Marcin Dorociński o swojej roli w filmie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”

W kinach wyświetlany jest obecnie najnowszy film Warner Bros., Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Jego akcja rozgrywa się siedemdziesiąt lat przed historią znaną z serii Harry Potter. Główny bohater, magizoolog Newt Skamander, przybywa do Nowego Jorku i przeżywa niezwykłe przygody w tajemniczym stowarzyszeniu czarownic i czarowników. W jedną z głównych ról wciela się aktora Colin Farrell, któremu głosu w polskiej wersji użyczył Marcin Dorociński. Udało nam się porozmawiać z aktorem:

Kuba Gronek: Jak dobrze zna Pan świat Harry’ego Pottera? Czytał Pan książki, oglądał filmy?
Marcin Dorociński: No, niestety muszę zawieść – nie czytałem książek i nie widziałem filmów. Oczywiście, przeskakując po kanałach w telewizji widziałem jakieś fragmenty, natomiast nie wkręciłem się. Chyba nie jestem w wiekowej grupie docelowej (śmiech). Jedyna książka J.K. Rowling, którą czytałem, to Trafny wybór”, ale to była zupełnie inna tematyka. Zresztą bardzo mi się podobała. Dlatego bardzo się ucieszyłem, że mogłem dołączyć do obsad głosowej „Fantastycznych zwierzętach” i poznać ten świat. Choć z drugiej strony dostałem do obejrzenia film w bardzo okrojonej wersji.

KG: Tylko z pana kwestiami?
MD: Nie, ale seans był bardzo utrudniony przez zabezpieczenia nałożone przez wytwórnię. Producenci boją się kopiowania i dają zniekształcone wersje. Ale nawet w takiej widać, że ten film jest po prostu niesamowity. Ten świat, moce, jak to jest zrealizowane w dzisiejszych czasach, przy technologii, którą dysponujemy i te wszystkie zwierzęta – myślę, że to fantastyczny film.

KG: I nagle staje się Pan, w pewnym sensie, częścią takiego świata, którego Pan nie zna. Musieli Pana wprowadzać w temat?
MD: Nie trzeba było tego robić. Skupiliśmy się po prostu na postaci Persivala Gravesa. W dubbingu praca polega na powtarzaniu po oryginale – trzeba jak najbardziej głosowo zbliżyć się do tego, co wypowiada bohater. To jest z jednej strony praca łatwiejsza, że nie poświęca się czasu na próby, nagrywanie samego filmu, budowanie, kreowanie postaci. Natomiast z drugiej strony jest to bardzo trudne, żeby po kimś powtórzyć głos po polsku, w emocjach, patrząc jednocześnie na ekran i na litery, które są do wypowiedzenia. To bardzo wymagająca praca, ale bardzo ciekawa. Nie robiłem dubbingu dużo, raz na jakiś czas – ale ten rok jest wyjątkowo bogaty w pracę głosem – i coraz bardziej mi się to podoba. Jeśli tylko człowiek odnajdzie w sobie ten luz, że zrozumie, co jest do zagrania i przemyci cząstkę siebie. Daje to ogromną satysfakcję. Więc owszem, ja czasami zapytałem „a dlaczego?”, „kto to jest?”, „a jak to się dzieje?”, wtedy wszystko było mi wyjaśniane. Natomiast myślę, że za mało mieliśmy czasu, żeby mi ten cały świat przedstawić. Kto wie, może po prostu wrócę do tych książek pewnego razu, gdy mój syn będzie je czytał. Może ta cała przygoda dopiero przede mną.

KG:
Kim w takim razie jest Pana postać, Percival Graves?
MD: Ciekawe dla mnie, aktora patrzącego, jak inny aktor buduje sobie rolę, jest to, że to jest taka cicha i skupiona postać. Wydaje się niepozorny, ale Graves jest bardzo konsekwentny, charyzmatyczny i dużo szepcze. Czuć, że ma ogromną wewnętrzną moc. Ta moc i władza, którą posiada, jest momentami przerażająca i trochę nie wiadomo, w którym kierunku to pójdzie. Więcej chyba nie powinienem mówić, żeby nie zdradzać zbyt wielu wątków z filmu.

KG:
Więc na czym polegała specyfika tej roli, zarówno w oryginale, u Colina Farrella, jak i w dubbingu?
MD: Pan Colin Farrell wymyślił sobie, że będzie mówił dużo na przydechu, niskim głosem, szeptem, cicho. Jest taki mega skupiony, to wymagało obniżania głosu i próby takiego przyczajenia. Nie było to łatwe, bo ja na co dzień tak nie mówię, natomiast ciekawe wyzwanie.

KG: Grywa Pan w dubbingu ostatnio coraz częściej, „Gwiezdne wojny”, teraz „Call of Duty” i „Fantastyczne zwierzęta”. Na czym polega trud, by każda z tych postaci nie brzmiała tak samo, mimo że wszystkie mówią Pana głosem?
MD: Myślę, że z jednej strony się nie da, a z drugiej się da. Te postaci, często animowane, są już stworzone i ktoś w oryginale je bardzo dobrze zagrał. My w Polsce mamy wielu doskonałych aktorów, realizatorów, reżyserów dubbingu i te polskie dubbingi są naprawdę świetne. Często kojarzymy znanych polskich aktorów z postaciami animowanymi, chociażby Jerzego Stuhra z Osłem ze „Shreka”, Zbyszka Zamachowskiego z samym Shrekiem, czy Czarka Pazurę z Sidem z „Epoki lodowcowej”. To oznacza, że weszli w rolę i widać, że sprawiało im to przyjemność, ale sama postać, także ostro narysowana, jest ciekawa: to co fabularnie się z nią dzieje, jakie przygody przeżywa. Uwielbiam filmy animowane, uwielbiam polski dubbing i często śmieje się do łez na nich, bo one są po prostu zabawnie, dowcipnie i wzruszająco robione. Myślę, że jak się lubi to robić, to można czerpać ogromną frajdę z dubbingu, ale trzeba się tego nauczyć. Ja na początku w ogóle nie rozumiałem, na czym to polega, ale trzeba to robić, próbować. Początkowo uwag, które reżyser mi dawał, też po prostu nie rozumiałem. Trzeba w to wejść, ale przede wszystkim trzeba, zamiast myśleć o sobie ze swoim głosem, myśleć o postaci z twoim głosem. To, że czasami w życiu byś tak nie powiedział albo brzmi to dla ciebie fałszywie, to w tej postaci jak najbardziej siedzi. Wszelkiego rodzaju wychodzenie poza swój naturalny głos wydawać by się mogło na początku nieprawdziwe, natomiast będąc kierowanym przez świetnego reżysera potem okazuje się, że wszystko ma sens i brzmi bardzo dobrze.

KG: Jaki ma Pan stosunek do dubbingu, szczególnie w produkcjach aktorskich? Ogląda Pan filmy aktorskie z dubbingiem?
MD: Czasami tak, bo czasami nie ma innej możliwości. To jest trudniejsze. W filmach animowanych te kłapnięcia, czyli ruchy ust bohaterów, nie są tak dokładne, nie układają się tak jak wargi ludzkie i często w filmach fabularnych widać to. Nie da się czasem ukryć, że jak ktoś mówi po angielsku w oryginale i podkładane są pod to polskie słowa, to są to inne wyrazy, inaczej układają się usta.

KG: Choć Disney pracuje nad tym, żeby te kłapy były identyczne.
MD: Ale nawet jeżeli kłapy są identyczne, to nie zawsze się to uda idealnie. Jak powiedziałem wcześniej, świetny mamy polski dubbing i czasami jest niemalże bliski ideału, natomiast jest to trudniejsze. Jeśli się to tylko udaje, to fantastycznie.

KG: To chyba pierwszy raz, gdy nagrywał Pan z Agnieszką Matysiak, reżyserem tego dubbingu?
MD: Tak, bardzo dobrze nam się pracowało. Gdy przyszedłem na casting do tego filmu i nagrywaliśmy próbę głosu, która była potem wysyłana do USA, zrozumiałem, jaki ma styl i uprzedziła mnie o wszystkim, czego mogę się spodziewać. To przemiła, urocza i bardzo czujna osoba. Więc już na tym castingu poznałem sposób, w jaki ona się komunikuje z aktorami, widać było, że po prostu bardzo to lubi. Gdy potem przyszedłem nagrywać, to sami się zdziwiliśmy, jak szybko nam to poszło, bo wszystkie jej uwagi były od razu w punkt i wyjątkowo zrozumiałem, jej korekty brałem do siebie, więc właściwie to była praca idealna. Myślę, że Agnieszka ma też olbrzymie doświadczenie i potrafi wyczuć, co do danego aktora trafi, jakiego rodzaju uwagi. Może jest też przy okazji dobrym psychologiem. Jednocześnie potrafi zapalić aktora do pracy, ale też i pochwalić – wszyscy reżyserzy, nie tylko dubbingowi, różnią się tym, że niektórzy nie mówią pochwał albo mówią je rzadko. A to wiadomo, jak w sporcie, czasami trzeba pochwalić, a czasami… postraszyć (śmiech). Agnieszka chyba lubi to, co robi. To była bardzo dobra praca.

KG: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Listopad 2016