Wcale nie płaczę, to orzeł wpadł mi do oka, czyli „Mój przyjaciel orzeł”

Był sobie mały orzeł, który wypadł z gniazda i był sobie mały chłopiec, który też w pewnym sensie stracił dom i rodzinę. I jak to w filmach zazwyczaj bywa, oczywiście trafiają na siebie. Lucas zaczyna zajmować się ptakiem, któremu daje na imię Abel, a zwierzę również w jakiś sposób zapewnia mu opiekę – sprawia, że chłopak zaprzyjaźnia się z Danzerem, mężczyzną obdarzonym ogromną wiedzą na temat tajemnic dzikiej przyrody. Z drugiej strony mamy Kellera, ojca Lucasa, którego z synem łączą – jak to zwykle bywa – trudne stosunki. Tak w skrócie i bez większych spoilerów prezentuje się fabuła filmu Mój przyjaciel orzeł. Brzmi znajomo? Pewnie tak. Ale uwierzcie na słowo, że w praktyce wypada o wiele, wiele mniej banalnie niż w powyższym streszczeniu.

Wiem, że to recenzja dubbingu, ale odnośnie samej produkcji muszę poczynić jedną uwagę – mimo iż film jest promowany jako familijny, zastanówcie się dobrze, czy aby na pewno wasz potomek/siostrzeniec/bratanek/dzieciak pożyczony od sąsiada jest gotowy na ten seans. Owszem, mamy wzruszającą historię (działającą nawet na starych, odpornych na disneyowską ckliwość dziadów – możecie mi podać chusteczkę?) Mamy wspaniałe krajobrazy, piękną kolorystykę zdjęć i parę znakomitych pomysłów na ujęcia typu nagrywanie w locie kamerą umieszczoną na grzbiecie orła. Ale wiedzcie o jednym. Po pierwsze: mimo wszystko nastrój filmu jest przez dużą część czasu, przede wszystkim na początku, mocno depresyjny. Może nawet trochę za mocno. W każdym razie doszłam do wniosku, że moje 10-letnie ja zdecydowanie zwiałoby z seansu po pierwszym kwadransie. Takie klimaty trzeba po prostu albo lubić albo być na nie odpornym. Po drugie: kilka ładnych lat, które całość spędziła na etapie produkcji, nie wzięło się znikąd, więc jeśli na ekranie widzicie orła z apetytem konsumującego świeżą mięsną zdobycz albo kozicę przygniataną przez śnieżną lawinę, to wiedzcie, że oglądacie właśnie z trudem uchwycone rzeczywiste ujęcia i zwierzątka giną najzupełniej w świecie na serio. Ja wiem, że w filmach przyrodniczych można się czasem natknąć na znacznie brutalniejsze rzeczy, ale jak dla mnie idea filmu familijnego i realistyczne obrazki z życia bezlitosnej Matki Natury w ogóle się nie kleją ze sobą.

[Czytaj dalej]

Odpowiedz