowadzić aktorów. Dialogi pomiędzy tymi postaciami są żywe i brzmią naprawdę dobrze. Szczególne brawa należą się Nazimek, dla której, jak sugeruje lektura Internetu, była to jeśli nie pierwsza w ogóle rola w dubbingu, to na pewno pierwsza tak duża. Co prawda sporadycznie w jej głosie słychać trochę fałszu, ale w ogólnym rozrachunku wypadła świetnie. Waldemarowi Modestowiczowi po raz kolejny należą się pochwały za nieszablonowe myślenie i przecieranie szlaków. Pawłowski jako Thwaites sprawdził się znacznie lepiej, niż Bartosz Wesołowski w ubiegłorocznych Bogach Egiptu, ale to już aktor z doświadczeniem, prowadzony przez utalentowanego reżysera, więc dobrze zagrana rola w jego wykonaniu nie powinna nikogo dziwić.

Miło słucha się również Jana Frycza podkładającego głos pod Javiera Bardema. Nie byłem pewny, jak ten aktor sprawdzi się w tej roli, głównie ze względu na piętnaście lat różnicy pomiędzy oboma panami, ale efekt jest zadowalający. Salazar to przez większość czasu bardzo przerysowana postać, Bardem po ostrej obróbce komputerowej, i wtedy głos Frycza również jest odpowiednio przekolorowany. Największym zaskoczeniem były jednak nieliczne sceny retrospekcji, kiedy Salazar był jeszcze człowiekiem – obstawiałem, że wtedy Frycz będzie odstawał, ale wręcz przeciwnie: właśnie wtedy podobał mi się najbardziej. Adam Ferency jako Geoffrey Rush sprawdza się o tyle, że jest akceptowalny jako głos aktora w tej konkretnej charakteryzacji. Jest wyraźnie słabszy od trzech wymienionych powyżej, ale do przyjęcia. Z drugiej jednak strony, i tak wypada o niebo lepiej niż Miłogost Reczek w Bogach Egiptu. W filmie niewielką rolę ma również Orlando Bloom, wcześniej dubbingowany w Hobbitach przez Lesława Żurka. Waldemar Modestowicz postawił jednak na Grzegorza Damięckiego, który co prawda nie wypada źle, aczkolwiek Żurek moim zdaniem sprawdził się lepiej. Brzmiał bliżej Blooma, jakiego znamy, był delikatniejszy, podczas gdy Damięcki wydaje się być ostrzejszy. Nie widziałem jeszcze filmu w wersji oryginalnej, więc niewykluczone, że ze względów fabularnych Bloom grał inaczej niż dotychczas, co uzasadniało wybór takiego, a nie innego aktora głosowego. Z drugiej strony, jest to jednak kolejny przypadek, kiedy reżyser trochę nadużywa konkretnego aktora, chociaż w tym przypadku sytuacja jest o tyle lepsza, że nie czyni tego w ramach jednego uniwersum.

Głosy tła? Z reguły bez zarzutu, chociaż zdarzyło się kilka drobnych zgrzytów, jak np. gubernator Saint Martin, Włodzimierz Press czy Andrzej Gawroński, brzmiący nieco zbyt kreskówkowo. Biorąc jednak pod uwagę, że mieli do powiedzenia niewiele, nie rzutowało to na odbiór całości. Ba, nawet Barbara Zielińska, która – moim zdaniem – z reguły nie sprawdza się w filmach aktorskich, tutaj brzmiała bardzo dobrze w przerysowanej, mocno komediowej scenie. Podobnie ma się sprawa z Jerzym Kryszakiem dubbingującym Paula McCartneya – ani trochę nie pasuje do eksbeatlesa, ale ze względu na komediowy charakter sceny, która przypadła mu do zagrania, był do przyjęcia.

Największą wadą polskiej wersji jest niestety kapitan Jack Sparrow. Nie licząc animacji, Johnny Depp był dotychczas dubbingowany na nasz język przez pięciu aktorów i z reguły nie miał do nich szczęścia. Jacek Kopczyński (Benny i Joon) i Wojciech Paszkowski (Charlie i fabryka czekolady), aktorzy skądinąd świetni, jako głosowe odpowiedniki Deppa byli fatalni, Cezary Pazura (Alicje) był słaby, ale ostatecznie akceptowalny w ramach konwencji. W ubiegłym roku Piotr Bajor dubbingował go w Fantastycznych zwierzętach, ale biorąc pod uwagę, że Grindenwald miał do wypowiedzenia dwa zdania, zastanawiam się, czy nie został on obsadzony przypadkiem, bo i tak akurat udzielał głosu jeszcze komuś innemu. Najlepiej jako Depp sprawdził się Marcin Perchuć (Jeździec znikąd), niestety Disney postanowił powierzyć rolę Sparrowa Pazurze, co zakończyło się porażką.

W zeszłym roku miałem ogromne obawy w związku z zaangażowaniem Borysa Szyca pod Jokera w Legionie Samobójców, ale Szyc, jako utalentowany aktor głosowy, nie był w tej roli sobą, wszedł w postać, chociaż miał małą rólkę. Cezaremu Pazurze nie można odmówić talentu, miałem więc nadzieję, że i jemu uda się trudna sztuka wcielania się w ikoniczną postać. Doskonale znaną na całym świecie, posiadającą swoją własną osobowość, na którą poza mimiką i gestykulacją składa się również głos i sposób mówienia. Pierwsze wrażenie, początek pierwszej sceny z udziałem Deppa, podtrzymywał tę nadzieję, ale chwilę później czar prysł. Otrzymaliśmy nie Jacka Sparrowa, a postać o jego wyglądzie i ruchach, ale mówiącą głosem Cezarego Cezarego z 13. posterunku, Clarence’a Sweetwatera z Battlefield: Bad Company 2, kabareciarza standupowego i komika, którego znamy od ponad dwudziestu lat. To niestety bardzo mocno drażni i wybija z rytmu. Chociaż inni aktorzy brzmią dobrze, kiedy tylko odzywa się Sparrow, czar pryska i od razu przypominamy sobie, że mamy do czynienia z dubbingiem. W przypadku tej postaci przez fatalnie dobrany głos i fakt, że Cezary Pazura jest po prostu sobą i nie wychodzi mu próba wcielenia się w postać. Bez wątpienia najgorzej prezentuje się krótka scena retrospekcji z młodym Jackiem, w której brzmi on dokładnie tak samo, jak nasz Numernabis z Asteriksa i Obeliksa: Misji Kleopatry.

Jakby tego było mało, Pazura często po prostu niezrozumiale bełkoce. Przed seansem odświeżyłem sobie cztery wcześniejsze części w wersji angielskiej, gdzie nie było najmniejszego problemu ze zrozumieniem pijanego Jacka. Pazura w takich sytuacjach często tylko wypluwa słowa, których ani trochę nie da się zrozumieć, a tego, co powiedział, w najlepszym wypadku można domyślić się z kontekstu. Bywały również przypadki, kiedy miałem problem ze zrozumieniem niektórych pozostałych postaci, kiedy ich głosy nakładały się na nagromadzone efekty dźwiękowe. W tej sytuacji wolę się jednak wstrzymać z osądem i nie zwalać winy na dźwiękowców – podobnie miałem w kinie podczas seansu Doktora Strange’a, ale oglądając film na DVD problem nie występował. Niewykluczone, że to wina systemu nagłośnienia na sali kinowej albo jej akustyki, a nie realizatorów polskiej wersji.

Nie licząc powyższych niedogodności, polskiej wersji trudno jest zarzucić cokolwiek pod względem technicznym. Świetne są również dialogi Jakuba Wecsilego – pozbawione częstych u niego udziwnień i niepotrzebnych wtrętów, bardzo dobrze pasujące do filmu i niepozbawione rubasznych żartów. Za drobną wadę można uznać niekonsekwentną wymową: jedni bohaterowie nazywają głównego bohatera [dżakiem], inni [dżekiem].

Czy warto było czekać pięć lat na dubbing do Piratów z Karaibów? Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Ma on drobne mankamenty, przez które końcowa ocena mogłaby wynieść 8/10. Niestety, ostatecznie dubbing trudno jest mi ocenić na więcej niż 6/10, ponieważ Cezary Pazura próbujący udawać Jacka Sparrowa bardzo mocno ciągnie całość w dół. A w momencie, kiedy nawet na Filmwebie obok standardowych, nic nie wnoszących do dyskusji komentarzy typu „dubbing to g…o dla dzieci”, zaczynają pojawiać się rzeczowe opinie, wedle których polska wersja jest w zasadzie udana, tylko Pazura wszystko psuje, to wiedz, że coś się dzieje…

Wszystkie recenzje zamieszczane na stronie polski-dubbing.pl oraz użyte w nich sformułowania są prywatnymi, subiektywnymi opiniami ich autorów.

Odpowiedz